czwartek, 20 kwietnia 2017

"Przekaż wiośnie, by nie nadchodziła" (2014) - utartym szlakiem, ale trochę obok

Wojna kreowana przez kino, zarówno dzisiejsze, jak i przeszłe niewiele ma wspólnego z rzeczywistością, choćby twórcy w najbardziej kwiecistych obrazach próbowali uchwycić wojenną rzeczywistość, a krytycy stawiając znaczki przy swoich recenzjach sięgali po wyświechtane komunały nawet największemu gniotowi usiłujące przydać uroku.
Wojnę, taką jaką jest, pokazać może - na tyle, na ile jest to możliwe - jedynie kamera podążająca tropami prawdziwych żołnierzy, towarzysząca im zarówno w oczekiwaniu na zew bitewnego pola, gdzie sytuacja zmienia się o wiele szybciej niż olej w nadmorskich smażalniach oraz w ciężkich chwilach walki i umierania tak chętnie patetyzowanych przez wielu twórców.  A także podczas załatwiania potrzeb nie tylko fizjologicznych.  


I pokazuje prawdziwą wojnę kamera Saeeda Taji Faruka oraz Michaela McEvoya: nie spektakularną do jakiej przyzwyczaiło nas współczesne kino pełne efektownych fajerwerków, wzniosłych przemówień i aktów odwagi, lecz wojnę niewielką, żeby nie powiedzieć: kameralną, rozgrywającą się w części świata do wojen stworzonej, znającą wojnę od zarania dziejów, wojną przesiąkniętej: w Afganistanie. Wojnę, gdzie lęk o własne życie zdaje się być siłą sprawczą i napędową, gdzie bezmiar górskich łańcuchów umniejsza człowieka, sprowadzając go do rangi łatwego do rozdeptania insekta, gdzie wszystko jest możliwe, niczym w hollywoodzkich filmach i niemożliwe zarazem, jak to zwykle bywa w życiu odartym z kamer, scenariuszy i speców od marketingu.  


To film o wydzieraniu sobie nawzajem skrawków ziemi, o odzyskiwaniu utraconych terenów oraz o ponownych próbach wejścia w ich posiadania. Armia afgańska kontra talibowie. Albo, jak kto woli: talibowie versus afgańska armia. To obraz przerażającej i prawdopodobnie niemożliwej do sfinalizowania konfrontacji dwóch sił, z których każda broniąc swojej racji gotowa jest wytoczyć najcięższe działa i nie cofnąć się przed niczym, ani nikim. Zdaje się, że nawet przed Allahem, który w tamtych stronach ma najwięcej do powiedzenia.


Szkoda tylko - choć można domyślić się z jakich względów - że dzieło afgańsko-brytyjskie przedstawia tylko jedną stronę medalu. Talibowie jednak najwyraźniej nie interesują się obiektywem kamery, która mogłaby przybliżyć światu ideologię ich zmagań, gdyż pojawiają się w obrazie, jako niewidzialni wrogowie o bliżej niesprecyzowanej historii. W istocie nie wiadomo kim są, skąd przychodzą, ani dokąd zmierzają. Przeciętny widz za sprawą mediów wie tylko, że są źli, noszą brody, mordują bezlitośnie i wierzą radykalnie. Zło jednak czai się wszędzie, po każdej stronie...


Dokumentowani żołnierze oraz dowodzący nimi oficerowie - a poznajemy ich w chwili, gdy wojska NATO opuszczają surowe afgańskie terytoria - wstąpili do armii z najróżniejszych powodów, przy czym jeden był wspólny - pieniądze. “Znalazłem się tu by bronić swojego kraju” - mówi jeden z bohaterów filmu. “Ale nie będę kłamał” - dodaje. - “Byłem też bezrobotny”. Kiedy jednak znaleźli się już po jednej stronie barykady, wiedząc, co jest po drugiej, z ochotą, ale i nie bez lęku zajęli się swoją pracą, aby ktoś mógł czerpać z nich wymierne korzyści. Nie tylko finansowe.     


