wtorek, 21 lutego 2017

"Zderzenie" (2016) - raz kozie gniew

W Egipcie roku 2011 starły się siły, które zetrzeć się musiały i jak bardzo prędko się okazało, moce kłębiące się w państwie piramid nie powiedziały ostatniego słowa. Uśpione na dwa lata zmartwychwstały i zwarły się ze zdwojoną mocą, reprezentując w swojej złowrogiej istocie to, co świat zna już od tysiącleci - walczących i zwalczających. Ale dość polityki.


Pięć lat po tym, jak kairski Majdan at-Tahir pomieścić musiał pięć milionów protestujących egipski reżyser Mahamad Diab, autor filmu “678” (2010) opowiadającego o poważnym w Egipcie problemie seksualnego molestowania kobiet, po raz drugi postanowił stanąć za kamerą i scenariusz napisany wspólnie z Khaledem Diabem przemienił na ruchome obrazy: przejmujące i żywe, ale też porażające i martwe, które dziennikarze z pewnością nazwali by “nie pozwalającymi zachować obojętności”, “domagającymi się głębszego dyskursu w przestrzeni publicznej”, itd.  


Fabuła filmu w swojej prostocie zdaje się wyrażać najgłębsze idee, nie zapominając także przy całej swojej śmiertelnej powadze o rozładowującym napięcie poczuciu humoru, a także - wszak to film kontrastów - zagęszczającym nastrój stopniowaniu lęku, którego nie da się nazwać inaczej, jak klaustrofobicznym.  


Oto bowiem kilkanaście osób reprezentujących odmienne światopoglądy zamkniętych zostaje przez upaprane w ostrą robotę wojsko w więziennej furgonetce, z której podglądać mogą dosłownie eksplodującą rzeczywistość. Widział już świat ten rodzaj uwięzienia wiele razy: filmowano go i opisywano być może ku przestrodze, jednak człowiek nie nawykł wyciągać lekcji z przeszłości: żyjąc tym, co teraz, rozpaczliwie próbuje sobie wmówić, że może wywalczyć sobie lepszą przyszłość.


A furgonetka jedzie. Za oknami noc przeplata się z dniem. Strzały karabinowe z przecinającymi upalne powietrze kamieniami. Krzyki manifestujących z wrzaskami wściekłości protestujących przeciw manifestacjom. Widział już Egipt takie rewolucje. Zwłaszcza tę jedną: w starożytności, za panowania XVIII dynastii, kiedy to faraon Amenhotep przybierając imię Echnatona zamiast wiary w wielu bogów, wprowadził kult Atona, co ostatecznie doprowadziło do wielkiego społecznego wrzenia i upadku władcy. Czy zresztą rewolucje kiedykolwiek wyglądały inaczej?      


Przejmujący film Diaba opowiada o granicach, jakie chyba tylko człowiek, zwierzę inteligentne potrafi stworzyć, aby samemu je przekroczyć na wiele różnych sposobów. W egipskim obrazie granicami tymi są jednocześnie ciasne ściany ciężarówki, ale i też hermetyczność poglądów nie pozwalająca szerzej spojrzeć na rzeczywistość i dostrzec, że kipi ona różnorodnością, której nie sposób zmienić, czy wyplenić. To ona bowiem napędza świat, nawet jeśli padają przy tym strzały, od których giną ludzie w danych okolicznościach winni, bądź niewinni.   

wtorek, 7 lutego 2017

"Patriots Day" (2016) - z biegu powstali

15 kwietnia 2013 dwaj młodzi ludzie wypowiedzieli wojnę mieszkańcom Bostonu zgromadzonym przy mecie corocznego maratonu i przeprowadzając zamach przy użyciu dwóch bomb dostarczyli służbom specjalnym mnóstwo pracy, twórcom zaś źródła inspiracji. Przy pomocy kamery krwawe wydarzenia przedstawił Peter Berg, który kilka miesięcy wcześniej mierzył się z wodami Zatoki Meksykańskiej, gdzie realizował inną opowieść o równie dramatycznych wydarzeniach (“Deepwater Horizon”).  


