Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dramat. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dramat. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 11 kwietnia 2016

"Syn Szawła" (2015) - po pierwsze: Godność

Mimo iż historia opowiedziana w tym filmie nagrodzonym w roku 2016 Oscarem dla najlepszego obrazu nieanglojęzycznego - bunt członków Sonderkommando nazistowskiego obozu koncentracyjnego Auschwitz-Birkenau - została już opowiedziana przy pomocy ruchomych obrazów w roku 2001 przez Tima Blake’a Nelsona, nie przeszkodziło to innemu twórcy, László Nemesowi w przywołaniu jej raz jeszcze, przy czym forma, jaką posłużył się Węgier, mniej statyczna, a bardziej dynamiczna nadała produkcji upiornego, naturalistycznego wymiaru.  


Nie ma jednak co porównywać - choć od porównań uciec nie sposób - dwóch tych produkcji, jednak pisząc o jednej, należy - choćby dla kronikarskich celów - nie zapominać o drugiej. Kto wie, zresztą, czy nie pełniejszego wymiaru nabiera “Syn Szawła” widziany przez pryzmat “Szarej Strefy” i czy “Szara Strefa” nie przemówi innym językiem dzięki “Synowi Szawła”.


Głównym bohaterem filmu węgierskiego reżysera jest Szaweł (Géza Röhring), jeden z licznej, ale i też - biorąc pod rozwagę łączną liczbę ludzi uśmierconych w Auschwitz - niezbyt licznej grupy, którym Los wyznaczył zadanie, pod jakim ugiąć mógłby się najsilniejszy psychicznie mężczyzna. I z całą pewnością się uginał.  
Na co dzień Szaweł pod pręgierzem nieustannych szykan fizycznych i psychicznych doznawanych za sprawą zarówno obozowych kapo, jak i strażników, bierze mimowolny udział w eksterminacji świeżo przybyłych do obozu więźniów, w czym - uwięziony w piekle tych samych czynności o ostatecznym charakterze - bardziej przypomina maszynę niż człowieka.


Nachodzi jednak chwila, kiedy Szaweł pragnie od piekła uciec, zbawić samego siebie przez celebrację normalności, jaką ma być pogrzeb zagazowanego chłopca, którego ciałem - za zgodą węgierskiego lekarza, także więźnia - zajmuje się z obsesją mogącą obudzić w widzu nie tyle, co zdumienie, ile przerażenie. Okazuje się bowiem nagle, jak potwornym - niemalże wynaturzonym, ktoś mógłby powiedzieć, mimo iż pojęcie to w obozowej rzeczywistości straciło na wartości - egoistą realizującym własny cel jest Szaweł: ocalenie martwego dziecka na drodze pogrzebu wedle reguł judaizmu - mimo iż pozostali członkowie Sonderkommando przygotowują się do rozpaczliwego aktu oporu, z góry skazanego na niepowodzenie. A nie było w życiu obozowym - wspomina o tym nie tylko Wiesław Kielar w pamiętnym “Anus Mundi” - miejsca na egoizm, na samego siebie, gdyż człowiek, który zostawał sam, natychmiast umierał, podczas gdy grupa żyła i przeżywała, choć wydaje się to niemożliwe.


Z jednej zatem strony - najbardziej w filmie wyeksponowanej - mamy Szawła obsesyjnie dążącego do zrealizowania własnego celu: pogrzebu chłopca, tytułowego “syna”, z drugiej - jakby przymglonej stroną pierwszą - próbę ocalenia godności ogółu więźniów przy pomocy śmiałego, choć samobójczego zrywu w wyniku którego zniszczona została część jednego z krematoriów, a życie straciło kilku niemieckich wartowników, co być może przy czterystu pięćdziesięciu jeden ofiarach po stronie wznoszących zbrojny protest wydawać się może niewspółmierną relacją, jednak w Auschwitz-Birkenau, jak mówią o tym filmy, jak przemawia o tym przede wszystkim bogata literatura obozowa, wszystko należało liczyć inaczej, bo tego wymagały nieustannie płonące krematoryjne piece, do których drogę znajdowały pochody ludzi przez ludzi pędzonych przez drzwi komór gazowych.   