Przejmująca w kameralnej opowieści Faruka i McEvoya jest jej narracyjna opieszałość, nawet jeśli zdawać się może, że przedstawione wydarzenia rozgrywają się w mgnieniu oka, gdy kule świszczą, karabiny terkoczą, moździerze pukają, a krew, jest czerwona, jak ma to w zwyczaju. I za nic nie chce być inaczej. Wojnie nigdzie nie spieszno.O czym za sprawą afgańsko-brytyjskiej produkcji powiadamia wiosnę.  


środa, 5 kwietnia 2017

Motocyklem w piękny rejs - Tour de Maroko 2017

W chwili, kiedy nie bez trudu udało mi się dopasować stelaż pod kufry boczne, statek Fantastic włoskiego armatora Grande Navi Veloci, jaki już 1 maja o godz. 20 zabierze mnie i mój motocykl z Genui do Tangeru przecinał lazur Morza Śródziemnego, imigranci z terytoriów subsaharyjskich w hiszpańskiej enklawie w Afryce, Cuecie rozmyślali, jak sforsować siedmiometrowe ogrodzenie i znaleźć się na terytorium europejskiego państwa, a marokańscy producenci oraz sprzedawcy burek i nikabów przebranżawiali się na potęgę, bowiem oferowane przez nich produkty nieść zaczęły zagrożenie dostrzeżone na najwyższych państwowych szczeblach.
Niby nic, a jednak...

Fantastic
Off? Road.
Przerabiając mojego Yamaha na wersję Desert Explorer XJ 600 - w przeciwieństwie do marokańskich producentów oraz sprzedawców burek i nikabów - nie kierowałem się odgórnymi wytycznymi, a nadrzędna dyrektywa, której zamierzałem pozostać wierny zamykała się w jednym, nie przestającym gnębić mnie pytaniu: taniej się nie da?
Mimo iż do tej pory obywałem się w podróży bez sztywnego bagażu, tak tym razem postanowiłem zabezpieczyć się zamkami, w jakie kufry motocyklowe zostały wyposażone z woli producentów, nawet jeśli wyprodukowano je w kraju, gdzie w roku 1966 przeprowadzono rewolucję kulturalną w sposób dalece odbiegający od pojmowania kultury nawet za czasów Gajusza Juliusza Cezara Germanika zwanego Kaligulą.

Kufry boczne
Pamiętam dobrze chwile grozy, jakie przeżyłem w tureckim Tasucu okrętując się na statek na Cypr za sprawą policyjnego pieska obwąchującego zamontowane na motocyklu sakwy, do których każdy mógł mieć dostęp. Miałem wtedy w oczach sceny z pamiętnego "Midnight Express" Alana Parkera i obiecywałem sobie, że podczas następnej morskiej przeprawy bagaż mój będzie niedostępny dla ogółu, nawet jeśli miałoby się to dziać za sprawą zamków wyprodukowanych w kraju, którego historia drugiej połowy lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku nie powinna być w żaden sposób wiązana z kulturą. Danego słowa dotrzymałem.

Podczas próbnego montażu stelaży nie udało mi się zmieścić uchwytów pasażera. Dziwne, bo inne Yamahy Diversion z tym samym stelażem uchwyty posiadają. Może to jeszcze rozgryzę.
Z mojego rozeznania wynika, że w Maroku najbardziej wyszumieć się mogą motocykle, którym z woli producentów nieobca jest jazda w terenie - "w tenerze", chciałoby się powiedzieć - jednak pamiętając, że mój siedemnastoletni Yamah za maksymalny offroad uznaje niektóre odcinki dróg wojewódzkich, a nawet krajowych, trzymał się będę asfaltu od czasu do czasu, gdy nie będzie wyjścia, a wiem, że nie będzie, zapuszczając się w lekki szuter, którego po prostu nie będę mógł ominąć.
Marszrutę mam ustaloną, choć z pewnością wyjdę poza jej ramy i to, co na mapie zostało pominięte, ukaże się przede mną w całej okazałości. Przeglądając kartografię Maroka, zaglądając do przewodników i for internetowych jednego można być pewnym - jest tam gdzie jeździć i wydaje się, że nikomu na myśl nie przejdzie nawet po miesięcznym pobycie, że zjeździł i wyjeździł wszystko, bowiem wystarczy skręcić w lewo, aby zrozumieć, jak w wielkim jest się błędzie.
Nawet jednak w oddaleniu: wśród gór, piasku, wody i bezkresu gnębić mnie będzie myśl, że przyjdzie dzień, kiedy zmierzyć mi się przyjdzie z tym, co pozostawiłem na chwilę za sobą...



