Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Krościenko nad Dunajcem. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Krościenko nad Dunajcem. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 4 września 2016

"Gomorra", Homole i maść z konopii

Musiał wiedzieć Roberto Saviano, że publikując opowieść o neapolitańskiej mafii śmiertelnie narazi się co bardziej radykalnym, jeśli nie wszystkim komórkom wieloletniej instytucji mającej niebagatelny wpływ na rozwój tych gałęzi gospodarki Italii, od których nie odprowadza się podatku dochodowego.
Wiedział, a jednak zrobił, co postanowił.


Pytania odwieczne
Świeżo po skończonej i z pewnością spóźnionej lekturze wydanej w 2006 “Gomorry” - cóż jednak znaczy te dziesięć lat wobec nieprzemijalności opisanych w książce zjawisk - a także po obejrzeniu serialu pod takim samym tytułem bliski byłem stwierdzenia, że w donosicielu - choćby i tym w imię zasad, prawdy, sprawiedliwości, itd, etc. - jest coś niesmacznego. Wydaje się być przecież “Podróż po imperium kamorry” regularnym donosem na pewną grupę ludzi, na nielegalny System, który istniejąc tuż obok tego zatwierdzonego oficjalnymi uchwałami i kodeksami robi to do czego został powołany: usiłuje wzbogacić się kosztem innych. I przypuszczam, że nikt mu w tym nie przeszkodzi, nawet jeśli z jego szeregów wykreślane będą kolejne nazwiska czy to przez policyjne działania czy wewnętrzne wojny klanów.   


Czyż jednak historia cywilizacji nie jest jednym wielkim pasmem wyzysku, rabunku dokonywanego w imieniu bądź bez imienia? Czy ktoś może to zmienić? Czy udaremnienie przez policję przemytu choćby i dziesięciu ton kokainy wprowadza nową jakość do zawiłych relacji stróżów prawa z tymi, którzy prawem gardzą i żyją wedle własnych reguł? Czy zeznania byłych bossów mafijnych zmieniły cokolwiek trwale w historii zorganizowanych grup przestępczych?


Cytując Saviano: “Aby ratować własną skórę Rocco został świadkiem koronnym. Po jego zeznaniach państwo zapewniło ochronę dwustu osobom (…) Na nic jednak zdała się ta współpraca. Zeznania “skruszonego” nie ułatwiły pracy prokuratury: nie udało się nawet zadrasnąć wierzchołka klanu”.
Aby należycie odnieść się do tego być może zbyt surowego stwierdzenia - donos czy nie donos? - zapakowałem na szesnastoletni motocykl produkcji japońskiej niezbędny, a skromny dobytek i przetransportowałem się do Krościenka nad Dunajcem. Tam na polu namiotowym Cypel w bezpośrednim sąsiedztwie tysiąca i jednej atrakcji umysł mój wydaje się być bardziej analityczny i płodny niż w oparach krakowskiego powietrza, z którego składu aktualnie doktoryzuje się co najmniej czterech przyszłych profesorów, bo o kopiowanych nachalnie pracach magisterskich nie ma co wspominać.

Widok na Cypel
Jadąc “zakopianką”, a później drogą nr 968 i dalej 969, próbowałem na poczet przyszłych dociekań ustalić najlepszą definicję donosiciela. Niepotrzebnie. Wystarczyło przecież zajrzeć do Słownika Języka Polskiego, aby przeczytać: “osoba, która obserwuje kogoś lub jakieś środowisko i donosi o tym komuś, zwykle w celu uzyskania jakichś korzyści; kapuś, denuncjant, denuncjator, konfident”.
Niby wszystko się zgadza. Ale z drugiej strony czy upublicznienie faktów powszechnie znanych policji, prokuraturze i zwykłym mieszkańcom Neapolu można uznać za donos? Czy głośne nazwanie złodzieja złodziejem, mordercy mordercą i obwieszczenie tego miastu i światu jest przejawem konfidencji?  