Długo debatować można czyja racja - więźniów szykujących się do buntu czy Szawła sposobiącego martwego chłopca do rytuału zupełnie naturalnego w normalnym życiu: godnego pogrzebu jest mniej lub bardziej słuszną, gdyż odpowiedź w filmie nie zostaje jednoznacznie udzielona, choć można i przyjąć założenie, że dzieje się wręcz odwrotnie. Niejednoznaczność obrazu węgierskiego reżysera budzi podziw, a dwie drogi w walce o godność, którymi zmierzają bohaterowie obrazu ostatecznie znajdując śmierć wydają się w ostatecznym rozrachunku równie ważne.   

niedziela, 3 kwietnia 2016

"Aferim!" (2015) - eastern wołoski

Wołoszczyzna, która stała się tłem dla zmagań bohaterów filmu rumuńskiego reżysera Rado Jude w czasie swego istnienia doznała tak wiele krzywd od otaczających ją mocarstw, że być może żadna inna historyczna kraina nie mogłaby okazać tylu blizn i wykrzyczeć długiej listy doświadczonych tragedii.  



Pod butem tamtejszą ludność trzymało przez stulecia Imperium Osmańskie; wbijała na pal hospodarów szalona żądza Włada, którego ojciec zwany Diabłem przekazał synowi techniki skutecznego sprawowania władzy; wzbogacali się tu bojarowie greccy z suto opłaconej woli sułtana drenujący ziemię i ludzi, a także rosyjscy i austriaccy władcy pożądliwym wzrokiem spoglądali na zgromadzone tam bogactwa i sięgali po nie, kiedy tylko nadarzała się okazja...



Znalazło się też i w tej niezwykłej krainie miejsce dla filmowych bohaterów: ojca i syna, Costandina (Teodor Corban) i Ionity (Mihai Comanoiu), którzy na polecenie możnego bojara wędrują po górach i lasach w poszukiwaniu cygańskiego niewolnika, Carfina (Toma Cuzin) mającego na sumieniu poważny występek wobec właściciela. Niech jednak sprawiedliwi tego świata osądzą uważnie ten uczynek, gdyż jego niejednoznaczność jest niemalże podręcznikowa.    



Na pięknych konikach przemierzają bezdroża i knieje dwaj stróże prawa, które mimo iż przez nich reprezentowane nie zawsze bywa respektowane, o co do nikogo pretensji mieć nie można, gdyż korupcja na mniejszą, bądź większą skalę istniała zawsze i - jak przypuszczają amerykańscy naukowcy ze stanu Iowa - istnieć będzie po kres wszystkiego. 



Nie o moralności jednak opowiada rumuński reżyser, choć jego bohaterowie po swojemu moralizują posługując się w tej podniosłej czynności tzw. chłopskim rozumem, jaki w historii nieszczęsnej cywilizacji ludzkich zwierząt wywołał wiele niepokojów i wyciągnął błędne wnioski z nierzadko elementarnych prawideł. O małości ludzkiej mówi Radu Jude, a świadectwo jej daje piękna, ale i też sroga natura, na której tle uchwycone zostały - niemal zawsze z oddali - sylwetki bohaterów rozwijających szpule swojego losu w kierunku poszukiwanego Cygana, który w obawie, że krucha nić jego żywota zostanie przecięta uszedł byle dalej od miejsca, gdzie bez większej dumy wypełniał obowiązki niewolnika. 



Z emfazą przedstawia Jude bezpowrotnie już odeszły świat mikroskopijnych wiosek, cygańskich taborów, możnych bojarów i ciemiężonej przez nich biedoty i nucąc porywające serce bałkańskie melodie przekonuje, że oprócz przyrody nie zmienia się także natura człowieka, zawsze skłonna do zaniedbań i grzeszków.  
"Aferim!" jest filmem drogi, w którym problem zbrodni oraz wynikającej z niej kary poruszyłby serca najsroższych jurystów, ale i też barwną opowieścią o życiu, o jego doświadczaniu, w której ojcowska dojrzałość ma wiele do przekazania młodzieńczości syna. 
Taki jest bowiem porządek świata i taki to właśnie film: o kolejach losu i kolejach rzeczy. 



niedziela, 7 lutego 2016

"Bajrangi Bhaijaan" (2015) - Bollywood w sprawie pojednania

W ubiegłym, mało wspaniałym stuleciu między Indiami, a Pakistanem czterokrotnie wybuchał konflikt zbrojny chyba tylko po to, aby śmierć znaleźć w nim mogły miliony ofiar, które najwyraźniej żyć obok siebie nie mogły, gdyż jedne były hinduistami, inne muzułmanami, bądź sikhami, a jak wiadomo różność nie sprzyja stabilizacji i pokojowi.