Przygodę z Maghrebem rozpocznę w Tangerze, gdzie w ubiegłym stuleciu pewni ludzie szukali nie tylko przy pomocy haszyszu tego, czego trudno znaleźć w każdym ze znanych człowiekowi wymiarów.

Nie zdecydowałem jeszcze czy przenocuję w hostelu, na polu namiotowym czy może - w zależności od sprawności celników i przygotowania podróżnych do zmierzenia się z marokańskim przejściem granicznym - noc spędzę w porcie. Wszystkie urzędowe druki mam już wypełnione i przygotowane do okazania, więc w moim przypadku odprawa powinna trwać krócej niż czas, który poświęcę na odmowie pomocy w wypełnieniu formularzy, jaką oferują lokalni poszukiwacze oficjalnej europejskiej waluty.
Następnie...



Wąskie ramy
"Stoję rozkoszy próżen i dosytu"
Uwielbiam wielkie statki pasażerskie zwane też promami. Zadziwia mnie ich rozmach, dywany - kto wie, może i nawet perskie? - ścielące się w korytarzach, błysk wypolerowanych balustrad, natrętny hałas dyskotek, wywindowane poza horyzont ceny w restauracjach i barach, nawołujące do zakupów pasaże handlowe z nieśmiertelnymi strefami bezcłowymi, baseny na górnym pokładzie kipiące morską wodą...


Wnętrze statku Europa Palace greckiego armatora Minoan Lines
Dwudniowy rejs do z Europy na kontynent, na którym zadebiutuję w roli polskiego turysty motocyklowego odbędę - jak wspomniałem - na statku Fantastic, ale będzie to już mój trzeci rejs jednostką tego typu. Dwa poprzednie: dwudziestopięciogodzinny z Wenecji na Korfu i ośmiogodzinny z Pireusu na Kretę nie dość, że zachwyciły mnie swoją niespieszną dostojnością, to jeszcze zainspirowały do napisania powieści (Normalne ślady użytkowania), w której nękany napadem manii wielkości zmierzyć się zapragnąłem z kondycją współczesnego świata trawionego istotnym konfliktem. Precyzując: dla jednych istotnym, dla innych pozbawionym znaczenia.
Także i tym razem podczas dwudniowej przeprawy pozwolę wyobraźni pobaraszkować wśród fal przecinanych dziobem statku, a sam zajmę się ćwiczeniem póz, jakie przybierać będę podczas sesji zdjęciowych z wielbłądem, bez wielbłąda, z wężem, a właściwie wężami oraz ich opiekunami (zaklinaczami?) na marakeskim placu Dżamaa al-Fina, a także z wszechobecną Saharą, choć nie zapomnę zrobić sobie także zdjęcia bez niej, dajmy na to: na tle skąpanego w zachodzie słońca Oceanu Atlantyckiego na jakiejś samotnej, zapomnianej przez bogów i ludzi plaży.

"Moja ulica murem podzielona"
W latach szczenięcych, kiedy częstszym gościem byłem Rynku Głównego, sal kinowych, księgarń, bibliotek i włóczęgi tam i sam z dala od nudnych sal lekcyjnych zaczytywałem się między innymi w barwnych powieściach Marka Perepeczki. A zwłaszcza w "Dzikiej Mrówce i tam-tamach", gdzie dwaj główni bohaterowie: Dzika Mrówka i Jego Brat wraz z Tatą, zawodowym marynarzem płyną do Afryki, aby tam - jak to w Afryce - przeżyć wiele przygód, o których trudno zapomnieć nawet podczas pożegnalnych tras koncertowych Scorpions.




