niedziela, 26 marca 2017

"Pandora" (2016) - "nie ma zagrożenia, każdy jest bezpieczny"... *

Mieszkańcy nadmorskiej wsi Gąski protestując w roku 2012 przeciwko budowie elektrowni jądrowej mieli świeżo przed oczami tragedię w Fokuszimie i na pewno zapamiętali wydarzenia z Czarnobyla, kiedy to podczas wybuchu reaktora niemal cały świat musiał zmierzyć się ze skutkami największej przemysłowej katastrofy jądrowej, co dla świata było poniekąd nowością, gdyż do tej pory strony pierwszych stron gazet upamiętniały katastrofę nieprzemysłową, jaką była rzeź w Hiroszimie i Nagasaki.   


Być może nie miał pojęcia o mieszkańcach Gąsek Jong Woo-Park realizując w roku 2016 swoją “Pandorę”, ale na pewno zaznajomił się z grecką mitologią oraz dwoma największymi katastrofami w historii elektrowni jądrowych, a rozmach produkcji będącej owocem jego przemyśleń dosłownie rzuca na kolana i może nawet zainspirować amerykańskich mistrzów od szerokich planów.  


A gdzie otwiera się w puszka Pandory? Ano, w niewielkim południowokoreańskim nadmorskim miasteczku, gdzie ku zgrozie mieszkańców od lat rozszczepia się atom i wywołuje reakcje o sile zdolnej zasilić prądem całe miasta. Troska o własne zdrowie i życie nie zrodziła się tam bezpodstawnie - w wyniku awarii kilka lat wcześniej życie straciło kilkanaście osób, w tym ojciec i brat głównego bohatera, Jea-Hyeoka.


Sytuacja powtarza się w wyniku błędnych ustaleń, zafałszowanych raportów i oczywistych grzechów decyzyjnych, dzięki czemu kamera Jong Woo-Parka mogła zająć się tym, na co z pewnością czeka żądna sensacji widownia: awarią reaktora, a tuż po niej szeregiem potwornych wydarzeń, dzięki którym jedni stać się mogą martwymi herosami, inni zaś szczęśliwie ocalałymi...  


“Pandora” to film z jednej strony o biurokratycznej niekompetencji, nieumiejętności zarządzania, z drugiej portret heroizmu za wszelką cenę, czyli tematu najwdzięczniejszego w filmowym świecie. Bezwzględnie ścierają się tu racje ustanawiane w zaciszu ministerialnych, a nawet prezydenckich gabinetów z decyzjami ludzi na miejscu obserwujących rozwierającą się w błyskawicznym tempie puszkę Pandory. Paradoksalnie nie ma tu zwycięzców i przegranych, bowiem żywioł, przeciw jakiemu przyszło wystąpić bohaterom filmu równa wszystkich i sprowadza do jednego poziomu. A nie ma tam nic więcej prócz śmierci.

* Dezerter - "Nie ma zagrożenia"

wtorek, 14 marca 2017

"Kilo Two Bravo" (2014) - saper myli się tylko dwa razy

O wojnie w Afganistanie w świecie filmu powiedziano do tej pory wiele. Z pewnością nie opowiedziano jednak wszystkiego, gdyż konflikt po którego jednej stronie stoją Talibowie oraz wspierające ich siły, po drugiej zaś sprzymierzone wojska Sojuszu Północnoatlantyckiego wygenerował z pewnością setki zdarzeń mogących przykuć uwagę widza złaknionego wieści z pola walki.
“Two Kilo Bravo” Paula Katisa  jest taką opowieścią.


Ze swadą w filmie oddane zostały relacje między odbywającymi służbę żołnierzami, zaś wypełniająca je ironia, czarny humor i umiejętnie kontrolowana złośliwość świadczą, że twórcy filmu zadbali o wysoki poziom realizmu. Zamiast w usta bohaterów wydarzeń włożyć górnolotne frazesy o koszmarze umierania za wolność z dala od stron ojczystych, wypełnili je nierzadko kloacznym humorem, bez jakiego nie może się obejść - i z pewnością się nie obchodzi - żadna jednostka wojskowa. Zamiast cukierkowych przemówień o “wielkich potrzebach”, “porażającym obowiązku” czy “nieodwołalnej konieczności” żołnierze przekrzykują się przy użyciu słów, jakie z lubością cytuje prasa brukowa, kiedy udaje się jej przyłapać posługującego się nimi kogoś aktualnie bardzo ważnego.  