Na wstępie buduje Berg w “Patriots Day” obraz Ameryki idealnej, zjednoczonej i silnej, z nieodłącznymi “proszę”, “dziękuję” i “kocham cię” na ustach. Jest w tym sporo hipokryzji, nie dlatego, że chodzi o społeczeństwo amerykańskie, lecz o człowieka, jako takiego, który oprócz przywołanych zwrotów grzecznościowych opanował do perfekcji ich przeciwieństwo w filmie zarezerwowane wyłącznie dla bohaterów negatywnych.


Zrozumieć można, że pomnikowe dzieło - bo taki jest bezdyskusyjnie “Patriots Day” - wolne powinno być od odcieni szarości, że zło musi być czarne, dobro białe, a wszyscy pozytywni bohaterowie kochać się muszą, wspierać, każdym kroku częstować dobrym słowem i pączkami oraz wierzyć, że bogowie pozwolą śnić sen nazywany amerykańskim. Dlatego tak bardzo brakuje w produkcjach tego typu pełniejszego przedstawienia mrocznej strony ekranu, bardziej wnikliwych portretów psychologicznych “wrednych drani” wymykających się poza schematy stworzone przez Hollywood. Terrorysta w ujęciu amerykańskich filmowców - zwłaszcza w realizacjach niekoniecznie ambitnych - to nierzadko emocjonalnie rozstrojony idealista oskarżający USA o szatańską rolę na kartach dziejów istot myślących.
A zatem mamy piękny Boston, tysiące uczestników ponad czterdziesto kilometrowego biegu i tyleż samo widzów: policjanci jedzą pączki, żony policjantów także, szczęśliwi maratończycy cieszący się ze zrzucanych kaloriii, widzowie martwiący się ich nadmiarem. Wolność, równość i braterstwo, chciałoby się powiedzieć. Nie do końca jednak.    


Nagle bowiem w ten cukrowy wizerunek wdziera się łyżka dziegciu reprezentowana przez dwóch braci, których ideologia mówiąc najprościej: radykalna, popycha ich do dokonania czynu, którego reperkusje śledzić mogli mieszkańcy świata przy pomocy jak zawsze usłużnych, gotowych na wszystko i chętnie eksponujących dramaty i ludzkie cierpienie mediów. Bum!
“Patriots Day” opowiada nie tyle o samym zamachu i jego autorach, co o żmudnym dochodzeniu i szczęśliwych zbiegach okoliczności, dzięki którym świat cały zobaczyć mógł najpierw zdjęcia podejrzanych przechwycone z miejskiego monitoringu, później zaś dowiedzieć się o zatrzymaniu sprawców zamachu, a po obejrzeniu filmu zrozumieć, że“Patriots Day” to świetny obraz wyreżyserowany przez twórcę, który jak mało kto potrafi dramatyzować i budować napięcie.


niedziela, 29 stycznia 2017

"Przełęcz Ocalonych", "Sully", "Deepwater Horizon", "Nowy Początek" (2016) - lektury uzupełniające

Istnieją twórcy, na których filmy czeka się miesiącami. W godzinie próby czasem zdają się zawodzić i choć na pewno nie wszystkich - omówione tu pokrótce filmy charakteryzują się wysoką średnią ocen wystawionych przez widzów - i może nie w sposób spektakularny, to jednak nie pozostawiają po sobie niczego więcej prócz kilku dreszczy.    


“Deepwater Horizon” (2016) - W morzu. Ognia
W 2013 roku niczym pocisk wystrzelony z broni automatycznej przez afgańskiego Taliba zdetonował się “Ocalały” Petera Berga, w którym zawierzając wspomnieniom żołnierza SEALS, Marcusa Lutrella, reżyser zaprezentował państwu i światu piekło nieudanej misji wojskowej, przy czym wysoki stopień realizmu, rzadko spotykany w tego typu produkcjach, sprawił, że film z pewnością nie zawstydził się zapukać do bram, nad których z dumą widnieje napis: klasyka kina wojennego.