I śniłem. O dalekich lądach. O morzach szerokich i wąskich cieśninach. O Czarnym Lądzie i jego białych oprawcach. O bitwach tam stoczonych. O takich, gdzie mąż stawał przeciw mężowi, ale też takich, gdzie człowiek stawał do nierównego boju z siłami natury. Zatracałem się w tych marzeniach, a gorącej głowy nie studziła nawet woda z saturatora.


Salvador Dali, Bitwa pod Tetuan
Śniłem więc sen chłopca z Polski oddzielonej od świata ustrojem, który temperował podróżnicze zakusy swoich mieszkańców, na tyle skutecznie, że niektórym z nich pozostawała tylko ucieczka. Jak choćby ta przejmująco sfilmowana przez Marcina Dejczera. "Trzysta mil do nieba", bo o tym obrazie mowa, zauroczyło mnie tak, że przez pewien czas obmyśliwałem plan skopiowania wyczynu polskich nastolatków, jednak ostatecznie poniechałem śmiałej próby i nie wynikało to z jakiś wzniosłych pobudek.
Już wkrótce spełnię marzenia. I nie mogę już doczekać się statku, który - zatrzymując się po drodze w Barcelonie, jaką obfotografuję z najwyższego pokładu - docelowo zacumuje w mieście, gdzie w ubiegłym stuleciu pewien typ człowieka, dezertera z rzeczywistości rozumieć zaczynał, że od samego siebie uciec nie sposób, że w ramach negacji i buntu może on co najwyżej wydać z siebie transcendentalny wrzask i spróbować zatracić się w oparach haszyszu, choć terapia ta przynieść może więcej bólu i rozczarowań niż czegokolwiek innego.



Oczywiście, przyjemniej byłoby dotrzeć do Gibraltaru czy Algericas - choćby nawet i do Barcelony - i dopiero tam, po liźnięciu nadmorskich tras włoskich, francuskich i hiszpańskich zaokrętować się i pozwolić zawieść się do Maroka, mając nadzieję, że włoski kapitan statku pozostanie z załogą i pasażerami do końca rejsu, co - jak wiadomo - nie jest domeną wszystkich oficerów Italii.  

Hiszpanię, Francję i Portugalię mam w podróżniczych planach, zatem, to co mógłbym zobaczyć w tym roku, zostanie podejrzane w innym terminie.

Costa Concordia, 2012.01.13. "Captain, my Captain"...
Cel leczy rany
O motocyklowym Maroku myślałem od dawna, a podczytywane tu i tam relacje z podróży utwierdzały mnie w przekonaniu, że to świetny kierunek, jak zresztą każdy inny, bo przecież świat bywa piękny i interesujący w każdym swoim zakątku. Za wyjątkiem miejsc odradzanych przez Ministerstwo Spraw Zagranicznych oraz inne ministerstwa.
Każda podróż - nawet jeśli jest celem samym w sobie - dokądś prowadzi. Moja także. A wiedzie ona do Merzougi, pustynnej wioski na południu Maroka, gdzie zamierzam zażyć miejscowej atrakcji i pod rozgwieżdżonym niebem udać się na wielbłądzie w głąb pustyni, aby kilka godzin później podziwiać rozmach budzącego się wśród piasku dnia. I mam nadzieję, że dusza Maroka, którą niezwykłym głosem wyczarowała Oum w swoim utworze odsłoni się o świcie i na ten krótki moment życie stanie się baśnią. Taką z tysiąca i jednej nocy...


Postscriptum
Dobiegają prace nad drugim tomem trylogii "Ferit. Aga janczarów". W zatytułowanej "Zabij mnie nim przyjdą" powieści Czytelnik zapoznać się będzie mógł z dalszymi losami polskiego brańca na sułtańskim dworze, który już jako młodszy oficer: oda baszy janczarów będzie miał przygód więcej, niż by się ich spodziewał. Po raz pierwszy stanąć mu przyjdzie przed wrogą armią, a Los chciał będzie, że będą to wojska krzyżowe dowodzone przez króla Polski i Węgier, młodziutkiego Władysława. Zmuszony on został przystąpić do bitwy pod Warną z wielotysięcznymi, przeważającymi siłami prężnie rozwijającego się Imperium Osmańskiego, na czele których stał sułtan Murad II przywołany ze stanu spoczynku przez swojego syna i następcę: dwunastoletniego zaledwie Mehmeda mającego po latach przejść do historii, jako zdobywca Konstantynopola.
A oto pierwszy wers dalszych przygód Ferita:






niedziela, 26 marca 2017

"Pandora" (2016) - "nie ma zagrożenia, każdy jest bezpieczny"... *

Mieszkańcy nadmorskiej wsi Gąski protestując w roku 2012 przeciwko budowie elektrowni jądrowej mieli świeżo przed oczami tragedię w Fokuszimie i na pewno zapamiętali wydarzenia z Czarnobyla, kiedy to podczas wybuchu reaktora niemal cały świat musiał zmierzyć się ze skutkami największej przemysłowej katastrofy jądrowej, co dla świata było poniekąd nowością, gdyż do tej pory strony pierwszych stron gazet upamiętniały katastrofę nieprzemysłową, jaką była rzeź w Hiroszimie i Nagasaki.   


Być może nie miał pojęcia o mieszkańcach Gąsek Jong Woo-Park realizując w roku 2016 swoją “Pandorę”, ale na pewno zaznajomił się z grecką mitologią oraz dwoma największymi katastrofami w historii elektrowni jądrowych, a rozmach produkcji będącej owocem jego przemyśleń dosłownie rzuca na kolana i może nawet zainspirować amerykańskich mistrzów od szerokich planów.  


A gdzie otwiera się w puszka Pandory? Ano, w niewielkim południowokoreańskim nadmorskim miasteczku, gdzie ku zgrozie mieszkańców od lat rozszczepia się atom i wywołuje reakcje o sile zdolnej zasilić prądem całe miasta. Troska o własne zdrowie i życie nie zrodziła się tam bezpodstawnie - w wyniku awarii kilka lat wcześniej życie straciło kilkanaście osób, w tym ojciec i brat głównego bohatera, Jea-Hyeoka.


Sytuacja powtarza się w wyniku błędnych ustaleń, zafałszowanych raportów i oczywistych grzechów decyzyjnych, dzięki czemu kamera Jong Woo-Parka mogła zająć się tym, na co z pewnością czeka żądna sensacji widownia: awarią reaktora, a tuż po niej szeregiem potwornych wydarzeń, dzięki którym jedni stać się mogą martwymi herosami, inni zaś szczęśliwie ocalałymi...  


“Pandora” to film z jednej strony o biurokratycznej niekompetencji, nieumiejętności zarządzania, z drugiej portret heroizmu za wszelką cenę, czyli tematu najwdzięczniejszego w filmowym świecie. Bezwzględnie ścierają się tu racje ustanawiane w zaciszu ministerialnych, a nawet prezydenckich gabinetów z decyzjami ludzi na miejscu obserwujących rozwierającą się w błyskawicznym tempie puszkę Pandory. Paradoksalnie nie ma tu zwycięzców i przegranych, bowiem żywioł, przeciw jakiemu przyszło wystąpić bohaterom filmu równa wszystkich i sprowadza do jednego poziomu. A nie ma tam nic więcej prócz śmierci.

* Dezerter - "Nie ma zagrożenia"

wtorek, 14 marca 2017

"Kilo Two Bravo" (2014) - saper myli się tylko dwa razy

O wojnie w Afganistanie w świecie filmu powiedziano do tej pory wiele. Z pewnością nie opowiedziano jednak wszystkiego, gdyż konflikt po którego jednej stronie stoją Talibowie oraz wspierające ich siły, po drugiej zaś sprzymierzone wojska Sojuszu Północnoatlantyckiego wygenerował z pewnością setki zdarzeń mogących przykuć uwagę widza złaknionego wieści z pola walki.
“Two Kilo Bravo” Paula Katisa  jest taką opowieścią.