I tak oto wśród żartów nieprzystojnych, niecenzuralnych, nieobyczajnych, a najczęściej po prostu głupkowatych i niesmacznych pozwala się patrol żołnierzy obezwładnić pamiątce po dawnej wojnie radziecko-afgańskiej: wyjątkowo złośliwej i perfidnej minie przeciwpiechotnej skonstruowanej po to by ofierze zadać wiele cierpienia oraz dostarczyć chwil, kiedy będzie modlić się ona o nie chcącą nadejść śmierć.


Głupkowata radość żołnierzy nieoczekiwanie zmienia się w pełną konsternacji ciszę zakłócaną początkowo nawoływaniem o pomoc, a później tykającymi wskazówkami zegara odmierzającymi czas do przybycia pomocy z zewnątrz, kiedy wiadomo już, że środki medyczne pozostające do dyspozycji sanitariusza zajmującego się rażonym zespołem nie rozwiążą problemu oderwanych od ciała kończyn i z trudem powstrzymywanego krwotoku.  
I tu znów wielkie brawa dla twórców, gdyż w jękach rannych rzadko przewija się histeria i boguojczyźniane frazesy, natomiast częściej rozładowujący napięcie, głupkowaty humor, który być może stanowi najlepsze lekarstwo na ciemną stronę rzeczywistości.  


W “Kilo Two Bravo” bez patosu, etosu i wielkich słów opowiedziana została historia przyjaźni i braterstwa między żołnierzami jednej kompanii, którzy znaleźli się w miejscu, gdzie nikt nigdy w historii cywilizacji istot myślących nie ogłosił się zwycięzcą i prawdopodobnie nie zdoła tego uczynić. A gdyby ktoś koniecznie chciał zapytać się, jaki morał płynie z rozgrywającej się wypalających wzrok plenerach historii, wypadałoby odpowiedzieć: każdego rodzaju.   

niedziela, 5 marca 2017

"Chevalier" (2015) - A statek płynie...

Gdyby zdolność do tworzenia sztuki na wysokim poziomie abstrakcji - jak głoszą teorie - związana była z poziomem zamożności społeczeństwa, Grecja byłaby supermocarstwem. Potwierdza to niezwykły, choć z pewnością do hermetycznego grona adresowany film Athiny Rachel Tsangari, specjalistki od kina niebanalnego i niełatwego w odbiorze.   


Rodzimi teoretycy literatury po obejrzeniu filmu musieliby stwierdzić i z pewnością przyszłoby to im z łatwością: toż to dzieło Gombrowiczem podszyte. Co więcej: być może to nawet adaptacja nieznanego jeszcze światu dzieła jednego z najsłynniejszych polskich emigrantów wciąż wywołującego emocje, kontrowersje, nie tylko ze we względu na pogrobowe utwory.  


Mamy bowiem w greckiej produkcji wszystko, co trzeba, aby stwierdzenie dopiero co przywołanych teoretyków literatury nabrało rumieńców: scenerię, jakby wyrwaną z rozhukanej i rozpędzonej rzeczywistości oraz kilku bohaterów przepędzających wakacyjnie czas na luksusowym statku wśród lazurowych fal Morza Egejskiego, o którego urokach napisano wiele.


Nie mamy wprawdzie żadnej tajemnicy - chyba, że przyjmiemy za tajemnicę sam fakt istnienia bohaterów - nie dynda na drzewie martwy ptaszek, nikt nikogo nie podejrzewa, ani nikt niczego nie ukrywa. Co się w takim robi w filmie Tsangari? Ano, rozprawia. A także podgląda, ocenia, punktuje, odnotowuje. Bohaterowie filmu bowiem w pewnym momencie dochodzą do wniosku, że gra towarzyska polegająca na ocenianiu siebie nawzajem umili im ten czas morskiej podróży, którego umilić nie potrafi nurkowanie czy połów ryb. I podglądają siebie nawzajem wczasujący się Grecy, a każdy z nich stara się celująco wywiązać z roli podglądającego i podglądanego.   