Indyjscy twórcy pamiętając o krwi spływającej nie tylko w górach Kaszmiru postanowili wykrzyczeć, że ludzkie zwierzęta powinny - choć nie jest pewne czy potrafią - wznieść się ponad wytworzone przez siebie podziały i zrozumieć, to o czym już dawno zapomniały: człowiek jest jeden niezależnie od koloru skóry, pochodzenia, wyznania czy przekonań politycznych.




A zrobił to konkretnie reżyser Kabir Khan opowiadając przejmująco historię sześcioletniej, niemej pakistańskiej dziewczynki, która gubiąc się w Indiach stała się częścią serca pewnego dobrotliwego mężczyzny o imieniu Pawan (Salman Khan). Poczciwiec za sprawę honoru stawia sobie odnalezienie domu Shahidy (Harshaali Malhotra), co nie będzie ani łatwe, ani kolorowe, choć w żywych,

jaskrawych barwach przedstawił reżyser świat, w jakim przyszło głównym bohaterom przebywać przez sto sześćdziesiąt minut mijających z prędkością z jaką zazwyczaj schodzą lawiny w pięknych górach Kaszmir, gdzie - jak się rzekło - krwi zdarzało się płynąć szerokim strumieniem.



Znalazło się w tym doskonałym obrazie - jak na Bollywood przystało - także miejsce dla piosenek okraszonych prostymi tekstami o sprawach oczywistych oraz dla tańca, bo przecież wiadomo, że gdy jest melodia, miejsce musi się znaleźć także dla pląsów. I to nie byle jakich!




Długa i niełatwa droga czeka parę głównych bohaterów tym bardziej, że niema i nie potrafiąca pisać dziewczynka nie może udzielić wskazówek mogących sprawić, aby miejsce jej zamieszkania przestało być tajemnicą dla pomagającego jej altruiście traktującego świat, jako prostym językiem spisaną księgę, gdzie panuje ład, porządek, a kłamstwo jest terminem wrogim i niepożądanym.




Wyruszają zatem w podróż mała dziewczynka o szeroko otwartych, ciekawych świata oczach oraz uśmiechnięty mężczyzna, dla którego wszystko, nawet spotykające go zło jest darem losu, a każde żywe stworzenie boską emanacją,




I tak oto staje się Shadida wraz z pozyskanym bratem i przyjacielem, Pawanem idealistycznym wezwaniem do obalenia granic, do zatarcia podziałów, jakie przez tysiąclecia wytworzyły przy aktywnym udziale zainteresowanych religie świata. A jeśli zniesienie granic w pewnych częściach świata okaże się zbyt wielkim wyzwaniem, co jest wysoce prawdopodobne, to chociaż do próby refleksji nad tym, co jest, a co mogłoby nastąpić, choć nie zmieni to, niestety, faktu, że piękne góry Kaszmir znów mogą się okryć purpurą.






niedziela, 13 grudnia 2015

"Proces" (2014) - sprawa do sprawiedliwości

Indyjski wymiar sprawiedliwości - podobnie jak wszystkie inne wymiary - daleki jest od doskonałości. Nie jest także pewne, czy zamierza zbliżyć się do niej w sposób zadowalający przeciętnego petenta zmuszonego wejść w jego podparte paragrafami tryby.
Przekonuje się o tym bohater indyjskiego dramatu “Proces” (2014), pieśniarz Naryan Kamble (Vira Sathidar) oskarżony o doprowadzenie do samobójstwa pracownika miejskiej kanalizacji, co w świetle indyjskiego prawa jest nie budzącym wątpliwości przestępstwem.


Po aresztowaniu, rozprawie wstępnej, po której zakończeniu nieszczęsny śpiewak i poeta, “piewca śmierci z własnej ręki” trafia do aresztu. Bezskutecznie usiłuje go stamtąd wyciągnąć adwokat Vinay Vora (Vivek Gomber), także aktywista ruchu na rzecz poszanowania praw człowieka, które - jak sugeruje to reżyser i scenarzysta Chaitanya Tamahne w wyróżnionym na wielu festiwalach obrazie - respektowane są w sposób, nad jakim z pewnością można by jeszcze popracować.


Najciekawsze, że indyjski dramat - pomimo tematyki skutecznie mogącej podnieść ciśnienie nie tylko u osób z wieńcowym problemem - jest zupełnie nieagresywnym i nieinwazyjnym komentarzem wobec ewidentnie szwankującej machiny wymiaru sprawiedliwości, którą uzdrowić może chyba już nie właściwe naoliwienie, lecz serwis, bądź wymiana głównych części. Nawet twarz uwijającego się w iście szatańskim ukropie adwokata pozostaje nadzwyczaj spokojna wobec atakującego go ze strony oskarżycielki (Geetanjali Kulkarni) nonsensu potwierdzanego na wysokim szczeblu przez przewodzącego sprawie sędziego (Pradeep Joshi). Z budzącą podziw cierpliwością kontynuuje adwokat prawnicze dzieło, aby sprawiedliwość mogła zatriumfować, a jego klient mógł poza murami aresztu dawać wyraz wokalnemu talentowi ku uciesze publiczności.  


