poniedziałek, 19 września 2016

"Stranger Things" (2016 -) - Coś na rzeczy

Historia opowiedziana w ośmiu odcinkach pierwszego sezonu doskonałego serialu rozgrywa się w czasach, kiedy Stany Zjednoczone Ameryki Północnej zwane dalej Ameryką z elitą rządzących na czele szykowały się na śmiertelne bój ze Związkiem Socjalistycznych Republik Radzieckich zwany dalej Ruskimi. Prężyły się w silosach ruchomych i nieruchomych pociski międzykontynentalne zwieńczone głowicami jądrowymi gotowymi zgotować los, jaki przypadł w udziale nieszczęśnikom z Nagasaki i Hiroszimy.


Niektórzy z Amerykanów eksperymentowali, a tak przynajmniej twierdzą bracia Duffer, twórcy serialu “Stranger Things”, który dla wszystkich przeżywających dzieciństwo w cudownych latach osiemdziesiątych w towarzystwie “Gwiezdnych Wojen”, “Indiany Jonesa”, “Goonies”, “Obcego”, horrorów klasy A i B z przewagą tych drugich oraz muzyki Johna Carpentera, a także jego obrazów z “Coś” na czele powinien być produkcją co najmniej obowiązkową.    
Bo po prawdzie - choć Ruscy w serialowym tle zdają się odgrywać niepoślednią rolę - o Coś się w serialu rozchodzi…


A jest ono mroczne i tajemnicze, odległe, a jednocześnie bliskie, namacalne, ale także nie dające się dotknąć: szydercze i kpiące, potworne w swej nienasyconej istocie, wdzierające się w życie kilku gimnazjalistów zafascynowanych grami fabularnymi, Tolkienem i “Gwiezdnymi Wojnami”, czyli tym czym w latach osiemdziesiątych zajmowało się mnóstwo nastolatków.
A kiedy Coś zaistniało w życiu dzieciaków lawina wydarzeń zmiotła ich dotychczasowe wyobrażenie o rzeczywistości, wywróciła je na drugą stronę, za którą prawda objawiła się w swojej najstraszliwszej i budzącej grozę formie.  


Od pierwszego odcinka - jak to powiadają niektórzy recenzenci - “nie ma miejsca na nudę”: zaginięcie Willa Byersa (Noah Schnapp) wytrąca z utartych szlaków nie tylko jego rodzinę ze specjalnym uwzględnieniem matki, Joyce (niezwykle w tej roli dramatyczna i niemalże teatralnie histeryczna Winona Ryder, której gwiazda być może znów zajaśnieje mocniej na firmamencie aktorskiego nieba), ale i miejscową policję pod wodzą surowo doświadczonego przez życie komendanta Jima Hoppera (David Harbour).


A potem jest - jak często mawiają recenzenci - “już tylko lepiej”. Tzn. gorzej dla mieszkańców małego miasteczka, gdzie rozgrywa się serialowa opowieść, bo za wszystkim, co się dzieje mogą stać przecież nieobliczalni Ruscy, o których już coś się tu przebąknęło.  
Wiele może się w “Stranger Things” podobać, a już na pewno to, że specjaliści od castingów zrezygnowali z typowo hollywoodzkiej urody i koncentrując się na postaciach charakterystycznych wysupłali z tłumu juniorów serialowych Mike’a (Finn Wolfhard), Dustina (Gatten Matarazzo) i Lucasa (Caleb McLaughlin), którzy w perfekcyjny sposób oddali ducha dziecięcej solidarności, przyjaźni, strachu przed Ruskimi i przynależności do amerykańskiego narodu uwielbiającego wysoko łopoczące flagi usiane gwiazdami.


Jak się rzekło: zafascynowani światem fantasty i science-fiction, grami fabularnymi chłopcy nie mają pojęcia, że zło, z którym tak chętnie walczą bohaterowie ich dzieciństwa oraz oni sami w fikcyjnych światach czai się za przysłowiowym rogiem i jest nie mniej groźne, a może i nawet groźniejsze niż Demogorgon z “Dungeon & Dragons”. Jednocześnie - wraz z pozostałymi bohaterami “Stranger Things” - zdają się potwierdzać, że zrobić z wyświechtanych filmowych kalek trzymające w napięciu widowisko to naprawdę duże Coś.


niedziela, 4 września 2016

"Gomorra", Homole i maść z konopii

Musiał wiedzieć Roberto Saviano, że publikując opowieść o neapolitańskiej mafii śmiertelnie narazi się co bardziej radykalnym, jeśli nie wszystkim komórkom wieloletniej instytucji mającej niebagatelny wpływ na rozwój tych gałęzi gospodarki Italii, od których nie odprowadza się podatku dochodowego.
Wiedział, a jednak zrobił, co postanowił.