Co ciekawe, film jakby programowo nie chce przynależeć do kina współczesnego, bowiem nie komentuje współczesności, a jego przekaz uniwersalny jest, jak ten znany z klasycznych greckich tragedii. Ani jedno zdanie wypowiedziane ustami bohaterów nie nawiązuje do skomplikowanej sytuacji finansowej w jakiej znalazło się piękna Hellada i jej mieszkańcy. O, jak dobrze! Nie przeprowadza się analizy, kto za tym stoi i jaki ma w tym interes. Na pierwszym miejscu jest człowiek: uwikłany w samego siebie, od siebie samego i od innych uzależniony.  


W sposób nie pozbawiony gorzkiego humoru ukazuje Tsangari bezwyjściowość człowieka z labiryntu społecznego życia, jego uwikłanie w nie zawsze proste relacje z innymi, nieustanne poddawanie presji ogółu. A czas płynie...

wtorek, 21 lutego 2017

"Zderzenie" (2016) - raz kozie gniew

W Egipcie roku 2011 starły się siły, które zetrzeć się musiały i jak bardzo prędko się okazało, moce kłębiące się w państwie piramid nie powiedziały ostatniego słowa. Uśpione na dwa lata zmartwychwstały i zwarły się ze zdwojoną mocą, reprezentując w swojej złowrogiej istocie to, co świat zna już od tysiącleci - walczących i zwalczających. Ale dość polityki.


Pięć lat po tym, jak kairski Majdan at-Tahir pomieścić musiał pięć milionów protestujących egipski reżyser Mahamad Diab, autor filmu “678” (2010) opowiadającego o poważnym w Egipcie problemie seksualnego molestowania kobiet, po raz drugi postanowił stanąć za kamerą i scenariusz napisany wspólnie z Khaledem Diabem przemienił na ruchome obrazy: przejmujące i żywe, ale też porażające i martwe, które dziennikarze z pewnością nazwali by “nie pozwalającymi zachować obojętności”, “domagającymi się głębszego dyskursu w przestrzeni publicznej”, itd.  


Fabuła filmu w swojej prostocie zdaje się wyrażać najgłębsze idee, nie zapominając także przy całej swojej śmiertelnej powadze o rozładowującym napięcie poczuciu humoru, a także - wszak to film kontrastów - zagęszczającym nastrój stopniowaniu lęku, którego nie da się nazwać inaczej, jak klaustrofobicznym.  


Oto bowiem kilkanaście osób reprezentujących odmienne światopoglądy zamkniętych zostaje przez upaprane w ostrą robotę wojsko w więziennej furgonetce, z której podglądać mogą dosłownie eksplodującą rzeczywistość. Widział już świat ten rodzaj uwięzienia wiele razy: filmowano go i opisywano być może ku przestrodze, jednak człowiek nie nawykł wyciągać lekcji z przeszłości: żyjąc tym, co teraz, rozpaczliwie próbuje sobie wmówić, że może wywalczyć sobie lepszą przyszłość.


A furgonetka jedzie. Za oknami noc przeplata się z dniem. Strzały karabinowe z przecinającymi upalne powietrze kamieniami. Krzyki manifestujących z wrzaskami wściekłości protestujących przeciw manifestacjom. Widział już Egipt takie rewolucje. Zwłaszcza tę jedną: w starożytności, za panowania XVIII dynastii, kiedy to faraon Amenhotep przybierając imię Echnatona zamiast wiary w wielu bogów, wprowadził kult Atona, co ostatecznie doprowadziło do wielkiego społecznego wrzenia i upadku władcy. Czy zresztą rewolucje kiedykolwiek wyglądały inaczej?      


