Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kino amerykańskie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kino amerykańskie. Pokaż wszystkie posty

środa, 9 grudnia 2015

"Dar" (2015) - na imię mam "Pamiętam Dobrze"

Niesłusznie określono “Dar” Joela Edgertona - także odtwórcy jednej z głównych ról - horrorem, gdyż trafniej było przykleić łatkę “thriller psychologiczny”. Dlaczego? Bo jeśli produkcja budzi napięcie i wprawia serce w szybszy rytm to wyłącznie w sferze mającej silny związek z rzeczywistością wykreowaną w przeszłości przy pomocy emocjonalnie i racjonalnie postrzegającego świat młodego człowieka, który…


Oczywiście, nie oznacza to, że dobry horror czerpać musi swą siłę wyłącznie z elementów nadnaturalnych… zostawmy jednak formalną dyskusję i zajmijmy się obrazem.  
I przypomnijmy wyraźnie jedno - “na początku było słowo”.
Zanim jednak widz o tym się dowiaduje, szczęśliwe małżeństwo wprowadza się do pięknego, dużego domu, gdzie planuje - jak większość par w pięknych i dużych mieszkaniach - “postarać się o dziecko”, z czym może mieć pewne problemy, gdyż pierwsze nie zdołało wydostać się żywe z łona matki.


Kim są oni? Bardzo proszę: Simonem (Jason Bateman) i Robyn (Rebecca Hall). Ludźmi sukcesu: przedsiębiorczymi, zaradnymi, gotowymi na wszystko, jeśli zajdzie taka potrzeba, a przecież wiadomo, że w świecie, w jakim się poruszają, zajść w końcu musi. Konkurencja przecież nie śpi, a nawet jeśli to robi, gotowa jest wybudzić się szybciej niż można się tego spodziewać.  


Nieoczekiwanie w sielskość szczerze sobie oddanego małżeństwa wkracza pewnego dnia niejaki Gordo (świetny Joel Edgerton próbujący chyba zapomnieć o niezbyt przekonującej roli Ramzesa w “Exodusie” Ridleya Scotta), dawny kolega Simona z liceum, a jego obecność w życiu ludzi szczęśliwych bardzo prędko zaczyna się intensyfikować doprowadzając do zaognienia filmowej akcji oraz do zagrożenia życia u widzów z chorobą wieńcową.


Początkowo leniwie budowany klimat zaczyna intensyfikować się w miarę odkrywania przez twórców kolejnych kart z talii pełnej fałszywek oraz jednego, jak najbardziej realnego jokera, który w odpowiedniej chwili zrobi, to do czego został stworzony - pobije wszystko i wszystkich.    
Jest “Dar” wśród tzw. produkcji “niedzielnych”, “niekoniecznych”, “dla entuzjastów gatunku” pozycją wartą obowiązkowej celebracji, gdyż podczas stu ośmiu minut seansu otrzymujemy należycie odmierzoną i przemyślaną dawkę ruchomych obrazów skutecznie pozwalającą zapomnieć, że za oknem jesień, a do beztroski kanikuły bardzo daleko.

poniedziałek, 2 listopada 2015

"Beasts of No Nation" (2015) - Apokalipsa wg naszych czasów

Rok temu poczęstował widzów dusznym klimatem Luizjany i metafizyczną rozprawką o odwiecznym konflikcie dobra i zła, bo taki był przecież pierwszy sezon serialu “Detektyw” zrealizowany wedle jego pomysłu. Temat zainteresowań Cary’ego Fukunagi nie zmienił się, mimo iż akcję swojej nowej produkcji umiejscowił w jednym z afrykańskich państw, gdzie przywołany konflikt przybiera najróżniejsze formy. Biorą w nim także udział dzieci, które od swoich europejskich czy amerykańskich rówieśników różnią się tylko tym, że perfekcyjnie opanowały niełatwą sztukę pozbawiania życia przy pomocy broni maszynowej najczęściej radzieckiej konstrukcji.