Pytania odwieczne
Świeżo po skończonej i z pewnością spóźnionej lekturze wydanej w 2006 “Gomorry” - cóż jednak znaczy te dziesięć lat wobec nieprzemijalności opisanych w książce zjawisk - a także po obejrzeniu serialu pod takim samym tytułem bliski byłem stwierdzenia, że w donosicielu - choćby i tym w imię zasad, prawdy, sprawiedliwości, itd, etc. - jest coś niesmacznego. Wydaje się być przecież “Podróż po imperium kamorry” regularnym donosem na pewną grupę ludzi, na nielegalny System, który istniejąc tuż obok tego zatwierdzonego oficjalnymi uchwałami i kodeksami robi to do czego został powołany: usiłuje wzbogacić się kosztem innych. I przypuszczam, że nikt mu w tym nie przeszkodzi, nawet jeśli z jego szeregów wykreślane będą kolejne nazwiska czy to przez policyjne działania czy wewnętrzne wojny klanów.   


Czyż jednak historia cywilizacji nie jest jednym wielkim pasmem wyzysku, rabunku dokonywanego w imieniu bądź bez imienia? Czy ktoś może to zmienić? Czy udaremnienie przez policję przemytu choćby i dziesięciu ton kokainy wprowadza nową jakość do zawiłych relacji stróżów prawa z tymi, którzy prawem gardzą i żyją wedle własnych reguł? Czy zeznania byłych bossów mafijnych zmieniły cokolwiek trwale w historii zorganizowanych grup przestępczych?


Cytując Saviano: “Aby ratować własną skórę Rocco został świadkiem koronnym. Po jego zeznaniach państwo zapewniło ochronę dwustu osobom (…) Na nic jednak zdała się ta współpraca. Zeznania “skruszonego” nie ułatwiły pracy prokuratury: nie udało się nawet zadrasnąć wierzchołka klanu”.
Aby należycie odnieść się do tego być może zbyt surowego stwierdzenia - donos czy nie donos? - zapakowałem na szesnastoletni motocykl produkcji japońskiej niezbędny, a skromny dobytek i przetransportowałem się do Krościenka nad Dunajcem. Tam na polu namiotowym Cypel w bezpośrednim sąsiedztwie tysiąca i jednej atrakcji umysł mój wydaje się być bardziej analityczny i płodny niż w oparach krakowskiego powietrza, z którego składu aktualnie doktoryzuje się co najmniej czterech przyszłych profesorów, bo o kopiowanych nachalnie pracach magisterskich nie ma co wspominać.

Widok na Cypel
Jadąc “zakopianką”, a później drogą nr 968 i dalej 969, próbowałem na poczet przyszłych dociekań ustalić najlepszą definicję donosiciela. Niepotrzebnie. Wystarczyło przecież zajrzeć do Słownika Języka Polskiego, aby przeczytać: “osoba, która obserwuje kogoś lub jakieś środowisko i donosi o tym komuś, zwykle w celu uzyskania jakichś korzyści; kapuś, denuncjant, denuncjator, konfident”.
Niby wszystko się zgadza. Ale z drugiej strony czy upublicznienie faktów powszechnie znanych policji, prokuraturze i zwykłym mieszkańcom Neapolu można uznać za donos? Czy głośne nazwanie złodzieja złodziejem, mordercy mordercą i obwieszczenie tego miastu i światu jest przejawem konfidencji?  


Realizm niemagiczny
Reżyserując w roku 1996 pierwszą część trylogii “Pusher” wzniósł Nicolas Winding Refn kino gangsterskie na zupełnie nowy poziom realizmu, na ten, do którego drzwi rok wcześniej zapragnęli zapukać autorzy manifestu Dogma 95. Wprawdzie Refn nie znalazł się wśród sygnatariuszy dokumentu, musiał znać naczelne zasady nowego sposobu opowiadania życia przy pomocy ruchomych obrazów, jak choćby tę naczelną: kamera ma obejść się bez statywu i nieustannie w ruchu podążać za bohaterami wydarzeń.  


Dalece serialowi “Gomorra” - którego drugi i definitywnie zakończony sezon niespecjalnie wróży powstanie kolejnego - do surowej formy “Pushera”, jednak podobnie, jak w duńskiej trylogii stopień realizmu jest wysoki, postacie wyraziste, scenerie naturalne i być może najbardziej przerażające. Dramat zaś umiejętnie to gaszony, to rozpalany przez scenarzystów - bo jest przecież “Gomorra” serialem dramatycznym bazującym na najbardziej spektakularnych fragmentach książki Saviano - choć nigdy nie przeradza się w horror, dla niemal wszystkich bohaterów staje się wcześniej czy później koszmarem.