Trzy lata później ten sam reżyser znów zapragnął być za pan brat z chaosem i wydarzeniami zabarwionymi tragedią, przeniósł się z kamerą nad wielką wodę, aby przypomnieć wydarzenia z kwietnia 2010 roku, kiedy to amerykańska platforma wiertnicza z powodów, o których z pewnością do tej pory debatuje się w USA i poza nimi, pozwoliła strawić się ogniowi, a następnie falom Zatoki Meksykańskiej, w których odmętach po dziś spoczywa.  
Jeśli w “Jedynym Ocalałym” Peterg Berg nakreślił znakomity obraz nierównych i bezpardonowych zmagań wojennych, który posiadając ducha i klimat z porywającymi postaciami, dynamicznym scenariuszem i najwyraźniej ulubionym przez Berga Wahlbergiem w roli głównej (jest on także pierwszoplanowym herosem innego filmu Berga z roku 2016, “Patriots Day” - o tym niebawem), tak w “Deepwater Horizon” czegoś ewidentnie zabrakło, mimo iż pozornie jest wszystko, co potrzebne do sukcesu: przedsmak wydarzeń, błędne decyzje, napięcie, tragedia i jej konsekwencje pełne fajerwerków i czynów heroicznych.
 
“Sully” (2016) - Leciał z nimi pilot
Obok Berga pojawił się Clint Eastwood patetycznie dziękując nowojorczykom zaangażowanym w pomoc pasażerom lotu US Airways nr 1549 pilotowanego przez kapitana Chesleya Sullenberga, który na mroźnych wodach rzeki Hudson 15 stycznia 2009 roku posadził potężny samolot pasażerski, jakim Airbus A320 jest bez wątpienia, aby ocaleli w ten sposób pasażerowi doświadczyć mogli bohaterskiej postawy mieszkańców Nowego Jorku, którzy nie szczędząc sił i środków ruszyli na pomoc, bowiem powszechnie wiadomo, że mieszkańcy żadnego innego miasta na świecie nie potrafią zjednoczyć się tak w obliczu grozy. Oprócz mieszkańców Warszawy, Aleppo, Stambułu i kilku mniejszych i większych ośrodków miejskich, gdzie istocie ludzkiej dane było wydźwignąć się na najwyższe poziomy heroizmu, aby przeżyć to, co zdawało się nie do przeżycia.   


Nie mam skali porównawczej, jednak słyszałem z wielu stron, że Eastwood i tak lepiej sprawdził się w kinie katastroficznym niż polski reżyser, który również w marzeniach swych wybiegał, aby zmierzyć się z ciężarem statku powietrznego odmawiającego posłuszeństwa, aby ostatecznie wykuć swoje artystyczne - czy jak odnotowują niektórzy recenzenci: “artystyczne” - wizje w spiżowy pomnik, co - sądząc po średniej ocen na popularnym portalu: 2.8/10 - nie udało mu się tak dobrze, jak chociażby Paulowi Greengrassowi w pamiętnym “Locie 93” (2006).
Przy czym nikogo dziwić nie powinno, że rolę tytułowego “Sullego” Eastwood powierzył Tomowi Hanksowi, a wszystko to działo się jeszcze w czasie, kiedy popularny aktor kojarzony przez lwią część populacji posiadającej przed laty odtwarzacze kaset video przede wszystkim z roli Forresta Gumpa nie miał pojęcia, że pewna aktywistka z Bielska Białej uhonorować go będzie chciała dla wielu być może najgenialniejszym wytworem epoki komunizmu, małym fiatem, popularnym “maluchem” zakupionym dla amerykańskiego aktora w  odległych od dawnych bielskich zakładów motoryzacyjnych Suwałkach, gdzie być może mieszkańcy - nie tylko aktywiści - liczą, że hollywoodzki gwiazdor nie zapomni o ich istnieniu, a już na pewno nie jego konto bankowe, którego zawartość dla mieszkańców przywołanych tu miast równać się może opowieściom Szeherezady snutym podczas tysiąca i jednej nocy.    