Ze swadą w filmie oddane zostały relacje między odbywającymi służbę żołnierzami, zaś wypełniająca je ironia, czarny humor i umiejętnie kontrolowana złośliwość świadczą, że twórcy filmu zadbali o wysoki poziom realizmu. Zamiast w usta bohaterów wydarzeń włożyć górnolotne frazesy o koszmarze umierania za wolność z dala od stron ojczystych, wypełnili je nierzadko kloacznym humorem, bez jakiego nie może się obejść - i z pewnością się nie obchodzi - żadna jednostka wojskowa. Zamiast cukierkowych przemówień o “wielkich potrzebach”, “porażającym obowiązku” czy “nieodwołalnej konieczności” żołnierze przekrzykują się przy użyciu słów, jakie z lubością cytuje prasa brukowa, kiedy udaje się jej przyłapać posługującego się nimi kogoś aktualnie bardzo ważnego.  


I tak oto wśród żartów nieprzystojnych, niecenzuralnych, nieobyczajnych, a najczęściej po prostu głupkowatych i niesmacznych pozwala się patrol żołnierzy obezwładnić pamiątce po dawnej wojnie radziecko-afgańskiej: wyjątkowo złośliwej i perfidnej minie przeciwpiechotnej skonstruowanej po to by ofierze zadać wiele cierpienia oraz dostarczyć chwil, kiedy będzie modlić się ona o nie chcącą nadejść śmierć.


Głupkowata radość żołnierzy nieoczekiwanie zmienia się w pełną konsternacji ciszę zakłócaną początkowo nawoływaniem o pomoc, a później tykającymi wskazówkami zegara odmierzającymi czas do przybycia pomocy z zewnątrz, kiedy wiadomo już, że środki medyczne pozostające do dyspozycji sanitariusza zajmującego się rażonym zespołem nie rozwiążą problemu oderwanych od ciała kończyn i z trudem powstrzymywanego krwotoku.  
I tu znów wielkie brawa dla twórców, gdyż w jękach rannych rzadko przewija się histeria i boguojczyźniane frazesy, natomiast częściej rozładowujący napięcie, głupkowaty humor, który być może stanowi najlepsze lekarstwo na ciemną stronę rzeczywistości.  


W “Kilo Two Bravo” bez patosu, etosu i wielkich słów opowiedziana została historia przyjaźni i braterstwa między żołnierzami jednej kompanii, którzy znaleźli się w miejscu, gdzie nikt nigdy w historii cywilizacji istot myślących nie ogłosił się zwycięzcą i prawdopodobnie nie zdoła tego uczynić. A gdyby ktoś koniecznie chciał zapytać się, jaki morał płynie z rozgrywającej się wypalających wzrok plenerach historii, wypadałoby odpowiedzieć: każdego rodzaju.   

niedziela, 5 marca 2017

"Chevalier" (2015) - A statek płynie...

Gdyby zdolność do tworzenia sztuki na wysokim poziomie abstrakcji - jak głoszą teorie - związana była z poziomem zamożności społeczeństwa, Grecja byłaby supermocarstwem. Potwierdza to niezwykły, choć z pewnością do hermetycznego grona adresowany film Athiny Rachel Tsangari, specjalistki od kina niebanalnego i niełatwego w odbiorze.   


Rodzimi teoretycy literatury po obejrzeniu filmu musieliby stwierdzić i z pewnością przyszłoby to im z łatwością: toż to dzieło Gombrowiczem podszyte. Co więcej: być może to nawet adaptacja nieznanego jeszcze światu dzieła jednego z najsłynniejszych polskich emigrantów wciąż wywołującego emocje, kontrowersje, nie tylko ze we względu na pogrobowe utwory.  


Mamy bowiem w greckiej produkcji wszystko, co trzeba, aby stwierdzenie dopiero co przywołanych teoretyków literatury nabrało rumieńców: scenerię, jakby wyrwaną z rozhukanej i rozpędzonej rzeczywistości oraz kilku bohaterów przepędzających wakacyjnie czas na luksusowym statku wśród lazurowych fal Morza Egejskiego, o którego urokach napisano wiele.