Realizm niemagiczny
Reżyserując w roku 1996 pierwszą część trylogii “Pusher” wzniósł Nicolas Winding Refn kino gangsterskie na zupełnie nowy poziom realizmu, na ten, do którego drzwi rok wcześniej zapragnęli zapukać autorzy manifestu Dogma 95. Wprawdzie Refn nie znalazł się wśród sygnatariuszy dokumentu, musiał znać naczelne zasady nowego sposobu opowiadania życia przy pomocy ruchomych obrazów, jak choćby tę naczelną: kamera ma obejść się bez statywu i nieustannie w ruchu podążać za bohaterami wydarzeń.  


Dalece serialowi “Gomorra” - którego drugi i definitywnie zakończony sezon niespecjalnie wróży powstanie kolejnego - do surowej formy “Pushera”, jednak podobnie, jak w duńskiej trylogii stopień realizmu jest wysoki, postacie wyraziste, scenerie naturalne i być może najbardziej przerażające. Dramat zaś umiejętnie to gaszony, to rozpalany przez scenarzystów - bo jest przecież “Gomorra” serialem dramatycznym bazującym na najbardziej spektakularnych fragmentach książki Saviano - choć nigdy nie przeradza się w horror, dla niemal wszystkich bohaterów staje się wcześniej czy później koszmarem.


Podobnie jak w książce serial kipi od barwnych typów ludzkich zatrudnionych w konglomeracie występku, gdzie jednego dnia jest się grzebiącym zmarłych wrogów, drugiego przez nieprzyjaciół pogrzebanym. Zło ukazane w serialu, zło przedstawione w książce wzbudza emocje skutecznie eliminując obojętność nawet u najbardziej gruboskórnych.  
Ale zanim powstał serial Roberto Saviano uwijał się na skuterze po Secondiliago i kąpiąc się we krwi ofiar trwającej w kamorze wojny zbierał informacje, kto z kim, kto przeciw komu czyniąc z setek nazwisk wersy w powstającej książce mającej obnażyć znaną wszystkim prawdę. I ta kronikarska precyzja wydaje się być równie przerażająca, co sam świst kul odbierających życie winnym i niewinnym, podejrzanym i podejrzewającym. Z biznesu innych, ze śmierci, narkotyków, z biedy, nędzy, z marzeń nastolatków zatrudnianych przez mafię uczynił swój interes. A potem sprzedał temu, kto dał więcej. Chcąc nie chcąc, stał się częścią Systemu.


Nie przemawia przecież w “Gomorze” socjolog przy pomocy naukowych kluczy otwierający drzwi porządku rzeczy, lecz człowiek-oskarżyciel próbujący wykrzyczeć to, o czym zwykło się głośno milczeć i milcząco omawiać.
Donos czy nie donos?
We współczesnym świecie: cynicznym, androidowym, sprowadzanym do facebookowego, koniecznie zabawnego obrazka coraz trudniej uwierzyć w czystość intencji i serca, w nieskalaność przekonań, w bezinteresowność przekazu. Zresztą, każdy ma prawo do własnego osądu.
I sądzi.
  
Martwe natury
Szedłem z Krościenka w stronę Jaworek w towarzystwie bezchmurnego nieba. Rozlewało się po nim bezczelnie słońce nie dając miejsca na kawałek choćby chmury. Sunęły obok busy z turystami. Zieleniły się łąki i lasy. Błękicił Dunajec. Wyruszali na pierwsze kursy pienińscy flisacy, a mnie dręczyło nie rozstrzygnięte pytanie: czy “Gomorrę” należy traktować, jako donos tak jak robią to kamorryści, czy może przejaw najgłębszego humanizmu dwudziestosiedmiolatka - bo tyle lat liczył sobie autor “Gomorry” w chwili premiery książki - próbującego uratować to, co jest nie do uratowania, jak z pewnością uczynili to redaktorzy naczelni niedzielnych wiadomości i sobotnich popołudniówek?   


Wąwóz Homole nie powstał w ciągu jednego dnia. Formował się latami, milionami lat. Jego niewzruszone piękno przetrwało wszystkie możliwe zawieruchy. Neapolitańska mafia zawiązana w 1820 roku w więzieniach potrzebowała znacznie mniej czasu, aby udowodnić swoim członkom, że pięknie jest wzbogacać się nie zważając na nic, ani na nikogo.  