“Nowy Początek” (2016) - Z ziemi obcej do...
Kolejną pozycją nieobowiązkową jest dramat reżysera kanadyjskiego, Dennisa Villeneuve’a który namieszał w kinie światowym za sprawą chociażby “Pogorzeliska” (2010), swą pozycję twórcy nie idącego na łatwość przekazu i wymagającego większej uwagi niż produkcje autora “Listów do M”, potwierdzając w “Sicario”. Nominowany do tegorocznych Oscarów “Nowy Początek” przenosi widzów do świata nawiedzonego przez pojazdy zawiadywane przez przedstawicieli obcej cywilizacji, z którymi władze amerykańskie na bardzo wysokim szczeblu nakazują się skontaktować tłumaczce biegle władającej m.in. farsi oraz mandaryńskim.


Bawiąc się w filmie przeszłością, przyszłością i teraźniejszością spróbował Villeneuve spętać widza tajemnicą, jednak mimo ambitnych planów i dostojności ujęć właściwych jego obrazom sposób prezentacji epokowego wydarzenia, jakim bez wątpienia jest próba komunikacji z przedstawicielami pozaziemskiej cywilizacji wyszedł odrobinę naiwnie i infantylnie. Nie tylko ze względu na sposób przedstawienia Obcych.  


“Przełęcz Ocalonych” (2016) - ratuję, nie strzelać!
Jeśli ktoś, kto poszedł na wojnę odmawiając noszenia broni i dosłużył się na bitewnym polu najwyższego odznaczenia nadawanego przez prezydenta USA w imieniu Kongresu, nie przykuje skutecznie uwagi poszukujących ciekawych “kawałków” filmowców, to na pewno nie zrobi tego nikt. Nawet podupadająca piosenkarka zwierzająca się z seksualnych ekscesów z mrówkojadem.


Desmond Doss, bo o nim mowa, zanim zmarł ze starości sześć lat po tym, jak bliźniacze wieże obróciły się w proch, z jakiego powstały, a konkretnie jego postawa zainspirowały Mela Gibsona, który natchniony już bywał nawet przez samego Jezusa Chrystusa nazywanego przez muzułmanów Prorokiem Isą, przez żydów zaś Joszuą.

I mimo że jest coś fascynującego w odgrywanej przez nominowanego do Oscara Andrew Garfielda postaci, coś, czego brakuje temu wyrachowanemu światu celebrującemu selfie nawet z tasiemcem*, obraz wyzwala letnie emocje, bo na dobrą sprawę bohaterowie filmu walają się po ekranie - cóż z tego, że widowiskowo? - prawią patriotyczne frazesy i kiedy każe się im ginąć, robią to bez wahania, aby nad tym, co z nich pozostanie powiewać mógł charakterystyczny, gwiaździsty sztandar, a matki, żony i dzieci przeżywać traumę przez resztę życia w skrytości ducha licząc na częste podwyżki rent po tragicznie zmarłych herosach. Ci giną, a ten ich ratuje, jakby podsumował całą sprawę typowy spłycacz tematów.