Nie pozbawiony ironicznego zaśpiewu “Proces” ukazuje problemy być może niewiele mówiące przeciętnemu Europejczykowi, jednak warte głębszych przemyśleń - biurokratyczną bezduszność, bezwzględną automatyczność przewodów sądowych oraz jawne manipulowanie materiałem dowodowym przez policję pragnącą w możliwie najkrótszym czasie zapewnić bezpieczeństwo liczącemu grubo ponad miliard społeczeństwu indyjskiemu oraz - jak wyraźnie podkreśliła to oskarżycielka - innym społeczeństwom.    


Jest też “Proces” nienachalnym świadectwem życia codziennego w Indiach, jakiego w swoim czasie doświadczyły dzieci-kwiaty masowo pielgrzymujące w tamte rejony świata, choć ze zrozumiałych względów stanowi ono jedynie tło istotniejszych wydarzeń. batalii toczonej na sali rozpraw między oskarżycielką - precyzując: wymiarem sprawiedliwości - a obrońcą.

poniedziałek, 30 listopada 2015

"Mandarynki" (2013) - wojna w pokoju

Gdyby owoce potrafiły mówić, z pewnością nie miałyby wiele ciekawego do powiedzenia o gatunku ludzkim. Sarkałyby na jego wojny, wojenki, zapowiedzi konfliktów zbrojnych i przypisanych im małość, którą później historycy wojskowości próbują szumnie tytułować wielkością. Przy czym wielkość zawsze najtrafniej pasuje do liczby ofiar. Wyjątkiem w tej regule nie byłyby także abchaskie mandarynki, które w oczekiwaniu na zebranie stały się tłem pięknego obrazu Zazy Urushadze opowiadającego o sprawach trudnych, bo ostatecznych: o wojnie, śmierci, śmiertelnych wrogach, a także próbującego przekonać, że świat można postrzegać nie tylko za pomocą czerni oraz bieli. Że istnieje także kolor pomarańczowy. Oraz inne kolory.


Kiedy w roku 1992 w życie Estończyków zamieszkujących niewielką wioskę w Abchazji wkracza wojna, większość mieszkańców decyduje się wrócić w ojczyste strony. Jedynie dwaj mężczyźni, którzy siłę wieku zostawili już za sobą, próbują kontynuować prowadzoną działalność - jeden, Margus (Elmo Nüganen) jest plantatorem mandarynek, drugi zaś, Ivo (Lembit Ulfsak) stolarzem zręcznie wytwarzającym drewniane skrzynki na cytrusy.  


Pewnego dnia tuż przy ich domach ma miejsce potyczka, w wyniku której rany odnoszą dwaj oponenci: Gruzin, Nika (Mikheil Meskhi) walczący za swój kraj oraz najemy Czeczen, Ahmed (Giorgi Nakashidze) nadstawiający karku za niepodległą Abchazję w zamian za wymierne korzyści finansowe.
Niezmordowany Ivo organizuje w swoim domu szpital polowy i nie oglądając się na ich poglądy sprowadza lekarza, który w obliczu ran także nie interesuje się racjami, jakie sprowadziły dwóch mężczyzn do roli walczących o życie pacjentów. I tak niczym przysłowiowy pies z kotem żyją Ahmed i Nika pod jednym dachem, a front nieubłaganie przesuwa się w ich stronę…


Wojny są do niczego, są głupie i bezsensowne, zdaje się krzyczeć Zaza Urushadze w wyjątkowo cichym i kameralnym filmie, w którego ciszę wkrada się destrukcyjny dźwięk serii z karabinu maszynowego rosyjskiej produkcji oraz słowa sztylety, jakimi ranią się dwaj śmiertelni wrogowie nie mając pojęcia jak bardzo ostrza ich słów wyświechtane są i pełne banału.
“Mandarynki” to przejmująca opowieść o mądrości i dojrzałości potrafiących zmienić znaczenie wydawałoby się niereformowalnego ołowiu w karabinach maszynowych oraz umysłów sprawiających, że ołów wprawiony w ruch staje się śmiertelnym zagrożeniem.
Dla każdego.   