Osiedle Secondigliano nie może poszczycić się tak długą historią, jak Wąwóz Homole. Zaprojektowane w latach sześćdziesiątych ubiegłego stulecia zbudowane zostało w przeciągu dwóch kolejnych dekad. Dobitnie przedstawione w serialu blokowiska wydają się górować nad wszystkimi i determinować ich poczynania. W nich przechowuje się narkotyki, broń. Tam załatwia się interesy. Przed nimi dziecięce czujki ostrzegają o przybyciu nieproszonych gości.




W przeciwieństwie do pienińskiego wąwozu nie widać tam rzadkich okazów fauny i flory. Kokaina i haszysz to normalność. Wśród martwych blokowisk na swoim skuterze jeździł Saviano i skrupulatnie notując zastaną rzeczywistość rozmyślał. Bo i było nad czym. Kto? Kogo? Z kim? W jakim celu? Powstała później z tego wyliczanka podparta stenogramami podsłuchanych przez policję rozmów okraszona rozważaniami nad istotą nędzy i zbrodni, które od wieków nieustannie kroczą ze sobą w parze. W sam raz dla maluczkich cieszących się podczas lektury książki, że świat w niej przedstawiony jest im obcy. I że wśród wyznaczonych ustawowo roboczogodzin zapomnieć będą mogli, o tym, co czytali.  


Łańcuchy pokarmowe
Z wielką radością odnotowałem podczas drogi powrotnej z Jaworek do Krościenka obecność podjadających na łące bocianów powoli szykujących się do długiego lotu, który za sprawą niezbyt mądrych ludzi z Libanu nie dla wszystkich tych niezwykłych stworzeń okaże się fortunny. Precyzyjne sztychy zadawane podmokłemu podłożu długimi dziobami mimo iż miały w sobie coś mechanicznego i tak emanowały dostojeństwem i gracją. Nawet na dwóch patykowatych nogach biało-czarno-czerwone ptaki przypominały londyńskich arystokratów epoki wiktoriańskiej.


Zabijają, bo muszą, pomyślałem, gdyż jeśli tego nie uczynią, skażą się na zagładę, a na to instynkt samozachowawczy z pewnością im nie pozwoli. Dlatego zabijają, powtórzyłem z uporem. I będą zabijać. Króliki i myszy. Żaby i raki.
Bohaterowie “Gomorry” postępują tak samo. Zabijają, kiedy muszą. W przeciwieństwie jednak do bocianów odbierają życie nawet w sytuacjach, w których nie jest to konieczne. Przypomina się znamienna scena, kiedy w serialu Ciro każe zastrzelić Gennaro narkomana, tak, aby młody syn bossa mógł spojrzeć śmierci w oczy, zaznajomić się z jej magią, aby weszła mu w krew, gdyż bez niej w życiu, które wybrał zostanie zdeptany.  


Siedząc wieczorem nad Dunajcem przy moście w Krościenku zauważyłem, że po drugiej stronie rzeki na dachu jednego z domów bociany uwiły sobie gniazdo. Nagle dostrzegłem zlatującego z przestworzy biało-czarno-czerwonego ptaka. Zataczał dostojnie szerokie pętle nad gniazdem ani razu nie poruszając skrzydłami, podczas gdy skrzydła przelatujących obok kaczek rozpaczliwie młóciły powietrze, aby utrzymać je na żądanej wysokości. W neapolitańskim Secondigliano krąży się podobnie. Wokół bloków. Robią to dilerzy na skuterach, czujki dilerów na skuterach. Skutery są wszędzie. Wprawdzie niewiele jest w tym dostojeństwa, lecz płyną z tego wymierne korzyści finansowe. A już na pewno dla bossów.   
  
