Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kino tureckie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kino tureckie. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 22 listopada 2015

"Cud" (2015) - 100/10*

Targały Turcją w minionym stuleciu zmiany. Obietnice polityków, zamachy stanu, ugrupowania terrorystyczne, wojskowe rządy… długo by wymieniać. Wśród tych wszystkich zawiłości znalazło się też miejsce dla małej, prawdopodobnie w górzystej Kapadocji ulokowanej wioski, gdzie Mahsun Kirmizigül osadził akcję filmowej opowieści przybliżającej na podstawie prawdziwych wydarzeń historię pewnego mężczyzny, który…


Na początku należy stwierdzić, że polski i jakże lapidarny opis filmu - “Turcja. Rok 1960, zamach stanu. Historia żyjącego w ubóstwie nauczyciela, który zostaje skazany na wygnanie” - fałszuje przedstawione wydarzenia, gdyż przywołany nauczyciel nie jest ani ubogi, ani skazany, choć zamach stanu w istocie ma miejsce.


A zatem oddelegowany przez Ministerstwo Edukacji, by szerzyć wiedzę wśród surowego piękna tureckich gór nauczyciel wyrusza w długą podróż nie mając pojęcia o owocach, jakie wyda ona ze swego rozkwitającego powoli drzewa.
Po przybyciu na miejsce Mahir (Talat Balut) stwierdza, że o ile wioska istnieje, a tętniące w niej życie regulowane pradawnymi kodeksami wzbudzać może zadowolenie, tak brak szkolnego gmachu stawia profesję, którą ma uprawiać w trudnej, mało komfortowej sytuacji.




Nie o mozolnych zmaganiach nauczyciela z niedostatkami serwowanymi przez codzienność opowiada przy pomocy pięknych, baśniowych niemalże kolorów turecki reżyser, lecz przede wszystkim o dramacie opóźnionego w rozwoju Aziza (Mert Turak), który dla pięciu mężczyzn jest bratem, dla rodziców kochanym synem, a dla lokalnej społeczności wykpiwanym idiotą.


Jedynym przyjacielem jest mu piękny koń nie odstępujący swojego pana o krok, z którym Aziz prowadzi konwersacje w języku rozumianym prawdopodobnie wyłącznie przez czterokopytnego towarzysza w cierpieniu.


Wszystko zmienia się, gdy za sprawą pewnego incydentu Azizowi przyobiecana zostaje żona, która..


Widzowie mogą pokochać “Cud” za barwność relacji, za czystość przekazu oraz altruizm kamery, która - chwilami niemalże na pograniczu kiczu - próbuje przekonać na tyle na ile kamera przekonywać potrafi, że nie ma granic, jakich człowiek przekroczyć nie zdoła, że nie ma ciała, choćby i najbardziej ułomnego, z jakiego umysł nie potrafiłby wyswobodzić się i wzlecieć ku niebu, że piękno tkwi w każdym, wystarczy tylko umieć je dostrzec.


I o tym “umieć” opowiada pięknie Mahsun Kirmizigül przywodząc na myśl twórczość Kustoricy, który wielokrotnie udowodnił, że istnieją w granice kinie, jakie wyłącznie garstka twórców potrafi przekroczyć.   

* To nie pomyłka. Taka jest moja ocena.  

środa, 15 lipca 2015

"Mleko" (2008) - będzie dobrze? Może...

Pozbawiona wszelkich manier, formalnych zabiegów oraz udziwnień: prosta, jak życie, o jakim opowiada - tak najłatwiej podsumować można turecką produkcję z roku 2008 wyreżyserowaną przez Semiha Kaplanoğlu. 