niedziela, 22 listopada 2015

"Cud" (2015) - 100/10*

Targały Turcją w minionym stuleciu zmiany. Obietnice polityków, zamachy stanu, ugrupowania terrorystyczne, wojskowe rządy… długo by wymieniać. Wśród tych wszystkich zawiłości znalazło się też miejsce dla małej, prawdopodobnie w górzystej Kapadocji ulokowanej wioski, gdzie Mahsun Kirmizigül osadził akcję filmowej opowieści przybliżającej na podstawie prawdziwych wydarzeń historię pewnego mężczyzny, który…


Na początku należy stwierdzić, że polski i jakże lapidarny opis filmu - “Turcja. Rok 1960, zamach stanu. Historia żyjącego w ubóstwie nauczyciela, który zostaje skazany na wygnanie” - fałszuje przedstawione wydarzenia, gdyż przywołany nauczyciel nie jest ani ubogi, ani skazany, choć zamach stanu w istocie ma miejsce.


A zatem oddelegowany przez Ministerstwo Edukacji, by szerzyć wiedzę wśród surowego piękna tureckich gór nauczyciel wyrusza w długą podróż nie mając pojęcia o owocach, jakie wyda ona ze swego rozkwitającego powoli drzewa.
Po przybyciu na miejsce Mahir (Talat Balut) stwierdza, że o ile wioska istnieje, a tętniące w niej życie regulowane pradawnymi kodeksami wzbudzać może zadowolenie, tak brak szkolnego gmachu stawia profesję, którą ma uprawiać w trudnej, mało komfortowej sytuacji.




Nie o mozolnych zmaganiach nauczyciela z niedostatkami serwowanymi przez codzienność opowiada przy pomocy pięknych, baśniowych niemalże kolorów turecki reżyser, lecz przede wszystkim o dramacie opóźnionego w rozwoju Aziza (Mert Turak), który dla pięciu mężczyzn jest bratem, dla rodziców kochanym synem, a dla lokalnej społeczności wykpiwanym idiotą.


Jedynym przyjacielem jest mu piękny koń nie odstępujący swojego pana o krok, z którym Aziz prowadzi konwersacje w języku rozumianym prawdopodobnie wyłącznie przez czterokopytnego towarzysza w cierpieniu.


Wszystko zmienia się, gdy za sprawą pewnego incydentu Azizowi przyobiecana zostaje żona, która..


Widzowie mogą pokochać “Cud” za barwność relacji, za czystość przekazu oraz altruizm kamery, która - chwilami niemalże na pograniczu kiczu - próbuje przekonać na tyle na ile kamera przekonywać potrafi, że nie ma granic, jakich człowiek przekroczyć nie zdoła, że nie ma ciała, choćby i najbardziej ułomnego, z jakiego umysł nie potrafiłby wyswobodzić się i wzlecieć ku niebu, że piękno tkwi w każdym, wystarczy tylko umieć je dostrzec.


I o tym “umieć” opowiada pięknie Mahsun Kirmizigül przywodząc na myśl twórczość Kustoricy, który wielokrotnie udowodnił, że istnieją w granice kinie, jakie wyłącznie garstka twórców potrafi przekroczyć.   

* To nie pomyłka. Taka jest moja ocena.  

niedziela, 6 września 2015

"Do utraty sił" (2015) - pojedynek z Losem

Wielbiciele jego talentu nie mogą się już z pewnością doczekać “Everestu”, który już niebawem zakwitnie w swej grozie na ekranach polskich kin. Wspominają też ostatnie jego wielkie kreacje, choćby w “Bogach ulicy” czy “Wolnym strzelcu”. Jack Gyllenhaal po raz kolejny udowodnił, że jest aktorem wybitnym wcielając się w rolę zawodowego boksera, Billego Hope’a, który…
No właśnie. W tym tkwi sedno.


Można mieć wszystko: 43 wygrane walki stoczone w niełatwym przecież świecie amerykańskiego boksu, mistrzowskie pasy, prestiż i popularność z nich wynikającą, wspaniały dom, pałac właściwie, kochającą żonę i córkę. Los jednak strzelając na ślepo swymi wyrokami nierzadko nie zwraca uwagi na status celu i poddaje go próbom, o jakich ciężko opowiedzieć spokojnym tonem.
W takich chwilach zwykło mówić się o piekle na ziemi.
Rozpętuje się zatem piekło dla Hope’a w chwili, gdy nieoczekiwanie jego żona odnajduje spokój na cmentarzu, pieniądze, jakimi sportowiec chyba trochę za bardzo szastał, kończą się, licencja bokserska przepada, a dodatkowo sąd odbiera mu tymczasowo prawa do opieki nad córką.  