AAA. Maść na duszę. Poszukiwana
Naprzeciw Sromowców Niżnych, po drugiej stronie kładki nad Dunajcem łączącej Polskę ze Słowacją znajduje się miejscowość Czerwony Klasztor. Oprócz słynnego muzeum znaleźć można tu kilka sklepów, w których polscy turyści z wielką chęcią zaopatrują się w napoje odmieniające świadomość, zwłaszcza te wysokoprocentowe oraz wszelkiego rodzaju maści ziołowe konserwujące wszystko to, czego wspomniane napoje zakonserwować nie potrafią. Szeroka gama olejków i maści wytwarzanych na bazie konopi indyjskich cieszy się nie byle jaką popularnością, bo podobno wykazuje się wielką skutecznością w walce z przewlekłym bólem stawów czy kości, jakie dosięgną wcześniej czy później każdego. A już na pewno ludzi starszych pamiętających przemówienia Gomułki.  


W Neapolu handel marihuaną zostawia się nastolatkom. Starsi nie chcą się w to bawić. Wyznaczają sobie inne cele. Aspirują do gry o wysoką stawkę. A w tej branży najwyższą stawką jest śmierć, która wszystkich kamorrystów ma na szczególnej uwadze.  
Jest w serialu znamienna scena, kiedy jeden z bohaterów półgębkiem wspomina wakacje w Grecji, które z wielu względów okazały się jego ostatnimi. Mówi o spokoju, jakim cieszył pod helleńskim słońcem, jakiego nigdy nie zazna w Neapolu. Ginie po tym jakiś czas później zamordowany w wyniku rozpoczynającej się wojny klanów.


Stojąc na kładce łączącej Polskę ze Słowacją chłonąłem normalność, jakiej w pełnej wynaturzeń “Gomorze” brakuje. Przyglądałem się pracy flisaków. Wsłuchiwałem się w ich opowieści. Dobiegał mnie śmiech przewożonych. Po słowackiej stronie tłumy wędrowały do Czerwonego Klasztoru. Rozleniwiało pozbawione choćby obłoku niebo zdominowane przez wstrzymaną przez Kopernika gwiazdę. Poczucie spokoju i bezpieczeństwa sprawiały, że tępił się instynkt samozachowawczy. Bo przecież przed czym miałem się strzec w Sromowcach Niżnych?


Gdyby jednak most ten łączył bloki w Secondigliano miejsce flisaków zajęłyby skutery z dilerami. Stałbym spięty. Wszystkie zmysły byłyby wyostrzone. Zagrożenie mogłoby przecież nadejść z każdej strony. Nie wiadomo czy moja niezwiązana z Systemem głowa nie zostałaby wybrana, jako cel dla pistoletu syna bossa, który dzięki mojej śmierci miałby stać się mężczyzną?
Czy doniósłbym światu o poczuciu zagrożenia?


Wyrok
Uwielbiam ranne, niedzielne powroty z Krościenka nad Dunajcem. Zabrzeż, Tylmanowa, Kamienica, Mszana Dolna. Przetrzebione sobotą wioski. Wędkarze próbujący ustrzelić coś na muchę. Wierni przed kościołami. Rosoły bulgocące na domowych kuchniach. Perspektywa niedzielnego obiadu. Spokój, cisza. Góry. Pusta droga zakłócana rzadko pojedynczymi samochodami. I malowniczy, leśny odcinek w okolicach Szczawy. Wypluwa zieleń wilgoć na asfalt. Nie popędzam kół wzdrygających się przed wodą. Obrywam chłodem od tysięcy drzew. Jestem skoncentrowany, bo wiem, że koniec moich rozmyślań jest bliski. Czy aby na pewno koniec?   
Choć klasyfikacja czynu autora “Gomorry”  wydaje się bezdyskusyjna - jeśli ktoś w pierwszej osobie liczby pojedynczej z farmakologiczną precyzją wylicza to, czego ludzie będący jej przedmiotem nie chcieliby, aby zostało wyliczone - wracając do domu wiedziałem, że nie odważyłem na wadze uczynku Saviano. Nie tylko dlatego, że nie miałbym odwagi rzucić kamieniem oskarżenia, lecz z powodu bardziej złożonego: w moim odczuciu każda próba jednoznacznego określenia z pewnością heroicznej postawy Roberto Saviano jest możliwa wyłącznie dla fanatyków.
W moich rozważaniach nic nie było oczywiste.  