Podobnie jak w książce serial kipi od barwnych typów ludzkich zatrudnionych w konglomeracie występku, gdzie jednego dnia jest się grzebiącym zmarłych wrogów, drugiego przez nieprzyjaciół pogrzebanym. Zło ukazane w serialu, zło przedstawione w książce wzbudza emocje skutecznie eliminując obojętność nawet u najbardziej gruboskórnych.  
Ale zanim powstał serial Roberto Saviano uwijał się na skuterze po Secondiliago i kąpiąc się we krwi ofiar trwającej w kamorze wojny zbierał informacje, kto z kim, kto przeciw komu czyniąc z setek nazwisk wersy w powstającej książce mającej obnażyć znaną wszystkim prawdę. I ta kronikarska precyzja wydaje się być równie przerażająca, co sam świst kul odbierających życie winnym i niewinnym, podejrzanym i podejrzewającym. Z biznesu innych, ze śmierci, narkotyków, z biedy, nędzy, z marzeń nastolatków zatrudnianych przez mafię uczynił swój interes. A potem sprzedał temu, kto dał więcej. Chcąc nie chcąc, stał się częścią Systemu.


Nie przemawia przecież w “Gomorze” socjolog przy pomocy naukowych kluczy otwierający drzwi porządku rzeczy, lecz człowiek-oskarżyciel próbujący wykrzyczeć to, o czym zwykło się głośno milczeć i milcząco omawiać.
Donos czy nie donos?
We współczesnym świecie: cynicznym, androidowym, sprowadzanym do facebookowego, koniecznie zabawnego obrazka coraz trudniej uwierzyć w czystość intencji i serca, w nieskalaność przekonań, w bezinteresowność przekazu. Zresztą, każdy ma prawo do własnego osądu.
I sądzi.
  
Martwe natury
Szedłem z Krościenka w stronę Jaworek w towarzystwie bezchmurnego nieba. Rozlewało się po nim bezczelnie słońce nie dając miejsca na kawałek choćby chmury. Sunęły obok busy z turystami. Zieleniły się łąki i lasy. Błękicił Dunajec. Wyruszali na pierwsze kursy pienińscy flisacy, a mnie dręczyło nie rozstrzygnięte pytanie: czy “Gomorrę” należy traktować, jako donos tak jak robią to kamorryści, czy może przejaw najgłębszego humanizmu dwudziestosiedmiolatka - bo tyle lat liczył sobie autor “Gomorry” w chwili premiery książki - próbującego uratować to, co jest nie do uratowania, jak z pewnością uczynili to redaktorzy naczelni niedzielnych wiadomości i sobotnich popołudniówek?   


Wąwóz Homole nie powstał w ciągu jednego dnia. Formował się latami, milionami lat. Jego niewzruszone piękno przetrwało wszystkie możliwe zawieruchy. Neapolitańska mafia zawiązana w 1820 roku w więzieniach potrzebowała znacznie mniej czasu, aby udowodnić swoim członkom, że pięknie jest wzbogacać się nie zważając na nic, ani na nikogo.  



Osiedle Secondigliano nie może poszczycić się tak długą historią, jak Wąwóz Homole. Zaprojektowane w latach sześćdziesiątych ubiegłego stulecia zbudowane zostało w przeciągu dwóch kolejnych dekad. Dobitnie przedstawione w serialu blokowiska wydają się górować nad wszystkimi i determinować ich poczynania. W nich przechowuje się narkotyki, broń. Tam załatwia się interesy. Przed nimi dziecięce czujki ostrzegają o przybyciu nieproszonych gości.




W przeciwieństwie do pienińskiego wąwozu nie widać tam rzadkich okazów fauny i flory. Kokaina i haszysz to normalność. Wśród martwych blokowisk na swoim skuterze jeździł Saviano i skrupulatnie notując zastaną rzeczywistość rozmyślał. Bo i było nad czym. Kto? Kogo? Z kim? W jakim celu? Powstała później z tego wyliczanka podparta stenogramami podsłuchanych przez policję rozmów okraszona rozważaniami nad istotą nędzy i zbrodni, które od wieków nieustannie kroczą ze sobą w parze. W sam raz dla maluczkich cieszących się podczas lektury książki, że świat w niej przedstawiony jest im obcy. I że wśród wyznaczonych ustawowo roboczogodzin zapomnieć będą mogli, o tym, co czytali.  


Łańcuchy pokarmowe
Z wielką radością odnotowałem podczas drogi powrotnej z Jaworek do Krościenka obecność podjadających na łące bocianów powoli szykujących się do długiego lotu, który za sprawą niezbyt mądrych ludzi z Libanu nie dla wszystkich tych niezwykłych stworzeń okaże się fortunny. Precyzyjne sztychy zadawane podmokłemu podłożu długimi dziobami mimo iż miały w sobie coś mechanicznego i tak emanowały dostojeństwem i gracją. Nawet na dwóch patykowatych nogach biało-czarno-czerwone ptaki przypominały londyńskich arystokratów epoki wiktoriańskiej.


Zabijają, bo muszą, pomyślałem, gdyż jeśli tego nie uczynią, skażą się na zagładę, a na to instynkt samozachowawczy z pewnością im nie pozwoli. Dlatego zabijają, powtórzyłem z uporem. I będą zabijać. Króliki i myszy. Żaby i raki.
Bohaterowie “Gomorry” postępują tak samo. Zabijają, kiedy muszą. W przeciwieństwie jednak do bocianów odbierają życie nawet w sytuacjach, w których nie jest to konieczne. Przypomina się znamienna scena, kiedy w serialu Ciro każe zastrzelić Gennaro narkomana, tak, aby młody syn bossa mógł spojrzeć śmierci w oczy, zaznajomić się z jej magią, aby weszła mu w krew, gdyż bez niej w życiu, które wybrał zostanie zdeptany.  