Co robi Hope? Próbuje odnaleźć nadzieję w sobie samym i poza sobą: w podstarzałym trenerze, Ticku Willsie (Forest Whitaker), który pomóc ma wziąć się za bary z Losem i sprać go po pysku, kiedy sposobność ku temu będzie najlepsza.


“Do utraty sił” - wyreżyserowany przez Antoine’a Fuqua, twórcę pamiętnego “Dnia próby” - opowiada o próbie wyjścia na prostą człowieka znajdującego się na ostrym zakręcie. A nie ułatwia tego niełatwy charakter głównego bohatera, jego skłonność agresywnego komentowania toczących się wydarzeń oraz przeszłość, jaką zwykło tytułować się barwną - domy dziecka, więzienie… Totalne zwycięstwo, albo spektakularna porażka - oto, o co toczy się stawka w tej życiowej grze, jednak ewentualny sukces, lub jego przeciwieństwo mimo iż związane ze sportem, posiadają znacznie głębszy wymiar niż kolejny tytuł zdobyty na ringu.  


Publiczność na całym świecie lubi delektować się na kinowym ekranie ludzkimi dramatami, a zwłaszcza tymi, które ocierają się o dno, od jakiego odbić się może jedynie śmiałek obdarzony tytaniczną wolą. W takich chwilach jedni odnajdują inspirację do zmierzenia się z własnymi problemami, inni wzruszą się historią, jakiej w swej aktualnej szczęśliwości nie potrafiliby sobie wyobrazić.
A przecież Los - jak już powiedziano - strzela na oślep i to, co zdarzyło się tam, przydarzyć może się tu i teraz. Każdemu.

piątek, 20 marca 2015

“Zimowy Sen” (2014) - tureckie Arcydzieło

“Zimowy Sen” nagrodzony w 2014 Złotą Palmą w Cannes to jeden z nielicznych filmów w historii kinematografii, które sprawiają - pomimo rachitycznej konstrukcji fabularnej, niemalże teatralnych, rozbudowanych dialogów oraz 197 minut, jakie poświęcić trzeba na jego obejrzenie - że widz na nowo zaczyna definiować pojęcie rozbicia na atomy.    




Jest hotel w sercu anatolijskiego stepu oraz zima, która puka do drzwi sprawiając, że jego mieszkańcy więcej mają czasu na rozważania swojego miejsca na ziemi i wynikających z niego implikacji. Na stałe rezyduje w hotelu właściciel, Aydin (Haluk Bilginer), emerytowany aktor z dwudziestopięcioletnim stażem pracujący nad książkowym opracowaniem historii teatru tureckiego, jego młoda żona, Nihal (Melisa Sözen) zaabsorbowana działalnością charytatywną oraz siostra, Necla (Demet Akbağ) wciąż nie potrafiąca należycie wyciągnąć wniosków z niedawnego rozwodu. 


W “Zimowym Śnie” akcja rozgrywa się w dialogach - to w nich zawiera się historia życia mieszkańców, w głównej mierze tam nakreślone zostały sylwetki pierwszoplanowych bohaterów i to właśnie wśród słów przez nich wypowiadanych odnaleźć można gorzkie prawdy o życiu z jakim przyszło się im zmagać. O życiu, które - podobnie jak słońce - tak samo wypala możnego i biednego, utalentowanego i niezaradnego. A przede wszystkim prawdę jedną - nic tak nie pozbawia człowieka złudzeń, jak właśnie życie samo w sobie, które wraz ze swym największym sprzymierzeńcem, czasem odrzeć potrafi każdego z marzeń i snów, z dumy oraz wielkości w zamian oferując co najwyżej możliwość udostępnienia wrażeń z porannej toalety na portalach społecznościowych.


“Ideały, zasady, cel w życiu. Zawsze szermujesz tymi słowami, wykorzystujesz je by upokarzać, ranić i poniżać innych. Ale jeśli o mnie chodzi, to właśnie na człowieka, który ich nadużywa należy uważać najbardziej”.


Ukazał w “Zimowym Śnie” Nuri Bilge Ceylan - twórca “Pewnego razu w Anatolii” - złudzenia, nudę, nostalgię, smutek, poczucie osaczenia przez wybory życiowe jakże nieobce - wcześniej czy później - każdemu człowiekowi oraz - a może przede wszystkim - więzienie, na jakie dobrowolnie skazali się mieszkańcy hotelu świadomi swoich wyborów, swojego uwięzienia oraz niemożności zerwania więzów i poszybowania, jak ptak ku wyżynom swoich możliwości. Za późno już na to. Życie wraz ze swoją rutyną nie pozwala. 