Przejmujący film Diaba opowiada o granicach, jakie chyba tylko człowiek, zwierzę inteligentne potrafi stworzyć, aby samemu je przekroczyć na wiele różnych sposobów. W egipskim obrazie granicami tymi są jednocześnie ciasne ściany ciężarówki, ale i też hermetyczność poglądów nie pozwalająca szerzej spojrzeć na rzeczywistość i dostrzec, że kipi ona różnorodnością, której nie sposób zmienić, czy wyplenić. To ona bowiem napędza świat, nawet jeśli padają przy tym strzały, od których giną ludzie w danych okolicznościach winni, bądź niewinni.   

wtorek, 7 lutego 2017

"Patriots Day" (2016) - z biegu powstali

15 kwietnia 2013 dwaj młodzi ludzie wypowiedzieli wojnę mieszkańcom Bostonu zgromadzonym przy mecie corocznego maratonu i przeprowadzając zamach przy użyciu dwóch bomb dostarczyli służbom specjalnym mnóstwo pracy, twórcom zaś źródła inspiracji. Przy pomocy kamery krwawe wydarzenia przedstawił Peter Berg, który kilka miesięcy wcześniej mierzył się z wodami Zatoki Meksykańskiej, gdzie realizował inną opowieść o równie dramatycznych wydarzeniach (“Deepwater Horizon”).  


Na wstępie buduje Berg w “Patriots Day” obraz Ameryki idealnej, zjednoczonej i silnej, z nieodłącznymi “proszę”, “dziękuję” i “kocham cię” na ustach. Jest w tym sporo hipokryzji, nie dlatego, że chodzi o społeczeństwo amerykańskie, lecz o człowieka, jako takiego, który oprócz przywołanych zwrotów grzecznościowych opanował do perfekcji ich przeciwieństwo w filmie zarezerwowane wyłącznie dla bohaterów negatywnych.


Zrozumieć można, że pomnikowe dzieło - bo taki jest bezdyskusyjnie “Patriots Day” - wolne powinno być od odcieni szarości, że zło musi być czarne, dobro białe, a wszyscy pozytywni bohaterowie kochać się muszą, wspierać, każdym kroku częstować dobrym słowem i pączkami oraz wierzyć, że bogowie pozwolą śnić sen nazywany amerykańskim. Dlatego tak bardzo brakuje w produkcjach tego typu pełniejszego przedstawienia mrocznej strony ekranu, bardziej wnikliwych portretów psychologicznych “wrednych drani” wymykających się poza schematy stworzone przez Hollywood. Terrorysta w ujęciu amerykańskich filmowców - zwłaszcza w realizacjach niekoniecznie ambitnych - to nierzadko emocjonalnie rozstrojony idealista oskarżający USA o szatańską rolę na kartach dziejów istot myślących.
A zatem mamy piękny Boston, tysiące uczestników ponad czterdziesto kilometrowego biegu i tyleż samo widzów: policjanci jedzą pączki, żony policjantów także, szczęśliwi maratończycy cieszący się ze zrzucanych kaloriii, widzowie martwiący się ich nadmiarem. Wolność, równość i braterstwo, chciałoby się powiedzieć. Nie do końca jednak.    


Nagle bowiem w ten cukrowy wizerunek wdziera się łyżka dziegciu reprezentowana przez dwóch braci, których ideologia mówiąc najprościej: radykalna, popycha ich do dokonania czynu, którego reperkusje śledzić mogli mieszkańcy świata przy pomocy jak zawsze usłużnych, gotowych na wszystko i chętnie eksponujących dramaty i ludzkie cierpienie mediów. Bum!
“Patriots Day” opowiada nie tyle o samym zamachu i jego autorach, co o żmudnym dochodzeniu i szczęśliwych zbiegach okoliczności, dzięki którym świat cały zobaczyć mógł najpierw zdjęcia podejrzanych przechwycone z miejskiego monitoringu, później zaś dowiedzieć się o zatrzymaniu sprawców zamachu, a po obejrzeniu filmu zrozumieć, że“Patriots Day” to świetny obraz wyreżyserowany przez twórcę, który jak mało kto potrafi dramatyzować i budować napięcie.


niedziela, 29 stycznia 2017

"Przełęcz Ocalonych", "Sully", "Deepwater Horizon", "Nowy Początek" (2016) - lektury uzupełniające

Istnieją twórcy, na których filmy czeka się miesiącami. W godzinie próby czasem zdają się zawodzić i choć na pewno nie wszystkich - omówione tu pokrótce filmy charakteryzują się wysoką średnią ocen wystawionych przez widzów - i może nie w sposób spektakularny, to jednak nie pozostawiają po sobie niczego więcej prócz kilku dreszczy.    