W świecie ukazanym w serialu i filmie oraz w książce klasyfikowanej w krajach anglojęzycznych do gatunku non fiction pewna pewna jest jedynie śmierć, która przecięła nić życia nietoperza, na jakiego natknąłem się wędrując z Krościenka do Wąwozu Homole.

środa, 8 lipca 2015

"Wspaniałe stulecie", Krościenko nad Dunajcem i kilka trudnych pytań

Zakończyła się pierwsza część „Wspaniałego Stulecia”, serialu, który zawładnął polskimi sercami, podobnie, jak serbskimi, bułgarskimi, irańskimi i... długo by wyliczać. Kto miał płakać, zapłakał, kto ma zapłakać, zapłacze, tak bowiem głosi historia, z którą liczyć się musieli scenarzyści wieloodcinkowej produkcji opiewającej rządy mądrego i sprawiedliwego sułtana, jakim Sulejman zwykł najczęściej bywać. 

Sulejman Wspaniały
Oprócz chwil, gdy jako poeta oddawał się natchnieniu i opiewał ładnymi słowy namiętność do ukochanych kobiet, jednak poetom zazwyczaj wybacza się więcej niż sułtanom, a to pewnie ze względu na cierpienie i duchowe rozterki powiązane z niełatwą przecież profesją.

Wielki wezyr Sokolovic
Nierozerwalnie związaną z losem Sulejmana była także postać Sokollu Mehmeda Paszy, bośniackiego brańca, który po ukończeniu adżemi olan, szkoły janczarów zrobił wielka karierę w seraju sułtana i choć zdarzały mu się militarne potknięcia, głowę swą doniósł na karku do naturalnej śmierci, jaka odwiedziła go w Stambule w roku 1579 i nie pytając o zgodę wzięła, co do niej należało. 

Sokollu Mehmed Pasza
Rozmyślałem o tej znaczącej dla historii Imperium Osmańskiego postaci planując kolejny krajowy weekendowy wypad w kierunku południowym i wiedziony banalnym skojarzeniem udałem się do Krościenka nad Dunajcem, aby tam wspiąć się na wysokość 747 metrów i z grani Sokolicy chłonąć widoki niezmiennie tytułowane zapierającymi dech w piersiach, jakie zapewne znaleźć także można na 419 kanale telewizora najnowszej – której to już z kolei? - generacji, jednak warto pamiętać, ze świat realny: ten, którego dotknąć można i posmakować bywa bardziej urokliwy od nawet najpiękniejszych kolorów opracowanych w laboratoriach japońskich i nie tylko koncernów.

Turystyka dojazdowa
Dystans 130 km, jaki dzielił mnie dookolnie – wybrałem dłuższą trasę – od celu pokonałem piątkowego popołudnia wielce lżąc zakorkowane krakowskie ulice wylotowe, ale też i bardzo radując się zerwaniem z łańcucha dni codziennych. 

Przygotowania do powrotu
Gotowość do powrotu
W trasie odnotowałem po raz kolejny, że kaganiec nowej ustawy działa niemal na wszystkich za wyjątkiem wkraczających w dorosłość chłopców, którzy godzinę wcześniej oddali wszystkie włosy w zakładzie fryzjerskim, co z pewnością zmotywowało ich do wyprzedzania motocykla na linii ciągłej w terenie zabudowanym z prędkością co najmniej dwa razy większą niż przewiduje prawo o ruchu drogowym. Wyprzedzić motocykl sunący przepisowo 50 km/h to jest dopiero coś! „Nie brookliński most”...

Cypel City
Znane mi z poprzednich wycieczek pole namiotowe zgotowało mi huczne przyjęcie: witało mnie blisko tysiąc entuzjastów nocowania na łonie, z czego połowa mówiła w języku czeskim, podobnie jak ich autokary i samochody hurtowo poupychane w każdym zakamarku olbrzymiego kempingu.