Siedząc wieczorem nad Dunajcem przy moście w Krościenku zauważyłem, że po drugiej stronie rzeki na dachu jednego z domów bociany uwiły sobie gniazdo. Nagle dostrzegłem zlatującego z przestworzy biało-czarno-czerwonego ptaka. Zataczał dostojnie szerokie pętle nad gniazdem ani razu nie poruszając skrzydłami, podczas gdy skrzydła przelatujących obok kaczek rozpaczliwie młóciły powietrze, aby utrzymać je na żądanej wysokości. W neapolitańskim Secondigliano krąży się podobnie. Wokół bloków. Robią to dilerzy na skuterach, czujki dilerów na skuterach. Skutery są wszędzie. Wprawdzie niewiele jest w tym dostojeństwa, lecz płyną z tego wymierne korzyści finansowe. A już na pewno dla bossów.   
  
AAA. Maść na duszę. Poszukiwana
Naprzeciw Sromowców Niżnych, po drugiej stronie kładki nad Dunajcem łączącej Polskę ze Słowacją znajduje się miejscowość Czerwony Klasztor. Oprócz słynnego muzeum znaleźć można tu kilka sklepów, w których polscy turyści z wielką chęcią zaopatrują się w napoje odmieniające świadomość, zwłaszcza te wysokoprocentowe oraz wszelkiego rodzaju maści ziołowe konserwujące wszystko to, czego wspomniane napoje zakonserwować nie potrafią. Szeroka gama olejków i maści wytwarzanych na bazie konopi indyjskich cieszy się nie byle jaką popularnością, bo podobno wykazuje się wielką skutecznością w walce z przewlekłym bólem stawów czy kości, jakie dosięgną wcześniej czy później każdego. A już na pewno ludzi starszych pamiętających przemówienia Gomułki.  


W Neapolu handel marihuaną zostawia się nastolatkom. Starsi nie chcą się w to bawić. Wyznaczają sobie inne cele. Aspirują do gry o wysoką stawkę. A w tej branży najwyższą stawką jest śmierć, która wszystkich kamorrystów ma na szczególnej uwadze.  
Jest w serialu znamienna scena, kiedy jeden z bohaterów półgębkiem wspomina wakacje w Grecji, które z wielu względów okazały się jego ostatnimi. Mówi o spokoju, jakim cieszył pod helleńskim słońcem, jakiego nigdy nie zazna w Neapolu. Ginie po tym jakiś czas później zamordowany w wyniku rozpoczynającej się wojny klanów.


Stojąc na kładce łączącej Polskę ze Słowacją chłonąłem normalność, jakiej w pełnej wynaturzeń “Gomorze” brakuje. Przyglądałem się pracy flisaków. Wsłuchiwałem się w ich opowieści. Dobiegał mnie śmiech przewożonych. Po słowackiej stronie tłumy wędrowały do Czerwonego Klasztoru. Rozleniwiało pozbawione choćby obłoku niebo zdominowane przez wstrzymaną przez Kopernika gwiazdę. Poczucie spokoju i bezpieczeństwa sprawiały, że tępił się instynkt samozachowawczy. Bo przecież przed czym miałem się strzec w Sromowcach Niżnych?


Gdyby jednak most ten łączył bloki w Secondigliano miejsce flisaków zajęłyby skutery z dilerami. Stałbym spięty. Wszystkie zmysły byłyby wyostrzone. Zagrożenie mogłoby przecież nadejść z każdej strony. Nie wiadomo czy moja niezwiązana z Systemem głowa nie zostałaby wybrana, jako cel dla pistoletu syna bossa, który dzięki mojej śmierci miałby stać się mężczyzną?
Czy doniósłbym światu o poczuciu zagrożenia?


Wyrok
Uwielbiam ranne, niedzielne powroty z Krościenka nad Dunajcem. Zabrzeż, Tylmanowa, Kamienica, Mszana Dolna. Przetrzebione sobotą wioski. Wędkarze próbujący ustrzelić coś na muchę. Wierni przed kościołami. Rosoły bulgocące na domowych kuchniach. Perspektywa niedzielnego obiadu. Spokój, cisza. Góry. Pusta droga zakłócana rzadko pojedynczymi samochodami. I malowniczy, leśny odcinek w okolicach Szczawy. Wypluwa zieleń wilgoć na asfalt. Nie popędzam kół wzdrygających się przed wodą. Obrywam chłodem od tysięcy drzew. Jestem skoncentrowany, bo wiem, że koniec moich rozmyślań jest bliski. Czy aby na pewno koniec?   
Choć klasyfikacja czynu autora “Gomorry”  wydaje się bezdyskusyjna - jeśli ktoś w pierwszej osobie liczby pojedynczej z farmakologiczną precyzją wylicza to, czego ludzie będący jej przedmiotem nie chcieliby, aby zostało wyliczone - wracając do domu wiedziałem, że nie odważyłem na wadze uczynku Saviano. Nie tylko dlatego, że nie miałbym odwagi rzucić kamieniem oskarżenia, lecz z powodu bardziej złożonego: w moim odczuciu każda próba jednoznacznego określenia z pewnością heroicznej postawy Roberto Saviano jest możliwa wyłącznie dla fanatyków.
W moich rozważaniach nic nie było oczywiste.  