“Deepwater Horizon” (2016) - W morzu. Ognia
W 2013 roku niczym pocisk wystrzelony z broni automatycznej przez afgańskiego Taliba zdetonował się “Ocalały” Petera Berga, w którym zawierzając wspomnieniom żołnierza SEALS, Marcusa Lutrella, reżyser zaprezentował państwu i światu piekło nieudanej misji wojskowej, przy czym wysoki stopień realizmu, rzadko spotykany w tego typu produkcjach, sprawił, że film z pewnością nie zawstydził się zapukać do bram, nad których z dumą widnieje napis: klasyka kina wojennego.


Trzy lata później ten sam reżyser znów zapragnął być za pan brat z chaosem i wydarzeniami zabarwionymi tragedią, przeniósł się z kamerą nad wielką wodę, aby przypomnieć wydarzenia z kwietnia 2010 roku, kiedy to amerykańska platforma wiertnicza z powodów, o których z pewnością do tej pory debatuje się w USA i poza nimi, pozwoliła strawić się ogniowi, a następnie falom Zatoki Meksykańskiej, w których odmętach po dziś spoczywa.  
Jeśli w “Jedynym Ocalałym” Peterg Berg nakreślił znakomity obraz nierównych i bezpardonowych zmagań wojennych, który posiadając ducha i klimat z porywającymi postaciami, dynamicznym scenariuszem i najwyraźniej ulubionym przez Berga Wahlbergiem w roli głównej (jest on także pierwszoplanowym herosem innego filmu Berga z roku 2016, “Patriots Day” - o tym niebawem), tak w “Deepwater Horizon” czegoś ewidentnie zabrakło, mimo iż pozornie jest wszystko, co potrzebne do sukcesu: przedsmak wydarzeń, błędne decyzje, napięcie, tragedia i jej konsekwencje pełne fajerwerków i czynów heroicznych.
 
“Sully” (2016) - Leciał z nimi pilot
Obok Berga pojawił się Clint Eastwood patetycznie dziękując nowojorczykom zaangażowanym w pomoc pasażerom lotu US Airways nr 1549 pilotowanego przez kapitana Chesleya Sullenberga, który na mroźnych wodach rzeki Hudson 15 stycznia 2009 roku posadził potężny samolot pasażerski, jakim Airbus A320 jest bez wątpienia, aby ocaleli w ten sposób pasażerowi doświadczyć mogli bohaterskiej postawy mieszkańców Nowego Jorku, którzy nie szczędząc sił i środków ruszyli na pomoc, bowiem powszechnie wiadomo, że mieszkańcy żadnego innego miasta na świecie nie potrafią zjednoczyć się tak w obliczu grozy. Oprócz mieszkańców Warszawy, Aleppo, Stambułu i kilku mniejszych i większych ośrodków miejskich, gdzie istocie ludzkiej dane było wydźwignąć się na najwyższe poziomy heroizmu, aby przeżyć to, co zdawało się nie do przeżycia.   


Nie mam skali porównawczej, jednak słyszałem z wielu stron, że Eastwood i tak lepiej sprawdził się w kinie katastroficznym niż polski reżyser, który również w marzeniach swych wybiegał, aby zmierzyć się z ciężarem statku powietrznego odmawiającego posłuszeństwa, aby ostatecznie wykuć swoje artystyczne - czy jak odnotowują niektórzy recenzenci: “artystyczne” - wizje w spiżowy pomnik, co - sądząc po średniej ocen na popularnym portalu: 2.8/10 - nie udało mu się tak dobrze, jak chociażby Paulowi Greengrassowi w pamiętnym “Locie 93” (2006).
Przy czym nikogo dziwić nie powinno, że rolę tytułowego “Sullego” Eastwood powierzył Tomowi Hanksowi, a wszystko to działo się jeszcze w czasie, kiedy popularny aktor kojarzony przez lwią część populacji posiadającej przed laty odtwarzacze kaset video przede wszystkim z roli Forresta Gumpa nie miał pojęcia, że pewna aktywistka z Bielska Białej uhonorować go będzie chciała dla wielu być może najgenialniejszym wytworem epoki komunizmu, małym fiatem, popularnym “maluchem” zakupionym dla amerykańskiego aktora w  odległych od dawnych bielskich zakładów motoryzacyjnych Suwałkach, gdzie być może mieszkańcy - nie tylko aktywiści - liczą, że hollywoodzki gwiazdor nie zapomni o ich istnieniu, a już na pewno nie jego konto bankowe, którego zawartość dla mieszkańców przywołanych tu miast równać się może opowieściom Szeherezady snutym podczas tysiąca i jednej nocy.    