"Kiedy synek mojej mamy stał się pijakiem i samotnikiem?"
Zostają więc niekończące się dyskusje o tym, co być mogłoby, a nigdy nie będzie; życzeniowe rozmówki, w których potok wzajemnych oskarżeń bełta się z wszechmocną potrzebą wyjścia poza samego siebie, z tą rozsadzającą tęsknotą bycia kimś innym, życia gdzie indziej, która w swej efemerycznej ułudzie złamała już niejeden żywot. Od samego siebie nie ma bowiem ucieczki, a kto tego pojąć nie potrafi, zawsze będzie przegranym.   


Zostaje przestrzeń, którą każdy z mieszkańców hotelu próbuje zagospodarować w znany sobie sposób, zostaje samotność, a dokładnie jej najgorsza forma: samotność w związku, samotność między bliskimi i próba usprawiedliwienia dalszej egzystencji przez szereg mniej lub bardziej potrzebnych działań. Chwilami odnieść można wrażenie, że reżyser zawarł w swym filmie wszystkie rozterki i dylematy rodzaju ludzkiego, że tkając nić dialogów między Aydinem i Nihal oraz pozostałymi bohaterami ukazał, a właściwie: obnażył życie jakim jest naprawdę, a nie jakim usiłują je przedstawić twórcy oper mydlanych czy amerykańscy scenarzyści z Krainy Iluzji.   
Pytanie tylko: czy człowiek gotów jest poznać i znieść tak porażającą prawdę?

piątek, 6 lutego 2015

"Teoria Wszystkiego" (2014) - Krótka Historia Czasu

Było pięknie: on, ona, most nad rzeką i gwiazdy na niebie. Przyszłość rysowała się w fantastycznych barwach. Nie było zadań, którym nie udałoby się sprostać, ani teorii, jakich nie można by udowodnić. Aż nastał feralny dzień, w którym życie dwojga młodych ludzi wywróciło się do góry nogami. Rozpoczął się dla nich dramat. Dramat, który wola człowieka przekuła w niemal fantastyczną opowieść o triumfie umysłu nad ciałem.


Niełatwe zadanie postawili przed sobą twórcy “Teorii Wszystkiego”. Jeśli bowiem wyzwaniem jest zrealizować film o trudnych dziejach poważnie chorej osoby, tak zobrazowanie historii życia wciąż żyjącej i w dodatku sławnej poważnie chorej osoby wydaje się być pracą tytaniczną.
Rozpoczyna się w film w chwili, gdy Hawking jest jeszcze w pełni sił, zaleca się do przyszłej żony i próbuje złożyć w całość pracę doktorską. Interesuje go czas. A właściwie Czas. Pragnie zamknąć Wszechświat w jednym równaniu. Dąży i marzy. Pewnego dnia jednak lekarze diagnozują u niego groźną chorobę, stwardnienie zanikowe boczne, która odebrać ma mu zdolność ruchu i doprowadzić do śmierci w ciągu dwóch lat.
Czas zaczyna grać na niekorzyść młodego geniusza.   


Po początkowym załamaniu Hawking wraca do życia. Pomimo postępującej choroby próbuje żyć, jak zdrowy człowiek. Żeni się. Pozwala wykazać się niezwykłą odwagą żonie, Jane, studentce literatury, bo jak inaczej nazwać można młodą kobietę decydującą się związać z człowiekiem, którego dni zostały już policzone.
Dwa lata mijają szybko. Choroba nie zabija Hawkinga, a on zostaje ojcem. Broni pracę doktorską. Rozpoczyna pracę naukową na Uniwersytecie w Cambridge. Żyje, choć wydaje się to niemożliwe...
Kulminacyjny punkt filmu przypada na moment, kiedy Jane uznaje, że sytuacja, w jakiej się znalazła przerasta ją, że życie omija ją i że nie może zaznać wszystkiego tego, czego oczekiwać mogą żony od swych zdrowych mężów. Na horyzoncie pojawia się Johnatan, bardzo prędko stając się przyjacielem rodziny. Sytuacja staje się niezręczna. Z wielkim taktem przybliżył ten wątek James Marsh i myślę, że bohaterowie wydarzeń oglądając wspólnie ekranizację swojego życia, mogli być więcej niż zadowoleni.


