Pokazywanie postów oznaczonych etykietą islamski fundamentalizm. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą islamski fundamentalizm. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 6 kwietnia 2014

"Cztery lwy" - pospieszni do Raju

Religie świata, pomimo całej swojej głębokiej duchowości wielokrotnie stawały i wciąż stają się przyczynkiem najróżniejszych konfliktów, przy czym warto podkreślić, że swoją wybuchowością potrafią znacznie przewyższyć spory na innym tle.


Islam - podobnie jak chrześcijaństwo - to religia niewątpliwie miłująca i wielbiąca pokój, jednak jeśli zachodzi taka konieczność, a zachodzi nieustannie, jego wyznawcy potrafią sięgnąć po środki określane przez media całego świata “drastycznymi”.


W sposób bezkompromisowy opowiada o tym brytyjska produkcja z roku 2010 “Cztery lwy” Christophera Morrisa, w której dramat przenikając się z groteską tworzą ogromny materiał do przemyśleń istotnych nie tylko dla osób uznających się za wojowników wiary.
Proszę sobie wyobrazić paczkę czterech kumpli, z których przynajmniej trzech jest troszkę więcej niż mniej rozgarniętych oraz ideę, a właściwie Ideę, jaką marzy się im wprowadzić w życie ku chwale swojego Boga: Jihad, który w ich umysłach wydaje się być czymś wyjątkowym i wzniosłym, choć w rzeczywistości nienawiść nie rodzi nic więcej prócz nienawiści, tak jak złość przyciąga wyłącznie złość, a ignorancja, ignorantów.  


Zupełnie serio główni bohaterzy filmu pragną obwieścić zgniłej, skorumpowanej zachodniej cywilizacji, że najwyższa pora, aby umrzeć bez godności, a pomóc im w tym mają materiały wybuchowe domowej produkcji, dzięki którym - jak to sobie mówią - łatwiej i szybciej będzie im dotrzeć do Raju.


Zamiar swój urzeczywistnić mają podczas londyńskiego maratonu, choć początkowo jeden z nich, Barry (Nigel Linsday) ) główny cel upatruje w meczecie, gdyż w jego rozumieniu taki incydent sprowokuje muzułmańską społeczność do powstania przeciw uciskowi i aparatowi represji.


Kamera podpatruje ich raczej w sytuacjach przygotowań do zbrojnego wystąpienia, konsekwentnie pomijając - za wyjatkiem Omara (Riz Ahmed znany także z “Uznanego za fundamentalistę, o którym już kiedyś pisałem: http://drogiszerokie.blogspot.com/2013/12/uznany-za-fundamentaliste-historia.html ) - ich życie prywatne. Czas mija “mudżahedinom” na kontestacji chaosu zachodniego stylu życia oraz wygłaszaniu radykalnych przemówień przed kamerą video. I jakkolwiek w ich przyszłości daje się wyczuć dramat, tak teraźniejszość jest raczej zlepkiem wywołujących śmiech scenek, bo przecież ciężko troskać się, kiedy jeden z “bojowników”, Faisal (Adel Akhtar) instaluje w ramach testu środki wybuchowe na tresowanym kruku, o ile takie w ogóle istnieją.


“Cztery lwy” to film w sposób mistrzowski łączący w sobie płacz ze śmiechem i z wielką gracją stąpający po cienkiej linie rozgraniczającej te dwa pojęcia. Mimo iż słychać w tym wszystkim huk eksplozji, że wydarzeń następujących po sobie za nic nie da się określić optymistycznymi, można jednak wysnuć jedno, choć bardzo konkretne domniemanie: zawsze pozostaje nadzieja, że człowiek w swoim działaniu odwołać się może do analitycznego i racjonalnego umysłu, który w przeciwieństwie do działającego zawsze pod wpływem emocji serca, potrafi - czasami w wielkich bólach - uzmysłowić sobie to i owo. Z przewagą tego drugiego.



poniedziałek, 10 lutego 2014

"Układ" - terror na wysokim szczeblu

Zamachy terrorystyczne znane są ludzkości od bardzo dawna, a ich nadrzędne cele od lat pozostają niezmienne. W chwili, kiedy w niepamięć odeszła działalność Frakcji Czerwonej Armii, a IRA zapadła w drzemkę przez niektórych nazywaną poobiednią, na scenie pojawił się terroryzm w wersji muzułmańskiej: nieobliczalny, fanatyczny, gotowy na wszystko. Podobno nawet na jeszcze więcej.
Kiedy na jednym z londyńskich targów wybucha zainstalowana na ciężarówce bomba zabijając 120 osób, błyskawicznie przeprowadzone śledztwo przynosi rozwiązanie. Tak rozpoczyna się “Układ” w reżyserii Stevena Knighta (także autor scenariusza m.in. znakomitych “Wschodnich obietnic” Davida Cronenberga).


Pojmany Turek, Farroukh Erdogan zostaje poddany śledczej obróbce, jednak jak wiadomo, nawet na Wyspach Brytyjskich największemu nawet niegodziwcowi przysługuje prawo do obrony. I tu na scenę wkraczają obrońca Martin Vickers (Erick Bana) oraz adwokat specjalny Claudia Simmons-Howe (Rebecca Hall), przy czym muszę podkreślić, że rola tej drugiej zajmuje - zgodnie z nazwą - specjalne miejsce w angielskim systemie prawnym, na którym słabo się wyznaję. 

  
Paradoksem rozprawy, na której rozstrzygnąć się mają losy młodego Turka jest fakt, że część dowodów wniesionych przez oskarżenie nie może zostać podana do publicznej wiadomości ze względu na narodowe bezpieczeństwo. Mogą one zostać ujawnione wyłącznie podczas tajnego posiedzenia sądu na specjalny - bo jakiż by inny? - wniosek specjalnej pani adwokat.


Czas pozostały do rozprawy biegnie, jak opętany, a kiedy widz przypomina sobie - a wie o tym od początku filmu - samobójstwo pierwszego adwokata Erdogana, sprawy zaczynają przedstawiać się zupełnie inaczej, a drugie dno, jakie posiadały, ewoluuje w trzecie, a może i nawet w dziesiąte. Kto jest kim?. Nie wiadomo. I jest to z pewnością wielki plus tego obrazu: zagadka rodzi zagadkę, czerń wydaje się czernią, ale przecież nikogo nie dziwi, że potrafi nagle przemienić się w biel...


Brytyjski system sprawiedliwości, podobnie jak inne systemy potrafi być także szokująco niesprawiedliwy, choć w wypadku “Układu” geneza niesprawiedliwości czai się głębiej, a może po prostu: wyżej. Po zmierzeniu się z perypetiami wzbudzających sympatię adwokatów pomyśleć można chyba tylko jedno: człowiek, jakkolwiek stworzony do odważania pasztetowej i ogórków kiszonych na coraz bardziej zaawansowanych technologicznie wagach, gubi się niejednokrotnie podczas obsługi tej należącej do Temidy. Poza tym nie ma on - w przeciwieństwie do greckiej bogini - rogu obfitości oraz zawiązanych oczu, a to ponoć jest sprawiedliwości niezbędne.  
W innym wypadku należy liczyć się z układami.