“Nowy Początek” (2016) - Z ziemi obcej do...
Kolejną pozycją nieobowiązkową jest dramat reżysera kanadyjskiego, Dennisa Villeneuve’a który namieszał w kinie światowym za sprawą chociażby “Pogorzeliska” (2010), swą pozycję twórcy nie idącego na łatwość przekazu i wymagającego większej uwagi niż produkcje autora “Listów do M”, potwierdzając w “Sicario”. Nominowany do tegorocznych Oscarów “Nowy Początek” przenosi widzów do świata nawiedzonego przez pojazdy zawiadywane przez przedstawicieli obcej cywilizacji, z którymi władze amerykańskie na bardzo wysokim szczeblu nakazują się skontaktować tłumaczce biegle władającej m.in. farsi oraz mandaryńskim.


Bawiąc się w filmie przeszłością, przyszłością i teraźniejszością spróbował Villeneuve spętać widza tajemnicą, jednak mimo ambitnych planów i dostojności ujęć właściwych jego obrazom sposób prezentacji epokowego wydarzenia, jakim bez wątpienia jest próba komunikacji z przedstawicielami pozaziemskiej cywilizacji wyszedł odrobinę naiwnie i infantylnie. Nie tylko ze względu na sposób przedstawienia Obcych.  


“Przełęcz Ocalonych” (2016) - ratuję, nie strzelać!
Jeśli ktoś, kto poszedł na wojnę odmawiając noszenia broni i dosłużył się na bitewnym polu najwyższego odznaczenia nadawanego przez prezydenta USA w imieniu Kongresu, nie przykuje skutecznie uwagi poszukujących ciekawych “kawałków” filmowców, to na pewno nie zrobi tego nikt. Nawet podupadająca piosenkarka zwierzająca się z seksualnych ekscesów z mrówkojadem.


Desmond Doss, bo o nim mowa, zanim zmarł ze starości sześć lat po tym, jak bliźniacze wieże obróciły się w proch, z jakiego powstały, a konkretnie jego postawa zainspirowały Mela Gibsona, który natchniony już bywał nawet przez samego Jezusa Chrystusa nazywanego przez muzułmanów Prorokiem Isą, przez żydów zaś Joszuą.

I mimo że jest coś fascynującego w odgrywanej przez nominowanego do Oscara Andrew Garfielda postaci, coś, czego brakuje temu wyrachowanemu światu celebrującemu selfie nawet z tasiemcem*, obraz wyzwala letnie emocje, bo na dobrą sprawę bohaterowie filmu walają się po ekranie - cóż z tego, że widowiskowo? - prawią patriotyczne frazesy i kiedy każe się im ginąć, robią to bez wahania, aby nad tym, co z nich pozostanie powiewać mógł charakterystyczny, gwiaździsty sztandar, a matki, żony i dzieci przeżywać traumę przez resztę życia w skrytości ducha licząc na częste podwyżki rent po tragicznie zmarłych herosach. Ci giną, a ten ich ratuje, jakby podsumował całą sprawę typowy spłycacz tematów.

* Niedawno, całkiem przypadkiem odkryłem istnienie brytyjskiego dziennikarza,który przed kamerą zaraża się rozmaitymi pasożytami, m.in. tasiemcem i zamieniając się w obiekt badań, pozwala konsumować się doprawdy obrzydliwym organizmom, aby widzowie mogli dowiedzieć się więcej o zachodzących w takiej sytuacji reakcjach, a może lepiej: relacjach.   