“Mleko”, pierwsza część kameralnej trylogii rozgrywająca się w jednej z malowniczych wiosek anatolijskich opowiada historię wkraczającego w dorosłość Yusufa, z powołania poety zmuszonego do prowadzenia mleczarni z owdowiałą matką, Zehrą, a także do zgłoszenia się na wojskową komisję lekarską, aby wcielony do armii mógł - gdyby zaszła potrzeba - bronić idei zaszczepionych przez pogromcę Imperium Osmańskiego, wielkiego Ojca Wszystkich Turków, Mustafę Kemala.  
Niewiele dowiedzieć się można - podobnie, jak w wielu innych tureckich produkcjach mierzących się odważnie z życiem samym w sobie - z listy dialogowej “Mleka”, gdyż słowa wypowiadane przez bohaterów filmu nie mówią nic, prócz tego, co mają w swej prozie wyrażać. I wielkie to szczęście, olbrzymi plus, gdyż kamera uparcie śledząca koleje losu młodego Yusufa i jego matki mówi widzowi więcej niż słowa, potwierdzając, że kino tureckie bardziej stawia na obraz niż słowo. Bohaterowie nie mówią tu Proustem, nie mają recept na życie, a zwłaszcza na to, jakie wiodą; nie chcą zbawiać świata i szczęśliwie brak tu dramatu zamkniętej w ciele mężczyzny kobiety, która marząc o zapaśniczej sławie zmuszana jest przez chorego na raka ojca do regularnego uczęszczania do kółka baletowego prowadzonego przez jej brata zmieniającego się przy pomocy kuracji hormonalnej w kobietę.    


Jest za to cisza i spokój, monotonia codzienności, jednoczenie gloryfikowana i przeklinana, tej codzienności, która ciężkim wyzwaniem bywa zarówno dla wrażliwej duszy poety, jak i targanej samotnością wdowy tęskniącej ze względu na młody wiek za uczuciem silniejszym niż potrzeba obejrzenia wieczornych wiadomości.. Wolno suną kolejne takie same dni, a widz w pewnym momencie wiedziony niejasnym przypuszczeniem stwierdzić może trwożliwie w duchu, że jego dni w swej takosamości nie różnią się od tych zaprezentowanych przy pomocy tureckiej kamery filmowej.  


Przede wszystkim znaleźć można w “Mleku” konfrontację młodości i niedojrzałości z surowymi strukturami rzeczywistości, która jakkolwiek zachwycić się może pięknem dojrzewającej poezji Yusufa, tak przede wszystkim będzie próbowała udowodnić, że poetą owszem, być można, najpierw jednak należy opłacić rachunki, co więcej, zdobyć odwagę, aby tego dokonać, gdyż dla poety zadanie to o wiele cięższe niż - dajmy na to - dla właściciela salonu gier losowych.  
Yusuf ma tego świadomość i dlatego cierpi, a robi to tak sugestywnie i przekonująco, że widz - jeśli tylko zachwycił się specyficzną turecką narracją - cierpiał będzie wraz z nim, marząc jednocześnie, aby poeta z całej tej kabały nazywanej życiem wyszedł obronną ręką. Nie boli go jednak nawet własna twórczość inspirowana pięknymi oczami pewnej dziewczyny, lecz raczej wszystko to, od czego próbować można na jej skrzydłach uciec - codzienność.   
A dalej?, zapytał z pewnością niejeden widz po seansie, co dalej? Dalej będzie następny poniedziałek… Może czasem jakiś wiersz… też... 
  

piątek, 20 marca 2015

“Zimowy Sen” (2014) - tureckie Arcydzieło

“Zimowy Sen” nagrodzony w 2014 Złotą Palmą w Cannes to jeden z nielicznych filmów w historii kinematografii, które sprawiają - pomimo rachitycznej konstrukcji fabularnej, niemalże teatralnych, rozbudowanych dialogów oraz 197 minut, jakie poświęcić trzeba na jego obejrzenie - że widz na nowo zaczyna definiować pojęcie rozbicia na atomy.    




Jest hotel w sercu anatolijskiego stepu oraz zima, która puka do drzwi sprawiając, że jego mieszkańcy więcej mają czasu na rozważania swojego miejsca na ziemi i wynikających z niego implikacji. Na stałe rezyduje w hotelu właściciel, Aydin (Haluk Bilginer), emerytowany aktor z dwudziestopięcioletnim stażem pracujący nad książkowym opracowaniem historii teatru tureckiego, jego młoda żona, Nihal (Melisa Sözen) zaabsorbowana działalnością charytatywną oraz siostra, Necla (Demet Akbağ) wciąż nie potrafiąca należycie wyciągnąć wniosków z niedawnego rozwodu. 