W świecie ukazanym w serialu i filmie oraz w książce klasyfikowanej w krajach anglojęzycznych do gatunku non fiction pewna pewna jest jedynie śmierć, która przecięła nić życia nietoperza, na jakiego natknąłem się wędrując z Krościenka do Wąwozu Homole.

wtorek, 16 sierpnia 2016

Bałkański spacer

Opisana, uwieńczona, upamiętniona...
Niegdyś biegnąca przez jeden wielki kraj, którego rozpad wygenerował poważny konflikt, a wraz z nim wpisane w jego strukturę rzezie, masakry, pogromy - wszystko to, w czym człowiek udoskonalał się przez tysiąclecia.
Ale i to minęło.
Dziś Magistrala Adriatycka nawołuje do pokojowego zmierzania się z jej malowniczością, przy czym warto podkreślić, że pokój uprawiają na niej najczęściej kierowcy z tablicami rejestracyjnymi niezwiązanymi z krajami, przez które biegnie nadmorski szlak.
Miejscowi czynią drogową wojnę, dzięki czemu Jadranska Magistrala plasuje się w czołówce najbardziej niebezpiecznych dróg europejskich.   


Po drodze słowackiej
I znów...Niewielkie i większe miejscowości. Zieleń drzew poza nimi. Górskie masywy. Stacje narciarskie. Czas stojący w miejscu. Leniwe parady samochodów. Pojedyncze salta pieszych na przetrzebionych upałem ulicami. Nieustanne napomnienia o zachowaniu przepisowej prędkości. Górskie odcinki. Stacje benzynowe kuszące promocjami. Policjanci nie uznający promocji. Dzieci machające, dzieci śmiejące się, dzieci... Starsi ludzie w nieruchomym dostojeństwie wystawiający twarze ku słońcu. Francuz na BMW GS 1200 kierujący się do Macedonii.


Grecja w perspektywie. Materializujący się wyjazd wakacyjny. Dalej, byle dalej. Od polskich łąk zielonych. Od chleba naszego. Ku lazurowym falom rozbijającym się o kamieniste brzegi. Ku perspektywie rysującej się konieczności powrotu. Ku pętli życia, która na każdej szyi zaciska się z nieubłaganą precyzją. Ku wiem, byłem, widziałem, jednak nie czyni mnie to mądrzejszym.
Ku wszystkiemu i niczemu.  

Skąpy traci dwa razy
Ile kilometrów liczy budapesztańska obwodnica M0? Wiele. Od wjazdu na nią z drogi E77 wiodącej od słowackiej granicy do zjazdu na autostradę M7 prowadzącą nad Balaton - gdzie zaplanowałem pierwszy popas - i dalej do Chorwacji, bądź Słowenii wynosi 67 km. Dużo? Niewiele. Tyle samo, co podczas mojego ostatniego przejazdu. Jednak, kiedy przy dziesiątym kilometrze zachmurzone niebo rozwiera swe podwoje oswabadzając strugi burzowej wody wydaje się to dystansem nieporównanie dłuższym.
Z burzy na szczęście bardzo prędko uciekłem i pozwoliłem motocyklowi wymknąć się ulewie i pomknąć w stronę wielkiego jeziora, które goszcząc mnie podczas podróży do Rzymu w roku 2012 pozostawiło w sercu bardzo miłe wspomnienia. Tak oto wylądowałem w Siofok.  


Tym razem wspomnień było równie wiele, jednak wszystkie przemokły podczas nocnej burzy udowadniającej, że nawet nowy, pierwszy raz rozkładany chiński namiot może wykazać się podręcznikową nieszczelnością.


Zanim jednak burzowy deszcz naubliżał produkcji Państwa Środka... Balaton, bezmiar wody, płacz dzieci, a także ich śmiech i zgrzytanie zębów. Węgierskie piwko, polska rybka. Międzynarodowy gwar. I czterech Węgrów grających w karty obok mojego namiotu. Nawołują do wspólnej konsumpcji. Odmawiam dyplomatycznie chwaląc piękno lokalnej natury. Nie rozumieją. A właśnie...“Polak, Węgier, dwa bratanki”... znam genezę powiedzenia, jednak Węgrzy, jakich udało mi się w życiu poznać nie mają o niej pojęcia. Polacy zresztą także.   