* Niedawno, całkiem przypadkiem odkryłem istnienie brytyjskiego dziennikarza,który przed kamerą zaraża się rozmaitymi pasożytami, m.in. tasiemcem i zamieniając się w obiekt badań, pozwala konsumować się doprawdy obrzydliwym organizmom, aby widzowie mogli dowiedzieć się więcej o zachodzących w takiej sytuacji reakcjach, a może lepiej: relacjach.   

niedziela, 15 stycznia 2017

Very Big Shot / Film Kteer Kbeer (2015) - Libańska Szkoła Filmowa

Posiadać dystans. Do grzechów popełnianych przez siebie samego, bo te najłatwiej przeoczyć oraz grzechów cudzych, gdyż są one nadzwyczaj widoczne. Niełatwa to sprawa dla śmiertelnika, łatwiejsza jednak dla filmowca, który w kreowanym świecie uczynić może wszystko i nikt mu w tym przeszkodzić nie może. Mistrzem nad mistrzami w posiadaniu dystansu do świata, a chyba i też do samego siebie jest Quentin Tarantino chronicznie dokarmiający inspiracjami kolejne pokolenia filmowców. Ale powiedzieć, że film, o którym coś się tu powie jest “tarantinowski”, o!, to byłoby zbrodnicze nadużycie. Owszem, ma w sobie tego niepokornego ducha właściwego produkcjom twórcy “Nienawistnej Ósemki”, jednak to podobieństwo ideologiczne (i to też w szerszej perspektywie), gdyż formalnie to dwa odrębne światy. Gdzie zresztą Liban, a gdzie Stany Zjednoczone…


Próżno szukać notek biograficznych twórców libańsko-katarskiej produkcji “Very Big Shot”, gdyż - jak niejednokrotnie podkreśla się w to w filmie - libańskiej krainie snów rzadko udaje się zawładnąć szerokimi wodami, mimo drzemiącego w niej ponoć potencjału. Nie przeszkadza to jednak, aby powstał tam niezwykle oryginalny komediodramat o procederze tak wyeksploatowanym w kinie światowym, jak przemyt narkotyków, przy czym w wypadku “Very Big Shot” mamy do czynienia z captagonem, czyli lekiem niegdyś znakomicie wspierającym m.in. terapię dzieci z zespołem ADHD, a obecnie cudownie stymulującym wszystkich tych, którym zdaje się, że ich ciała i umysły nie są pobudzone w stopniu wystarczającym, aby sprostać absurdom egzystencji.


“Very Big Shot” Mir Jean-Bou Chaaya próbuje w sposób zdystansowany i nie pozbawiony specyficznego humoru opowiedzieć historię trzech braci, z których jeden z nich ma ewidentne skłonności do popadania w konflikt z prawem. A na imię mu Zaid.


Pewnego dnia Zaid spektakularnie oszwabia na terytorium Syriii swojego mocodawcę. Efektem szwindlu są pozostawione za Zaidem zgliszcza w postaci dwóch trupów oraz przechwyconego transportu pigułek, których operatywny młody człowiek nie zamierza zwrócić swojemu zwierzchnikowi. Nie zwrócić, żaden problem. Jak jednak upłynnić towar, którego oficjalnie nie jest się posiadaczem? I tu los na szachownicy wydarzeń donośnym głosem woła: “mat” zmuszając Zaida do maksymalnej kreatywności, której pokłosiem będzie…


No, właśnie. Od chwili, gdy pomysłowość Zaida zostaje wystawiona na próbę cała ekipa na planie Mir Jean-Bou Chaaya rozpoczyna bawić się w kino, zupełnie jak od lat z powodzeniem to robi amerykański reżyser, którego nazwisko już się tu przewinęło. Wszystkie chwyty są dozwolone, puszczanie oka, żarty z brodą i bez niej, a wszystko to po to, aby libańskie kino - niejednokrotnie w obrazie przywoływane - mogło wreszcie zatoczyć szersze fale, dotrzeć do publiczności, która najczęściej - jak Zaid - “chodzi do kina rozerwać się, a nie dołować”.   