“Teoria Wszystkiego” przy pomocy prostych, łapiących za serce obrazów opowiada historię człowieka, który nie pozwolił się pokonać chorobie oraz o ludziach, którzy pomogli mu tego dokonać. Przede wszystkim mówi jednak o odwadze do jakiej zdolny jest człowiek, precyzując: o różnych obliczach odwagi. Różni się przecież odwaga Hawkinga mierzącego się dzień w dzień z niemocą własnego ciała od pełnej poświęceń i wyrzeczeń odwagi Jane, bez której być może nie powstałaby m.in. popularno-naukowa “Krótka Historia Czasu”. 


Nie uderzyłaby z taką mocą produkcja Jamesa Marsha, gdyby nie popisowe role Eddiego Redmayne’a (Stephen Hawking) oraz Felicity Jones (Jane Hawking). Mocą swych talentów sprawili oni, że Czas, z którym profesor Hawking mierzył się i wciąż się mierzy na wielu płaszczyznach przestał mieć znaczenie.
I być może dlatego znów dostrzec można jego i ją, most nad rzeką i gwiazdy na niebie...


czwartek, 29 stycznia 2015

"Baśń o samotnym duchu" (2013) - z woli ojca

Są społeczności, gdzie słowo głowy rodziny jest najważniejsze. Mogłaby coś o tym powiedzieć kilkudziesięciomilionowa społeczność sikhów, którzy nazywając Boga wieloma imionami próbują żyć nie wyrządzając krzywdy sobie i innym. Czasem i wśród nich - jak i wśród wszystkich wspólnot na całym świecie - ktoś marzy o czymś więcej niż może uzyskać i nie godząc się z takim stanem rzeczy mówi marzeniom: spełnijcie się, gdyż taka jest moja wola.
Niestety, nie wynika z tego nic dobrego.


Akcja “Baśni o samotnym duchu” rozpoczyna się w 1947 roku w Pendżabie rozdzielanym na dwie części - pakistańską i indyjską. Rodzina Umbera Singha (Irrfan Khan) wraz z wieloma innymi mieszkańcami zostaje zmuszona do opuszczenia swojego domu i rozpoczęcia nowego życia w indyjskiej części prowincji.   
Oprócz tego, że jest Umber Singh głęboko wierzącym sikhem i trzy dziewczynki wołają do niego tato, całym swym ojcowskim sercem marzy, aby żona ofiarowała mu w końcu upragnionego syna. Niestety, czwartemu dziecku również nie dane będzie przywdziać turbanu. Nie dostrzega jednak tego Umber Singh, co więcej, nie godzi się z tym i obwieszając światu, że doczekał się w końcu wytęsknionego potomka rozpoczyna przysposabiać go do męskiego życia.   



I tu rozpoczyna się dramat Kanwara (Tillotama Shome), bo takim imieniem zaczął się do “chłopca” zwracać jego szczęśliwy ojciec.
Choć dzieciństwo “chłopca” pełne jest śmiechu i beztroski, unosi się nad nim widmo przyszłych nieszczęść i tragedii związanych z rolą, jaką mężczyzna pełni w każdej społeczności o jakiej kobieta pojęcia mieć żadnego nie może. Ciężko wymagać przecież od niej, aby poczęła nowe życie...


Z niepokojącą zawziętością wychowuje ojciec przyszłego “mężczyznę” nie cofając się przed podjętą decyzją, nawet w chwili, gdy między udami dwunastoletniego “syna” pojawia się pierwsza krew zwiastująca przyszłe nieszczęścia.
Dramat przemienia się w tragedię w chwili, gdy dorosły już “mężczyzna” zostaje zmuszony związać się węzłem małżeńskim z piękną dziewczyną nieświadomą tego, co sprokurował dla niej los za sprawą przyszłego teścia. Nie słabnący upór Umbera Singha sprawia, że to, co rozpoczęło się wraz z urodzinami jego “syna” trwać będzie dalej ku rozpaczy zamkniętej w męskim ciele kobiety.

  
Z niezwykłym ciepłem i wrażliwością opowiada w swym filmie Anup Singh niełatwą przecież opowieść o uporze być może przypisanym ojcostwu, który jednak przekroczył wszelkie dopuszczalne granice, wypaczając reguły rządzące światem i życiem.


Nie gani jednak reżyser żądającego zbyt wiele ojca, jednak cierpliwie ukazuje, jak jego osobisty dramat przekuł się w tragedię innych, jak jego egoizm podparty autorytetem ojca spalił szczęśliwą niegdyś rodzinę, tak że głos który słyszy się na początku filmu, głos starego Umbera Singha wspominającego minione dni, przypomina mowę człowieka, który w życiu doświadczył wszystkiego.

A ze śmiercią jest na ty.