M7 - chłód i trud
Autostrady - uwielbiają je jedni, przeklinają drudzy, a one, jakby nic sobie z tego nie robiąc pobierają opłaty za korzystanie z ich usług oferując piękne pejzaże, najczęściej wygodny asfalt oraz możliwość swobodnej, niemalże niczym nie zakłócanej kontemplacji egzystencji, a także prób nadania jej sensu, co zaledwie połowicznie udało się filozofom. I to nie wszystkim.
Węgierska “Em siódemka” po stronie chorwackiej przemieniająca się w E65 największe wrażenie zaczyna robić w chwili, kiedy za Zagrzebiem drogowskaz nakazuje kierującym się do Dalmacji odbić w lewo, na Split, a górom zakwitnąć w pięknej i pełnej okazałości.  


Zanim jednak podróżujący motocyklem, jakim niewątpliwie byłem podczas wczesnolipcowych dni dostanie się w rejon wytęsknionych przez jesień i zimę południowych upałów, zmierzyć się musi z chłodem gór, autokarami pełnymi turystów marzących o kamienistych plażach oraz wewnętrznym głosem nawołującym do przyspieszenia, mimo iż pośpiechu nikt się nie domaga.



Piętrzą się złowrogie szarosine chmurska wykrzywiając pyski w niezawoalowanej groźbie spuszczenia wodnego łomotu. Na kolejnej stacji ubieram się cieplej. Wiatr podwywa na drodze szerokiej, mnożą się górskie podjazdy, zwielokrotniają zakręty. Mroźno jakoś na duszy w tym świecie szarym, wśród tych dzikich gór to zielonych, to brązowych. Tęskni człowiek za błękitem nieba, za choćby dwoma promieniami słońca.  
Aż wreszcie...  


Pojedynek na szosie
Górski punkt graniczny. Do boju stają tutaj potężne armie chłodu z nie mniej liczną armią upalnych mas powietrza. Podróżujący nie widzą jednak tej batalii, gdyż odbywa się ona bez ich udziału, ponad tunelem, który wypluć ma ich w chwili, kiedy na bitewnym polu hulał będzie tylko wiatr, a stada czarnych, otyłych i z ledwością poruszających się kruków wyjadać będą, co smaczniejsze kąski z tego, co pozostało…
Kilka kilometrów przed tunelem granicznym skąpane w cieniu tablice informacyjne wskazują 18 stopni. Bezpośrednio za nim obwieszają w upalnym słońcu 29 jednostek na celsjuszowej skali podkreślając, że właśnie wjeżdża się do Chorwacji, której zapomnieć nie sposób.     


Poautostradzie i przedprzygodzie
Bibinje. Auto Kamp Kero. Usytuowany nad samym brzegiem lazurem maźniętego Adriatyku. Z dumą łopocze nad nim chorwacka flaga. Przyglądają się temu polskie tablice rejestracyjne, a właściciele samochodów z wielką chęcią “posiłkują się kurwąmacią” (Artiom Wiesoły, “Rosja we krwi skąpana”), przepijając ją piwem, bądź nie piwem.



W drugim dniu Wielkiego Oddalenia od ojczystych łąk zielonych nie kupuję chmielowego napoju w przykampingowej knajpce, lecz kierowany polskim zmysłem wynajduję niewielki sklepik, gdzie za cztery czteroprocentowe piwka Karlovacko i jeden chleb płacę kartą - w przeliczeniu - 28.99 złotych jeszcze polskich. Tak oto zostaje mi dobitnie przypomniane, że Chorwacja, jaką odwiedziłem podczas podróży do Rzymu w 2012 pozostała krajem skutecznie drenującym turystyczne budżety.


Łagodnie rozbijają się fale Adriatyku o kamienistą plażę. Międzynarodowy gwar uzmysławia wszystkim kosmopolityzm. Przydaje uroku Niemcom. Nie pozbawia go Ukraińców nawet po szóstym piwie.I tylko nadmiar procent zdaje się podnosić ciśnienie Polakom. Wyrwani z kieratu roboczogodzin korzystają z życia. Nie są tu po to, by urlop przeciekł im przez palce. Utrwalają się co dziesięć sekund na cyfrowych nośnikach. Emitują twarze za pomocą pakietów danych. Multiplikują się przez polubienia.  

    
Zachodzi słońce, a telewizor w knajpce dobitnie przypomina o bojach toczonych na Euro 2016. Na szczęście nie walczą już Rosjanie z Anglikami na ulicach miast. Gra dawno weszła w fazę pucharową. Nie przejmuję się nią. Moja faza wydaje mi się lepsza. Następnego dnia przejadę słynną magistralę. Wieczorem też coś sobie golnę. Pozostanie po mnie tylko garść spalin wypluwanych przez motocykl. Zawsze to coś.


Prędkości, wysokości
Jadranska Magistrala. Morze bierze się tu za bary z górami. Nikt nie wie, kto wygra. Bukmacherzy nabierają wody w usta. Wolą stawiać na to, kogo służby pierwszego zapakują do helikoptera medycznego: tego, który wyprzedza na ciągłej na trzeciego czy tych, co za nim próbują tej sztuki na dziewiątego. Mnożą się wesoło zakręty. Uśmiech zamiera, kiedy ktoś próbuje tu wyforsować się na czele. Używam słów ciężkich. Szewcy mogliby się wiele nauczyć. Jadę dalej. Ci za mną także. Przede mną nie ma już nikogo, choć znaki mówią o ograniczeniach do 70 km na godzinę.