Cypel City - brama wjazdowa na pole namiotowe
Wieczorem pierwszego dnia pobytu na skrawku opłaconej na dwie doby ziemi podjąłem w gościnę dwóch motocyklistów ze Stalowej Woli, którzy zmierzali w pobliską, słowacką stronę na motocyklach Yamaha Royal i Road Star, które – podobnie jak ja z ich właścicielami – zawiązały nocne rozmowy.  

Przed nocnymi rozmowami
Nikt jednak nie rozmawiał o polityce, ani nie próbował o niej rozprawiać, co wielce mnie ucieszyło, bo często wydaje mi się, że ludzie nie potrafią debatować o czymś innym, np. o sposobach przygotowania pasty z łososia, lub o metodach bezpiecznego konsumowania śliwowicy łąckiej, o jakiej jeszcze się tu wspomni.

Małe piękne
Sama wieś Krościenko nad Dunajcem mimo swych niewielkich rozmiarów oferować może złaknionemu kontaktu z naturą turyście wiele atrakcji, spośród których do najbardziej oczywistych zaliczyć można śliwowicę z pobliskiego Łącka gotową stosunkowo szybko nawet najtęższych zuchów przenieść w zupełnie inny wymiar. 

Drzewo
Na przepitkę wejść można sobie na liczącą 747 metrów Sokolicę, lub na nieco wyższe Trzy Korony (982 metry), skąd w słoneczne dni dostrzec można niemal cały świat ze specjalnym uwzględnieniem jego tatrzańskiej części. A wieczorem? 

Baza do rozmyślań
Wieczorem siąść można nad wartkim prądem Dunajca i delikatnie mrużąc oczy wspomnieć czasy dawniejsze: na przykład średniowieczne i wyobrazić sobie krzepiące się miodem rycerstwo polskie zmierzające na taką lub inną bitkę organizowaną przez tego, lub tamtego króla, której efektem mogła być bądź to bohaterska śmierć w boju, bądź to bohaterskie śmierci w walce zadanie i powrót w chwale do rodzinnych kaszteli i dworów, gdzie spragnione mężowskiego ciepła niewiasty na miękkich nogach wypatrywały wojennych łupów, bo przecież żyć z czegoś trzeba było, oj, było! Tym bardziej, że powszechnie nie lubiana dziesięcina, jaką należało płacić świętemu kościołowi bolała wszystkich – możnych i biednych.

Cienie imperium
W drodze na Sokolicę napotkać można dwie tablice upamiętniające ważne chwile dla wielkich mężów polskich, z których każdy wiele wspólnego miał ze sprawą osmańską. Pierwszy, Jan III Sobieski - jak głosi napis oraz bardzo nieudany film - powstrzymał niewiernych ratując wiarę chrześcijańską, drugi zaś, Adam Mickiewicz po raz ostatni w swym życiu oddech złapał w pięknym mieście Stambule (a nie, jak błędnie podaje Wikipedia - Konstantynopolu), dzięki czemu dziś przy ulicy Tatli Badem Sokak pod numerem 23 na turystów czekają atrakcje w muzeum romantycznego poety.



Niezła to odskocznia do rozmyślań historycznych nie tylko dla miłośników „Wspaniałego stulecia”, gdyż to przecież Sulejman, a konkretnie wielki wezyr Ibrahim, jako seraskier w imieniu swego pana i władcy oblegał nieudanie Wiedeń, dając tym samym wyraźny sygnał dla przyszłych sułtanów, w którą stronę winni zwracać hardy wzrok w poszukiwaniu nowej sfery wpływów. Sułtan Mehmed czwarty tego imienia pomny klęski wojsk Sulejmana pod wiedeńskimi murami postanowił w roku 1683 rzucić na Wiedeń setki tysięcy wojsk pod wodzą znanego dobrze Polakom Kara Mustafy, w którego rolę w paradokumentalnym pomniku filmowym poświęconym wiedeńskiej bitwie wcielił się perfekcyjnie Jerzy Trela. I wtedy na arenie politycznych wydarzeń pojawił się Jan III Sobieski, który nie bez problemów formując misję ratunkową ruszył na skuteczną odsiecz braciom w wierze chrystusowej, aby polska myśl wojskowa zatriumfować mogła nad innymi myślami. I tak dalej...