W “Zimowym Śnie” akcja rozgrywa się w dialogach - to w nich zawiera się historia życia mieszkańców, w głównej mierze tam nakreślone zostały sylwetki pierwszoplanowych bohaterów i to właśnie wśród słów przez nich wypowiadanych odnaleźć można gorzkie prawdy o życiu z jakim przyszło się im zmagać. O życiu, które - podobnie jak słońce - tak samo wypala możnego i biednego, utalentowanego i niezaradnego. A przede wszystkim prawdę jedną - nic tak nie pozbawia człowieka złudzeń, jak właśnie życie samo w sobie, które wraz ze swym największym sprzymierzeńcem, czasem odrzeć potrafi każdego z marzeń i snów, z dumy oraz wielkości w zamian oferując co najwyżej możliwość udostępnienia wrażeń z porannej toalety na portalach społecznościowych.


“Ideały, zasady, cel w życiu. Zawsze szermujesz tymi słowami, wykorzystujesz je by upokarzać, ranić i poniżać innych. Ale jeśli o mnie chodzi, to właśnie na człowieka, który ich nadużywa należy uważać najbardziej”.


Ukazał w “Zimowym Śnie” Nuri Bilge Ceylan - twórca “Pewnego razu w Anatolii” - złudzenia, nudę, nostalgię, smutek, poczucie osaczenia przez wybory życiowe jakże nieobce - wcześniej czy później - każdemu człowiekowi oraz - a może przede wszystkim - więzienie, na jakie dobrowolnie skazali się mieszkańcy hotelu świadomi swoich wyborów, swojego uwięzienia oraz niemożności zerwania więzów i poszybowania, jak ptak ku wyżynom swoich możliwości. Za późno już na to. Życie wraz ze swoją rutyną nie pozwala. 

"Kiedy synek mojej mamy stał się pijakiem i samotnikiem?"
Zostają więc niekończące się dyskusje o tym, co być mogłoby, a nigdy nie będzie; życzeniowe rozmówki, w których potok wzajemnych oskarżeń bełta się z wszechmocną potrzebą wyjścia poza samego siebie, z tą rozsadzającą tęsknotą bycia kimś innym, życia gdzie indziej, która w swej efemerycznej ułudzie złamała już niejeden żywot. Od samego siebie nie ma bowiem ucieczki, a kto tego pojąć nie potrafi, zawsze będzie przegranym.   


Zostaje przestrzeń, którą każdy z mieszkańców hotelu próbuje zagospodarować w znany sobie sposób, zostaje samotność, a dokładnie jej najgorsza forma: samotność w związku, samotność między bliskimi i próba usprawiedliwienia dalszej egzystencji przez szereg mniej lub bardziej potrzebnych działań. Chwilami odnieść można wrażenie, że reżyser zawarł w swym filmie wszystkie rozterki i dylematy rodzaju ludzkiego, że tkając nić dialogów między Aydinem i Nihal oraz pozostałymi bohaterami ukazał, a właściwie: obnażył życie jakim jest naprawdę, a nie jakim usiłują je przedstawić twórcy oper mydlanych czy amerykańscy scenarzyści z Krainy Iluzji.   
Pytanie tylko: czy człowiek gotów jest poznać i znieść tak porażającą prawdę?

czwartek, 4 września 2014

"Fetih: 1453" (2012) - strategia zdobywcy

Jego narodzinom towarzyszyły podobno specjalne znaki: klacze rodziły po dwa źrebaki, pola dawały plony cztery razy do roku, drzewa uginały się od nadmiaru owoców, a kometa przecinająca dostojnie bezkres nieba podkreślała wagę wydarzenia. Był niewątpliwie jedną z tych postaci, których Historia zapomnieć nie potrafi, a nawet jeśliby podjęłaby takie próby, nikt nie potraktowałby ich na serio.


Dzieje jego życia – ze specjalnym podkreśleniem majowych dni roku 1453, kiedy to układ sił na świecie skłaniał się ku nieubłaganym zmianom, a Starożytność wciąż, choć z coraz słabszą mocą reprezentowana przez Cesarstwo Bizantyjskie nieśmiało dopraszała się Nowożytności – opowiada turecki film "Fetih: 1453", który w ciągu 280 mijających bardzo szybko minut buduje mit właściwy tego typu produkcjom. 