Najgorsi są kierowcy lokalnych autobusów. Zupełnie jak na wyspach greckich. Poniżej setki wstyd im zejść. Koledzy przecież zrównają ich z żeńskimi organami. Lepiej być - przypominam sobie zasłyszaną opinię - żywą cipą, niż martwym bohaterem. Stop! Nie jestem tu po to, by wyklinać. Ani by się spieszyć.




Dlatego jadę, nie pędzę. Spaceruję. Cieszę się bezwypadkowym motocyklem. W przeciwieństwie do Albańczyka rozpaczającego nad rozbitym samochodem swoim i Chorwata. Kto kogo? Nie wiem. Przyjaźń między narodami na pewno się tu nie zrodzi. Tylko niewielka piekarenka obok odnotowuje rekordowe zyski. Również otrzymuję od obsługi paragon fiskalny.    



Wszystko wokół nagina się pod masową turystykę, zwłaszcza zakorkowana Makarska. Sprzedawcy oferują wszystko to, co kupić chcą bywalcy podobnych kurortów. Świecidełka, pachnidełka, lampiony, medaliony. Zjadłbym waty cukrowej, ale nigdzie nie widzę. Chyba została w Międzyzdrojach.
Przystaję raz na czas. Ustrzeliwuję nieudolnie widoki zazdroszcząc tym, którzy potrafią to robić. A natura pręży muskuły, wdziera się nawet tam, gdzie być może chciano by się jej pozbyć. Miejsca hotelowe zarabiają. Do natury najczęściej się dopłaca.
 
Neum - inne oblicze lazuru
Mostar i Medjugorie zostawiam w tyle na inne czasy. Wjadę tam kiedyś od Sarajewa. Przekraczając granicę wiele się zmienia. Niby wszystko jest tu takie same, jak w Chorwacji, ale inne. Powietrze przesiąknięte jest średnią zamożnością. Od północy pachnie nawet biedą. To nie rozhukana Makarska, nie oblegany Trogir czy Szybenik. Nigdzie nie widzę Japończyków. Amerykanów także. Nikt nie robi tu selfie. W przydrożnej knajpce autochtoni. Przyglądają się, jak parkuję w niezbyt fortunnym miejscu. Też chcę się uwiecznić i nie poczuć się gorszym. 5000 miejsc noclegowych w kraju tańszym od Chorwacji i Czarnogóry czeka chyba lepszych czasów. Choć mogę się mylić.  


Dziwnie się czuję na głównej ulicy miasta, jednak mam wrażenie, że już tak się kiedyś czułem: opuszczony, zagubiony, zupełnie, jakby sam żył na świecie, albo był głównym bohaterem filmu o czasach ostatecznych. Gdzie to było? W upale myślę wolniej. Cypr północny, turecki, przypominam sobie. Dipkarpaz. Półwysep Karpas. Tam, wśród pustkowi, niezagospodarowania, żyjących dziko osiołków, opuszczonych domów i raczkującej turystyki szarpało mną podobne osamotnienie. W Neum jednak wystarczy zejść z głównej ulicy w dół, aby zapomnieć o samotności. Tamtejsze plaże nie różnią się od chorwackich i czarnogórskich. Ale na pewno więcej na nich piasku.     


36 euro
Dubrownik, miasto znane, cenione przez turystów, przez miejscowych wyceniane horrendalnie. Poważają je turyści z każdej strony świata. Zwłaszcza ci od nocnych rajdów wzdłuż i wszerz knajpianych szlaków. A także widzowie “Gry o tron”, gdyż właśnie Dubrownik w serialu przemienił się w Westeros, Królewską Przystań, gdzie krzyżują się losy dobrych, złych i nijakich. Podobnie jest w rzeczywistości. Pojawia się także to chorwackie miasto w mojej powieści “Ferit, aga janczarów” - Sehabeddin Pasza, jeden z bohaterów ubija tam niezwykle korzystny dla Osmanów interes -  jednak wtedy zwało się Raguzą i podporządkowane było woli sułtana i jego urzędników.    


Przemarsz motocyklowy centrum miasta w poszukiwaniu campingu, kiedy w chwili napadu manii wielkości zapragnąłem udokumentować swoje żywe zwłoki na tle zabytków Starego Miasta zapamiętałem dobrze. Mnie także zapamiętano, kiedy przez pomyłkę jechałem pod prąd drogą jednokierunkową zszokowany tym, co przed chwilą usłyszałem. A brzmiało to mniej więcej tak:
- Camping? No problem. 36 euro, please.
Chwilę później zrozumiałem dlaczego musiałem usłyszeć tak ciężkie dla polskiego portfela słowa: na czas trwającej podróży nie zaplanowałem przecież zwiedzania i twardo zarzekałem się - żadnych zabytków, miast, legendarnych atrakcji, wytwornych restauracji, jedynie czysta turystyka motocyklowa, świat podglądany z perspektywy motocyklowego siedzenia, jednym słowem: Wielkie Oddalenie (wspominam o takim w powieści “Normalne ślady użytkowania”).  