Wchód na Sokolicę
Piękno przyrody opiewane w literaturze przy pomocy nierzadko najwymyślniejszych przymiotników i prawdziwym żarem natchnionych zdań ustąpić musi miejsca pięknu naturalnemu, które każdy odkryć musi po swojemu i wyłącznie dla siebie, a nie – jak w przypadku literackich opisów – dla publiczności. 

Przyroda
Szedłem zatem w milczeniu pod górę otoczony z każdej możliwej strony wysoko pnącą się florą oraz rozśpiewaną i roztreloną fauną, spośród której najbardziej poczciwie prezentowały się pospolite po psiemu kaczki próbujące wydrzeć tajemnice wartkiego nurty górskiej rzeki.

Fauna
Kiedy szczyt już zdobyłem i stanąłem na grani, na której tysiące przede mną stawało, przeraziłem się, bowiem pode mną była przepaść, jakiej nie życzyłbym największemu wrogowi, nade mną niebo, jakiego życzę najbliższym, przede mną widok na świat, a tuż obok utyskiwania rodaków: na to i na tamto, ale widać tak to już z rodakami być musi, że tu, w Polsce i tam, poza jej granicami znajdzie się coś, co przeszkadza w normalnym funkcjonowaniu. W tym wypadku była to grań Sokolicy, do której za strome prowadziło podejście, gdyż zdaniem rodaków powinno być mniej strome, najlepiej, gdyby były tu ruchome schody, a idealnym wprost rozwiązaniem galeria, ale nie taka, nie widokowa...







„A po nocy przychodzi dzień”...
Skłania wartki prąd Dunajca do refleksji zwłaszcza jeśli słoneczna kula zmęczona całodzienną podróżą po rozbłękitnionym niebie chowa się przed chciwym ludzkim wzrokiem, ustępując miejsca odwiecznemu rywalowi – księżycowi. Cofnąłem się więc w myślach do czasów, o jakich opowiada turecki serial „Wspaniale stulecie” i po raz kolejny na myśl przyszła mi jakże znamienna postać Ibrahima, który w pewnym momencie życia przeklinać musiał chwilę, kiedy jego ambicja połączona z umiłowaniem Sulejmana nakazały mu domagać się – choćby i w pokornym milczeniu - istotniejszych funkcji oferujących większe pole manewru, niż to, jakie przypisane było naczelnemu kamerdynerowi (has oda baszy), który i tak na sułtańskim dworze wiele miał do powiedzenia.

Okan Yalabik, jako Ibrahim we "Wspaniałym stuleciu" 
Dlaczego tak wielki mąż musiał zginąć* z woli tego, którego kochał najbardziej?, rozmyślałem sięgając pamięcią materiałów źródłowych, które interpretować można – podobnie jak życie w ówczesnym seraju sułtana – na co najmniej kilka sposobów, a każdy z nich bardzo bliski może być prawdy. Czy rzeczywiście chodziło o zazdrość i nienawiść jednej kobiety czy może ambicje urodzonego w greckiej Pardze - wtedy należącej do Republiki Weneckiej - wielkiego wezyra były zbyt niebezpieczne, aby Sulejman mógł dalej je tolerować bez względu na sympatię i miłość, jakimi z pewnością przez wiele lat obdarzał Ibrahima. I znów, pomyślałem, żądza władzy, a może i też po prostu krótkowzroczność doprowadziły do upadku – nie po raz pierwszy w historii – kogoś, kto przez długi czas odgrywał wielką rolę na szachownicy wydarzeń.
Gdzie leży prawda? W niebieskich oczach tej, która w pewnym momencie zniewoliła poetę i sułtana czy może w melancholijnej melodii skrzypiec tego, który pragnąc zbyt wiele ofiarował życie na loterii, gdzie żetony nie tylko przyjaciele stawiali, ale i śmiertelni wrogowie?



* Ktoś może uznać to za spoiler, jednak przytaczam tu fakt historyczny i jestem przekonany, że większość widzów „Wspaniałego stulecia” wie już niemal wszystko o losach bohaterów serialu.