Nie mamy wprawdzie żadnej tajemnicy - chyba, że przyjmiemy za tajemnicę sam fakt istnienia bohaterów - nie dynda na drzewie martwy ptaszek, nikt nikogo nie podejrzewa, ani nikt niczego nie ukrywa. Co się w takim robi w filmie Tsangari? Ano, rozprawia. A także podgląda, ocenia, punktuje, odnotowuje. Bohaterowie filmu bowiem w pewnym momencie dochodzą do wniosku, że gra towarzyska polegająca na ocenianiu siebie nawzajem umili im ten czas morskiej podróży, którego umilić nie potrafi nurkowanie czy połów ryb. I podglądają siebie nawzajem wczasujący się Grecy, a każdy z nich stara się celująco wywiązać z roli podglądającego i podglądanego.   


Co ciekawe, film jakby programowo nie chce przynależeć do kina współczesnego, bowiem nie komentuje współczesności, a jego przekaz uniwersalny jest, jak ten znany z klasycznych greckich tragedii. Ani jedno zdanie wypowiedziane ustami bohaterów nie nawiązuje do skomplikowanej sytuacji finansowej w jakiej znalazło się piękna Hellada i jej mieszkańcy. O, jak dobrze! Nie przeprowadza się analizy, kto za tym stoi i jaki ma w tym interes. Na pierwszym miejscu jest człowiek: uwikłany w samego siebie, od siebie samego i od innych uzależniony.  


W sposób nie pozbawiony gorzkiego humoru ukazuje Tsangari bezwyjściowość człowieka z labiryntu społecznego życia, jego uwikłanie w nie zawsze proste relacje z innymi, nieustanne poddawanie presji ogółu. A czas płynie...

wtorek, 21 lutego 2017

"Zderzenie" (2016) - raz kozie gniew

W Egipcie roku 2011 starły się siły, które zetrzeć się musiały i jak bardzo prędko się okazało, moce kłębiące się w państwie piramid nie powiedziały ostatniego słowa. Uśpione na dwa lata zmartwychwstały i zwarły się ze zdwojoną mocą, reprezentując w swojej złowrogiej istocie to, co świat zna już od tysiącleci - walczących i zwalczających. Ale dość polityki.


Pięć lat po tym, jak kairski Majdan at-Tahir pomieścić musiał pięć milionów protestujących egipski reżyser Mahamad Diab, autor filmu “678” (2010) opowiadającego o poważnym w Egipcie problemie seksualnego molestowania kobiet, po raz drugi postanowił stanąć za kamerą i scenariusz napisany wspólnie z Khaledem Diabem przemienił na ruchome obrazy: przejmujące i żywe, ale też porażające i martwe, które dziennikarze z pewnością nazwali by “nie pozwalającymi zachować obojętności”, “domagającymi się głębszego dyskursu w przestrzeni publicznej”, itd.  


Fabuła filmu w swojej prostocie zdaje się wyrażać najgłębsze idee, nie zapominając także przy całej swojej śmiertelnej powadze o rozładowującym napięcie poczuciu humoru, a także - wszak to film kontrastów - zagęszczającym nastrój stopniowaniu lęku, którego nie da się nazwać inaczej, jak klaustrofobicznym.  


Oto bowiem kilkanaście osób reprezentujących odmienne światopoglądy zamkniętych zostaje przez upaprane w ostrą robotę wojsko w więziennej furgonetce, z której podglądać mogą dosłownie eksplodującą rzeczywistość. Widział już świat ten rodzaj uwięzienia wiele razy: filmowano go i opisywano być może ku przestrodze, jednak człowiek nie nawykł wyciągać lekcji z przeszłości: żyjąc tym, co teraz, rozpaczliwie próbuje sobie wmówić, że może wywalczyć sobie lepszą przyszłość.


A furgonetka jedzie. Za oknami noc przeplata się z dniem. Strzały karabinowe z przecinającymi upalne powietrze kamieniami. Krzyki manifestujących z wrzaskami wściekłości protestujących przeciw manifestacjom. Widział już Egipt takie rewolucje. Zwłaszcza tę jedną: w starożytności, za panowania XVIII dynastii, kiedy to faraon Amenhotep przybierając imię Echnatona zamiast wiary w wielu bogów, wprowadził kult Atona, co ostatecznie doprowadziło do wielkiego społecznego wrzenia i upadku władcy. Czy zresztą rewolucje kiedykolwiek wyglądały inaczej?      