Idąc tropem tej odważnej - jak na kino arabskie - myśli, odnieść można też żartobliwe wrażenie, że film ten pretendować może nawet do miana “protest songu” sprzeciwiającego się gatunkowemu ciężarowi, z jakimi od lat zmaga się kino arabskie, które goszcząc na festiwalach najczęściej przynosi ze sobą łzy i niewiele w nich znaleźć można pociechy, choć w swym założeniu mają kruszyć stereotypy i dawać nadzieję.
Osobiście wyrażam nadzieję, że kino z tamtego rejonu świata mimo wszystko zachowa swój surowy i smutny charakter, bowiem smutek to jest szalenie poważna sprawa i jeśli zastąpi się go tylko i wyłącznie radością, obraz świata - a kino, zwłaszcza to babrzące się w tzw. życiu obrazuje przecież rzeczywistość, nierzadko samo jej jądro - zostanie wypaczony, a biedni widzowie nasączeni chemią coli i poc-cornu myśleć będą… a właśnie, że nie będą.





niedziela, 8 stycznia 2017

"Westworld" (2016 - ) - wystrzały z Ikon

W dobie, kiedy większość polskich przedsiębiorców zarezerwowała dla nazw swoich firm końcówkę “-ex”, dla przykładu: Polex, Bogusolex, Waldex, Stefex i tak dalej, aktorzy uhonorowani w tytule wpisu Ikonami, a których nazwisk póki co nie wymienię, zajmowali już w światowej kinematografii miejsce szczególne i - jak miał pokazać pięknie dla nich upływający czas - pozostało ono absolutnie na wyżynach niełatwej profesji, jaką za młodu obrali.


I działo się tak również, gdy polscy przedsiębiorcy najczęściej nadążający za Duchem Czasu, a już na pewno śledzący jego profile na platformach społecznościowych, przemianowali firmy na I-pol24, I-bogusol48, I-wald24 czy I-stef48 a rodzima kinematografia dzielona przez niezapomnianego nieboszczyka, który po urodzeniu otrzymał imię Zygmunt na “chały, gnioty i śmieci” wiedziała już jak mniej więcej wyprodukować poprawnie komedię romantyczną wedle wzorców, od których dzieliła ją niezgłębiona przepaść Oceanu Atlantyckiego.   


Ikony trwały na szczycie wciąż, jakby od niechcenia… W przeciwieństwie do wielu rodzimych gwiazd filmowych, których największym w ostatnich latach sukcesem - jak z pewnością odnotowali niepoprawni złośliwcy i kpiarze - była zdaje się jazda pod wpływem uhonorowana przez organa ścigania właściwą wyczynowi prawną szykaną, Ikony skrupulatnie umacniały swoją reputację w świecie ruchomych obrazów dochodząc do momentu, kiedy ścieżki ich zawodowych losów przecięły się w “Westworld”, arcygenialnym, cudownie obnażającym zawiłe meandry ludzkich ułomności serialu, gdzie - najprościej mówiąc - historię opowiada się w historii, a wszystko jest tym, czym być się wydaje i jednocześnie czymś zupełnie innym, choć z naukowego punktu widzenia to niemożliwe.


Anthony Hopkins i Ed Harris, bo o nich przecież mowa, po raz kolejny pomogli zrozumieć, że aktorstwo nie musi mieć nic wspólnego z tabloidową informacją koncentrującą się - przykładowo - na żeńskim narządzie rozrodczym ukazanym niby od niechcenia podczas wysiadania z limuzyny, z której wartością (limuzyny, nie narządu) nie mógłby konkurować roczny budżet wielu afrykańskich państw, że owa specyficzna umiejętność udramatyczniania scenariusza przy pomocy własnego ciała i środków, jakimi tylko ciało dysponuje może być sztuką najwyższej próby. Ale to trzeba umieć, powiedziałby ktoś. Owszem. Ale przede wszystkim należy czuć. Dlatego aktorów dzieli się na tych, co potrafią należycie przeżyć, oraz na takich, dla których przeżycie równa się pojęciom przy pomocy których definiuje się sporty ekstremalne.  