niedziela, 15 stycznia 2017

Very Big Shot / Film Kteer Kbeer (2015) - Libańska Szkoła Filmowa

Posiadać dystans. Do grzechów popełnianych przez siebie samego, bo te najłatwiej przeoczyć oraz grzechów cudzych, gdyż są one nadzwyczaj widoczne. Niełatwa to sprawa dla śmiertelnika, łatwiejsza jednak dla filmowca, który w kreowanym świecie uczynić może wszystko i nikt mu w tym przeszkodzić nie może. Mistrzem nad mistrzami w posiadaniu dystansu do świata, a chyba i też do samego siebie jest Quentin Tarantino chronicznie dokarmiający inspiracjami kolejne pokolenia filmowców. Ale powiedzieć, że film, o którym coś się tu powie jest “tarantinowski”, o!, to byłoby zbrodnicze nadużycie. Owszem, ma w sobie tego niepokornego ducha właściwego produkcjom twórcy “Nienawistnej Ósemki”, jednak to podobieństwo ideologiczne (i to też w szerszej perspektywie), gdyż formalnie to dwa odrębne światy. Gdzie zresztą Liban, a gdzie Stany Zjednoczone…


Próżno szukać notek biograficznych twórców libańsko-katarskiej produkcji “Very Big Shot”, gdyż - jak niejednokrotnie podkreśla się w to w filmie - libańskiej krainie snów rzadko udaje się zawładnąć szerokimi wodami, mimo drzemiącego w niej ponoć potencjału. Nie przeszkadza to jednak, aby powstał tam niezwykle oryginalny komediodramat o procederze tak wyeksploatowanym w kinie światowym, jak przemyt narkotyków, przy czym w wypadku “Very Big Shot” mamy do czynienia z captagonem, czyli lekiem niegdyś znakomicie wspierającym m.in. terapię dzieci z zespołem ADHD, a obecnie cudownie stymulującym wszystkich tych, którym zdaje się, że ich ciała i umysły nie są pobudzone w stopniu wystarczającym, aby sprostać absurdom egzystencji.


“Very Big Shot” Mir Jean-Bou Chaaya próbuje w sposób zdystansowany i nie pozbawiony specyficznego humoru opowiedzieć historię trzech braci, z których jeden z nich ma ewidentne skłonności do popadania w konflikt z prawem. A na imię mu Zaid.


Pewnego dnia Zaid spektakularnie oszwabia na terytorium Syriii swojego mocodawcę. Efektem szwindlu są pozostawione za Zaidem zgliszcza w postaci dwóch trupów oraz przechwyconego transportu pigułek, których operatywny młody człowiek nie zamierza zwrócić swojemu zwierzchnikowi. Nie zwrócić, żaden problem. Jak jednak upłynnić towar, którego oficjalnie nie jest się posiadaczem? I tu los na szachownicy wydarzeń donośnym głosem woła: “mat” zmuszając Zaida do maksymalnej kreatywności, której pokłosiem będzie…


No, właśnie. Od chwili, gdy pomysłowość Zaida zostaje wystawiona na próbę cała ekipa na planie Mir Jean-Bou Chaaya rozpoczyna bawić się w kino, zupełnie jak od lat z powodzeniem to robi amerykański reżyser, którego nazwisko już się tu przewinęło. Wszystkie chwyty są dozwolone, puszczanie oka, żarty z brodą i bez niej, a wszystko to po to, aby libańskie kino - niejednokrotnie w obrazie przywoływane - mogło wreszcie zatoczyć szersze fale, dotrzeć do publiczności, która najczęściej - jak Zaid - “chodzi do kina rozerwać się, a nie dołować”.   


Idąc tropem tej odważnej - jak na kino arabskie - myśli, odnieść można też żartobliwe wrażenie, że film ten pretendować może nawet do miana “protest songu” sprzeciwiającego się gatunkowemu ciężarowi, z jakimi od lat zmaga się kino arabskie, które goszcząc na festiwalach najczęściej przynosi ze sobą łzy i niewiele w nich znaleźć można pociechy, choć w swym założeniu mają kruszyć stereotypy i dawać nadzieję.
Osobiście wyrażam nadzieję, że kino z tamtego rejonu świata mimo wszystko zachowa swój surowy i smutny charakter, bowiem smutek to jest szalenie poważna sprawa i jeśli zastąpi się go tylko i wyłącznie radością, obraz świata - a kino, zwłaszcza to babrzące się w tzw. życiu obrazuje przecież rzeczywistość, nierzadko samo jej jądro - zostanie wypaczony, a biedni widzowie nasączeni chemią coli i poc-cornu myśleć będą… a właśnie, że nie będą.