Zanim jednak zapytałem o miejsce noclegowe na campingu, którego nazwy obiecałem sobie więcej nie wspomnieć - przedstawiam go jednak na zdjęciu ku przestrodze - zatrzymałem się przy punkcie widokowym na Most Franja Tuđmana z tego powodu, że zatrzymywali się tam wszyscy i być może spotkałaby mnie krzywda, gdybym pojechał dalej. Na szczęście, nikt nie pobierał tam opłat za co nikomu byłem bardzo wdzięczny. Zupełnie darmo oglądać mogłem cudo inżynierii drogowej oraz rysujące się w oddali budynki miasta.


Bardzo prędko żegnam się z Dubrownikiem, obiecując, że wrócę sprawdzić ceny piwa, gdyż o noclegowych mogę już trochę powiedzieć. Kilkanaście kilometrów dalej, naprzeciw okazałej galerii handlowej nie różniącej się zbytnio od tych znanych mi z Polski i innych krajów, dostrzegłem pole namiotowe, które wydało mi się na tyle atrakcyjne, że zdecydowałem się odważyć zapytać o cenę pamiętając, że wciąż znajduję się w jurysdykcji miasta, które ceni się wyżej niż inne, a może i nawet najwyżej.
- Camping, no problem - usłyszałem - 11 euro, please.


Po rozbiciu namiotu spacer nad morze zajął mi jakieś dziewięćdziesiąt osiem sekund, góra sto jedenaście.A kwitło ono sobie w najlepsze wśród gór, nad którymi rozpoczynał się festiwal z zachodzącym słońcem, jako gwiazdą główną.



Ścielił się równo kamień mniejszy i większy na plaży. Piszczały i kwiczały pociechy. Młodzi mężczyźni odkręcali manetki sportowych motocykli na oczach pięknych dziewcząt. Może i nawet udało im się coś wykręcić. Wpatrzony w fale rozbijające się o brzeg, zaopatrzony w piwko przeniosłem się w czasie, kiedy to sprytny gruziński eunuch, Sehabeddin Pasza przy pomocy niewątpliwych talentów dyplomatycznych zmusił Raguzę do płacenia trybutu sułtanowi Muradowi...


Kotorska pętla
Do Kotoru można dostać się na dwa sposoby: pierwszy wiąże się z promem, dzięki któremu zaoszczędzić można kilometrów i pozwolić stali przeciąć Zatokę Kotorską. Drugi, ciekawszy, polega na udokumentowaniu - bądź nie - promowej przeprawy na karcie pamięci i kontynuowaniu podróży wokół urokliwej zatoki otoczonej górami mniej lub bardziej maźniętymi zielenią roślinności.  


Spaceruję zatem na motocyklu, obserwuję. Turyści na kamienistych plażach i poza nimi. Nie jest ich tu jednak wielu. Stanowią mniejszość, pozwalając górom pozostać milczącą większością. A one szepczą swoje, dla swoich. Dziwię się, bo przecież Kotor słynąć ma ze zgiełku. Ale do celu jeszcze kilkanaście kilometrów. Kwitną po drodze wysepki znane z pierwszych stron folderów biur podróży. Stawiają opór ryby dzielnym wędkarzom z Ameryki. Pozwalają się obfotografować japońskim turystom nadmorskie sklepiki i pozostałości po Starożytnym Rzymie. Właśnie, Rzym to czy Krym, przyjezdni wszędzie są podobni. Miejscowi w niczym im nie ustępują. Oj, dolo, dolo...


I wreszcie jest: Kotor. Rejwach, rwetes, tumult, zatrzęsienie. Św. Jan, gdyby ponowie chciał napisać Apokalipsę, zrobiłby to tutaj, myślę. W centrum przeciskam się między samochodami. Patrz, on jest z Polski, mamo. Może pomoże znaleźć tu krakowskie obwarzanki? Pomyłka, myślę, jestem Niemcem, Szwedem, Żydem, Gaskończykiem i Kreteńczykiem. Mówię po polsku i angielsku, próbuję uczyć się greki, chcę myśleć po ludzkiemu. Sunę dalej.   



A na samym końcu zatoki dostrzegam molocha. Zaparkowana pięknie Queen Victoria. Olbrzymi statek pasażerski. Silniki o mocy 196 000 KM. Mój motocykl posiada ich 61. Zatrzymuję się na kilkanaście minut. Patrzę. Nie dowierzam. To szejtany budowały, mówię do siebie chłonąc bryłę statku wżerającą się w krajobraz.




Chwilę później po raz ostatni wzdycham nad kolosem i włączam się w nabitą samochodami główną ulicę Kotoru.          

Kieruję się ku Albanii...