Ikony jednak nie przeżywają. Żyją tym, co grają, a to, co gra w nich żyje także. I nawet jeśli milczą, albo zezują ze złością, bądź bez niej.
Ostatnio w serialowej produkcji powstałej na podstawie zrealizowanego w roku 1973 “Świata Dzikiego Zachodu”, którego zarówno autorem scenariusza, jak i reżyserem był Michael Crichton mający w przyszłości zachwycić czytelników - a przynajmniej pewną ich część - świetnie przeniesionymi na ekran powieściami: “Park Jurajski” czy “System” oraz wieloma innymi książkami, których nie sposób tu omówić.  


Jest “Westworld” opowieścią monumentalną, podzieloną na dwie rzeczywistości… ale nie o tym. Pomijając czym “Westworld” jest, a co zostało już napisane w licznych omówieniach i recenzjach, to przede wszystkim - z całym szacunkiem dla pozostałych uczestników aktorskich zmagań - wystrzał wielkiego talentu aktorskiego Hopkinsa i Harrisa, którzy mimo iż oznaczeni na liście płac, jako pracownicy drugoplanowi, pojawiając się na ekranie przejmują go na potrzebę swoich słów, swoich gestów, spojrzeń, wzruszeń ramionami, nie zawoalowanych gróźb oraz półgębkiem rzucanych obietnic.   

czwartek, 22 grudnia 2016

"Idol z ulicy" (2015) - Ja Jestem Głos

Bardzo dawno temu, za siedmioma górami i siedmioma rzekami nieznany autor zaprezentował światu baśń o Kopciuszku, która później opowiedziana została wiele razy, także przez wielkich niemieckich bajarzy będących braćmi. Wiele lat później - a konkretnie w roku 2012 - ta sama historia została przybliżona raz jeszcze. Kopciuszek miał tym razem męskie imię Mohammad, a jej autorem było samo Życie, które w Gazie, miejscu stanowiącym środowisko geograficzne utworu może wyglądać troszkę inaczej niż we Frankfurcie nad Menem czy Myślenicach - z wielu powodów, o których można poczytać sobie w prasie krajowej, choć zdecydowanie lepiej sięgnąć po jej zagraniczną odmianę.
Nie minęło wiele lat, aby opowieść o męskim Kopciuszku opowiedział przy pomocy ruchomych obrazów Hany Abu-Assad, palestyński reżyser urodzony w Izraelu, znany z tak świetnych filmów, jak “Omar” (2013) czy “Paradise Now” (2005).  


A o co idzie? Wydawałoby się, że o niewiele. O to, co jest domeną człowieka. O niespełnienie i jego przeciwieństwo. O marzenia i twarde realia nierzadko brutalnie je przekreślające. O pasję i głód dokonania czynów ponadprzeciętnych, żeby nie powiedzieć: heroicznych. Wiedział o tym Billy Elliiot, pojmował to Eddie Edwards - obaj sfilmowani. Czuło to wielu i jeszcze więcej poczuje.  
Od najmłodszych lat urodzony w Gazie Mohammad śpiewał i w śpiewaniu widział wszystko, co mogło dać mu szczęście. Z początku jednak mało go doświadczył, choć można powiedzieć, że w pewnym momencie swojego nastoletniego życia utrzymywał się z muzyki, co dziś niełatwe jest dla choćby wielu rodzimych tuzów najróżniejszego grania.   


W dzieciństwie towarzyszyła mu siostra, wspaniała, rezolutna, pewna siebie dziewczynka, która nawet, kiedy dowiedziała się, że jej nerki nie są w najlepszej kondycji potrafiła na stwierdzenie kolegi: “Nigdy nie wyjdziesz za mąż” odpowiedzieć błyskotliwie i dowcipnie: “I dobrze. Wolę czyszczenie nerki niż czyszczenie domu”.