Idee wielkie rodzą się z pewnością w lęku przed ich konsekwencjami, jednak paradoksalnie strachu nie odczuwają. Tylko przecież człowiek odważny, zdyscyplinowany i ukierunkowany na jasno sprecyzowany cel ostatecznie go osiąga nawet, jeśli miałby czekać na niego ponad półtora miesiąca pod niezdobytymi wcześniej i ociekającymi krwią murami Konstantynopola, stolicy pławiącego się w zbytku i rozpuście Cesarstwa Bizantyjskiego.  


Z budzącą podziw skrupulatnością przygotowywał się sułtan Mehmed II do śmiałego podboju. Wbrew sobie klękał na kolana, oddawał cześć i daninę nierzadko wzbudzając pogardę podwładnych, jednak w tej polityce uległości była siła, która w swoim czasie miała go z kolan podnieść i zmusić oponentów do uznania jego wyższości przejawiającej się chociażby w politycznej dalekowzroczności podpartej zdolnością wybaczania nawet tego, co w myśl innych uchodziło za niewybaczalne.


Z początkowym zdumieniem transformującym się w zachwyt z każdą mijającą klatką tureckiej mega produkcji śledziłem losy przyszłego Zdobywcy. Zachodziłem w głowę nad formą filmu, nad jego specyficzną, jakże odległą od europejskiej stylistyką przywodzącą na myśl pastelowe, tryskające doczesnym i wiekuistym szczęściem ilustracje w publikacjach Świadków Jehowy. 
Kiedy już dziwić się przestałem, kiedy zaakceptowałem to, czego zmienić żadną miarą nie mogłem, dałem się porwać przykuwającej uwagę opowieści o drodze jednego mężczyzny wiodącej od rodzinnego Edirne do murów miasta, które po długotrwałym, okupionym tysiącami ofiar oblężeniu miało stać się jego niepodważalną własnością i podwaliną potężnego imperium. 
Sułtan Mehmed II tytułowany po wydarzeniach przedstawionych w filmie Zdobywcą i jego losy podkreślone podniosłą muzyką przypomniały mi o nieśmiertelnej tezie, w myśl której każdy naród – z mniejszym, bądź większym patosem – opowiada swoją własną wersję historii.
Byłoby czymś niestosowanym odbierać to prawo tureckim twórcom.

wtorek, 1 lipca 2014

"Czas nosorożca" (2012) - zabij mnie jeszcze raz, Irańczyku!

Powiadają, że poeta obrosły w tłuszcz mieszczańskiego życia jest zdolny co najwyżej wyprodukować jakiś kicz na zlecenie w zamian za order i tytuły. Mówią też, że tylko twórca zmagający się z uciążliwością losu w sposób graniczący z ekstremum zdolny jest do popełnienia dzieł, które po śmierci ich autora staną się fundamentem kultury narodu przez niego reprezentowanego, mimo iż nieboszczyk wolałby wdzięcznością narodu cieszyć się już za skromnego życia. 
Za siedmioma lasami, za siedmoami górami i za siedmioma morzami żył sobie raz irański poeta, Sahel Farzan, który pisał wiersze, kochał z wzajemnością, jednak na swoje nieszczęście nie był prorokiem i nie mógł przewidzieć, że Islamska Rewolucja zgotuje mu los, o jakim nie chciałby śnić nawet w najmroczniejszych koszmarach.
Sprawcą tragedii poety – oczywiście oprócz ajatollaha Chomeiniego – był jego kierowca, Akbar Rezai, który nie był wprawdzie artystą, ale skromnym donosicielem związanym z rewolucjonistami i na dodatek szaleńczo zakochanym w żonie Sahela, Minie.
I oto dzieje się, co następuje: Islamska Republika Iranu skazuje poetę na 30 lat więzienia za publikację wrogich politycznych wierszy, zaś jego żonę na lat 10 z tej prostej przyczyny, że była jego żoną i wiedziała, co za potworności wystukuje na swojej maszynie. Aby dopełnić tragedii jeden z moich ulubionych reżyserów, Bahman Ghobadi, twórca m.in. doskonałego Nikt nie rozumie perskich kotów, inspirując się faktami – bo na nich oparta jest filmowa opowieść – finguje śmierć Sahela, a żonę jego po opuszczeniu więzienia rzuca w wir wielkiego Stambułu, gdyż nie od dziś wiadomo, że traumatyczną przeszłość, od której uciec się naprawdę nie da, można ułagodzić zmianą otoczenia.
Po 30 latach poeta opuszcza więzienie i udaje się do Stambułu odnaleźć Minę…
Przedstawiciele władz skazujących Sahela mogli między sobą mówić, że ten który traci wszystko przestaje być człowiekiem, jednak z pewnością nie przewidzieli tego, co historia represjonowanych potwierdziła wielokrotnie: nie da się człowiekowi zabrać wszystkiego, choćby w nie wiadomo jak potworne wpędzić go piekło. 
Film Ghobadiego to oniryczna wędrówka po przeszłości, teraźniejszości i abstrakcyjnej krainie poezji pozwalającej przetrwać największe nawet potworności, przy czym koniecznie należy podkreślić, że okrucieństwo bijące z przeszłości Sahela wydaje się być niczym wobec wyroków, jakie przygotowała dla niego teraźniejszość. 
Czasie Nosorożca pada niewiele słów, a mówią za to – krzyczą nawet – obrazy wbijając się w serce niczym zdradliwa igła nasączona trucizną. Tu nic nie kończy się dobrze, każdy jest wielkim przegranym, a zwycięsko z tej opowieści wychodzi prawdopodobnie tylko Stambuł, miasto, które przetrwało zarówno intrygi snute w sułtanowym seraju przez żądnych władzy eunuchów, oblężenie sułtana Mehmeda II, który dokonał to, czego nie udało się jego przodkom, jak i miliony drobnych dramatów i tragedii od jakich niewolne jest przecież każde życie.