Przejmujący film Diaba opowiada o granicach, jakie chyba tylko człowiek, zwierzę inteligentne potrafi stworzyć, aby samemu je przekroczyć na wiele różnych sposobów. W egipskim obrazie granicami tymi są jednocześnie ciasne ściany ciężarówki, ale i też hermetyczność poglądów nie pozwalająca szerzej spojrzeć na rzeczywistość i dostrzec, że kipi ona różnorodnością, której nie sposób zmienić, czy wyplenić. To ona bowiem napędza świat, nawet jeśli padają przy tym strzały, od których giną ludzie w danych okolicznościach winni, bądź niewinni.   

wtorek, 7 lutego 2017

"Patriots Day" (2016) - z biegu powstali

15 kwietnia 2013 dwaj młodzi ludzie wypowiedzieli wojnę mieszkańcom Bostonu zgromadzonym przy mecie corocznego maratonu i przeprowadzając zamach przy użyciu dwóch bomb dostarczyli służbom specjalnym mnóstwo pracy, twórcom zaś źródła inspiracji. Przy pomocy kamery krwawe wydarzenia przedstawił Peter Berg, który kilka miesięcy wcześniej mierzył się z wodami Zatoki Meksykańskiej, gdzie realizował inną opowieść o równie dramatycznych wydarzeniach (“Deepwater Horizon”).  


Na wstępie buduje Berg w “Patriots Day” obraz Ameryki idealnej, zjednoczonej i silnej, z nieodłącznymi “proszę”, “dziękuję” i “kocham cię” na ustach. Jest w tym sporo hipokryzji, nie dlatego, że chodzi o społeczeństwo amerykańskie, lecz o człowieka, jako takiego, który oprócz przywołanych zwrotów grzecznościowych opanował do perfekcji ich przeciwieństwo w filmie zarezerwowane wyłącznie dla bohaterów negatywnych.


Zrozumieć można, że pomnikowe dzieło - bo taki jest bezdyskusyjnie “Patriots Day” - wolne powinno być od odcieni szarości, że zło musi być czarne, dobro białe, a wszyscy pozytywni bohaterowie kochać się muszą, wspierać, każdym kroku częstować dobrym słowem i pączkami oraz wierzyć, że bogowie pozwolą śnić sen nazywany amerykańskim. Dlatego tak bardzo brakuje w produkcjach tego typu pełniejszego przedstawienia mrocznej strony ekranu, bardziej wnikliwych portretów psychologicznych “wrednych drani” wymykających się poza schematy stworzone przez Hollywood. Terrorysta w ujęciu amerykańskich filmowców - zwłaszcza w realizacjach niekoniecznie ambitnych - to nierzadko emocjonalnie rozstrojony idealista oskarżający USA o szatańską rolę na kartach dziejów istot myślących.
A zatem mamy piękny Boston, tysiące uczestników ponad czterdziesto kilometrowego biegu i tyleż samo widzów: policjanci jedzą pączki, żony policjantów także, szczęśliwi maratończycy cieszący się ze zrzucanych kaloriii, widzowie martwiący się ich nadmiarem. Wolność, równość i braterstwo, chciałoby się powiedzieć. Nie do końca jednak.    


Nagle bowiem w ten cukrowy wizerunek wdziera się łyżka dziegciu reprezentowana przez dwóch braci, których ideologia mówiąc najprościej: radykalna, popycha ich do dokonania czynu, którego reperkusje śledzić mogli mieszkańcy świata przy pomocy jak zawsze usłużnych, gotowych na wszystko i chętnie eksponujących dramaty i ludzkie cierpienie mediów. Bum!
“Patriots Day” opowiada nie tyle o samym zamachu i jego autorach, co o żmudnym dochodzeniu i szczęśliwych zbiegach okoliczności, dzięki którym świat cały zobaczyć mógł najpierw zdjęcia podejrzanych przechwycone z miejskiego monitoringu, później zaś dowiedzieć się o zatrzymaniu sprawców zamachu, a po obejrzeniu filmu zrozumieć, że“Patriots Day” to świetny obraz wyreżyserowany przez twórcę, który jak mało kto potrafi dramatyzować i budować napięcie.