Kiedy okazało się, że wejście w dorosłość ogołociło Mohammada z ambicji, pojawił się marazm. A on nie sprzyja twórczości, bowiem jej pożywką jest aktywność. Ale i z tym uporał się Palestyńczyk i zrobił to, z czego poznał go cały cywilizowany świat, gdyż o jego niecywilizowanych stronach niewiele mogę powiedzieć.


Najpiękniejsza w filmie Abu-Assada jest naiwna szczerość oraz formalna prostota przy pomocy której została wyeksponowana. Porównywany - nie do końca zresztą słusznie - z “Milionerem z ulicy” Boyle’a palestyński obraz broni się bez żadnych porównań: pokazuje to, co w człowieku piękne i warte podkreślenia pamiętając, że czasem i piękno może ugiąć się pod jarzmem brzydoty. Ale tylko po to, by wstać i zawalczyć o swoje.   


PS. I proszę koniecznie obejrzeć po filmie piosenkę prawdziwego Mohammada Assafa, która dała mu laur zwycięzcy w konkursie, który wygrać chciało wielu.
https://www.youtube.com/watch?v=Aj-pyJF6ckU

środa, 14 grudnia 2016

"Namiętność w miejscu publicznym" (2008) - myśli osaczonego

Kiedy w roku 2008 ukazała się moja powieść “Namiętność w miejscu publicznym” publikacje elektroniczne - mimo iż obecne na rynku - cieszyły się popularnością równie wielką, jak wycieczki objazdowe po Korei Północnej, jednak pewne było, że sytuacja ta odmieni się, a papier, na którym przez stulecia człowiek zwykł unieśmiertelniać zarówno swoją mądrość, jak i głupotę, straci na dotychczasowym znaczeniu. Nie tylko dlatego, że nie można przy jego pomocy zapolować na Pokemona.


Dziś rynek publikacji elektronicznych jest tak szeroki, jak rynek zbytu Państwa Środka oferującego wszystko to, co potrzebne oraz to, czego nikt nie uznałby  za przydatne. Znalazło się nim miejsce także i dla “Namiętności w miejscu publicznym”. Żadna to, oczywiście, konkurencja dla mnogości dóbr zalewających sklepy i portale sprzedażowe. Nie tylko dlatego, że w powieść nie da się modnie ubrać, ani przyrządzić w niej dzika po serbsko-norwesku w sosie z astrachańskich jesiotrów doprawionym solą z wczorajszego oddechu antylopy i śmietanką uzyskaną z tak rzadkich, że prawie nieistniejących larw oto-oto.     
Powieść oferowana jest w formie zgodnej z ideą zawartą w nazwie polecającego ją serwisu: najpierw przeczytaj, a później - jeśli uznasz, że nie popełniasz błędu - zapłać, choć nie jest to warunek konieczny.
Pobrać można ją na stronie w najpopularniejszych formatach (pdf, epub, mobi):


O samej powieści pisałem już kilkukrotnie i gdybym miał dodać coś jeszcze, z całą pewnością zwróciłbym uwagę, że mimo nazbyt oczywistego tytuły rzecz nie do końca opowiada o namiętności, choć i ona również pojawia się między wierszami, lecz o dziwnym i głośnym świecie, który osaczając głównego bohatera, zdaje się jawić jeszcze bardziej absurdalnie, niż ma w zwyczaju. .   

Ci zaś Czytelnicy, którzy sugerując się tytułem szukać będą łatwego czytadła, gdzie jest on, ona i ich nieśmiertelne pragnienia zawiązania srogo się zawiodą, bowiem powieść nie jest łatwa w odbiorze nie tylko ze względu na język, choć śmiem twierdzić, że jej dynamika i rytm wpaść może w “ucho” tym, dla których literatura to coś więcej niż najnowsze dzieła - dajmy na to - bardzo popularnego amerykańskiego autora powieści grozy próbującego z niesłabnącym uporem zbliżyć się do dorobku Barbary Cartland.