środa, 16 kwietnia 2014

"Lęk przed Bogiem" - analiza dobra, jako przyczółku zła

Istnieje wiele rodzajów samotności i każda z nich - w zależności od osobowości korzystającego z jej usług - może być wytchnieniem, bądź utrapieniem. Błogosławieństwem, ale i przekleństwem.  
Być może jednak najwyższą formą samotności jest ta wobec Boga, jakkolwiek brzmiało będzie Jego imię, gdyż wobec jej potęgi blednąć wydaje się wszystko inne, a tak przynajmniej myśli wielu.


W tego rodzaju samotności pogrążony jest Muharrem, główny bohater filmu Özera Kiziltana, “Lęk przed Bogiem”, człowiek niezwykle pobożny i poczciwy, którego na samym początku podpatrujemy podczas codziennych rytuałów: pracy w sklepie, modlitw samotnych oraz wspólnych, aby później zobaczyć więcej, przy czym warto podkreślić, że hipnotyczność jednej z początkowych sekwencji wspólnych modlitw poraża intensywnością balansującą niemalże na pograniczu religijnej ekstazy, jakże obcej na chłodno kontemplującej Boga Europie.


Skromność i dobre serce Muharrema przykuwają uwagę imama Bractwa Muzułmańskiego, który proponuje mu objęcie posady skarbnika odpowiedzialnego w głównej mierze za zarządzanie licznym majątkiem Bractwa, przez który rozumieć należy głównie nieruchomości.


Lękając się czy podoła nowym i odpowiedzialnym obowiązkom, podejmuje się Muharrem nowej roli i sumiennie zaczyna je wypełniać dla dobra swojej społeczności, w której zaczyna odgrywać coraz ważniejszą rolę.  


Nowe wyzwania mają to do siebie, że niosą ze sobą nowe problemy, a świat znany Muharremowi wyłącznie z opowieści, świat materii i zepsucia leży nagle w zasięgu jego pokornych dłoni znających się jak dotąd wyłącznie na ablucyjnych rytuałach i prostej fizycznej pracy.
Dodatkowo gnębią go też erotyczne marzenia uznawane przez niego za grzeszne i niepożądane. Rozdarty między dawnym spokojem, a nowymi obowiązkami kradnącymi spokój ducha, Murrahem sam musi odnaleźć właściwą dla siebie ścieżkę...


“Lęk przed Bogiem” to fascynująca podróż po ludzkim sercu poddawanym surowym próbom i podszeptom samego şeytana (tur. szatan), podróż w której rozdygotane dobro widać tym więcej, im bardziej próbuje przeniknąć je zło. To również piękny portret współczesnej Turcji, gdzie świecka nowoczesność od wielu lat bierze się za bary z religijnymi tradycjami, jednakże portret namalowany przez bezstronnego reżysera próbującego wyłącznie opowiedzieć pewną historię, wszelkie morały z niej płynące pozostawiając widzom.