W afrykańskiej wiosce należącej do ogarniętego zbrojnym chaosem państwa rozpoczął Fukunaga film zrealizowany na podstawie powieści pochodzącego z Nigerii Uzodinmy Iweala. W początkowych migawkach zaprezentował rodzinę trzynastoletniego Agu (Abraham Attah), głównego bohatera, aby zaraz potem rzucić bezlitośnie na arenę zdarzeń żołnierzy jednej z walczących frakcji, którym nie w smak było podejrzenie, że rodzinna wioska podrostka kontrolowana być może przez watahy spod innych sztandarów. Swoje niezadowolenie żołnierze - jak to żołnierze - wyrazili przy pomocy ołowiu, gdyż inaczej uczuć swych - jak to żołnierze - przedstawić nie potrafili.


Pozbawiony domu, rodziny i nadziei Agu gubi się w buszu, gdzie odnaleziony zostaje przez charyzmatycznego Dowódcę (Idris Elba), który umożliwia chłopcu dokonanie pomsty na oprawcach najbliższych. Z entuzjazmem przyjmuje Agu propozycję i zaczynając od dźwigania skrzynek z amunicją daje się porwać niszczycielskiej mocy Marsa, choć nie ma przy nim nikogo, kto wytłumaczyłby mu bliżej rolę boga wojny w mitycznym świecie starożytnych Rzymian.   


Setki - a może tysiące? - dzieci zaplątanych jest w krajach afrykańskich w okropieństwa zbrojnych konfliktów i nie po raz pierwszy kino upomina się o zadumę nad tamtym rejonem świata, choć mało kto wierzy, aby mogło to coś zmienić. Bo przecież widz - podobnie jak w przypadku konsumpcji porannych makabrycznych wiadomości z prześcigających się w ich serwowaniu portali - wydać może z siebie wyłącznie ciężkie westchnienie wsparte ewentualnie mniej lub bardziej szczodrym datkiem na rzecz organizacji pokojowych działających w zapalnych rejonach świata.
Czy bohaterowie najnowszej produkcji Fukunagi rzeczywiście są nie przypisanymi do żadnego narodu bestiami? Pionkami manipulowanymi przez pomniejszych watażków marzących o najważniejszym fotelu w państwie co chwilę zmieniającym swój status? Nie udziela reżyser jednoznacznej odpowiedzi, choć o taką zawsze najprościej: pokazuje, demonstruje, przedstawia. I jest w tym wielce sugestywny…

niedziela, 6 września 2015

"Do utraty sił" (2015) - pojedynek z Losem

Wielbiciele jego talentu nie mogą się już z pewnością doczekać “Everestu”, który już niebawem zakwitnie w swej grozie na ekranach polskich kin. Wspominają też ostatnie jego wielkie kreacje, choćby w “Bogach ulicy” czy “Wolnym strzelcu”. Jack Gyllenhaal po raz kolejny udowodnił, że jest aktorem wybitnym wcielając się w rolę zawodowego boksera, Billego Hope’a, który…
No właśnie. W tym tkwi sedno.


Można mieć wszystko: 43 wygrane walki stoczone w niełatwym przecież świecie amerykańskiego boksu, mistrzowskie pasy, prestiż i popularność z nich wynikającą, wspaniały dom, pałac właściwie, kochającą żonę i córkę. Los jednak strzelając na ślepo swymi wyrokami nierzadko nie zwraca uwagi na status celu i poddaje go próbom, o jakich ciężko opowiedzieć spokojnym tonem.
W takich chwilach zwykło mówić się o piekle na ziemi.
Rozpętuje się zatem piekło dla Hope’a w chwili, gdy nieoczekiwanie jego żona odnajduje spokój na cmentarzu, pieniądze, jakimi sportowiec chyba trochę za bardzo szastał, kończą się, licencja bokserska przepada, a dodatkowo sąd odbiera mu tymczasowo prawa do opieki nad córką.  


Co robi Hope? Próbuje odnaleźć nadzieję w sobie samym i poza sobą: w podstarzałym trenerze, Ticku Willsie (Forest Whitaker), który pomóc ma wziąć się za bary z Losem i sprać go po pysku, kiedy sposobność ku temu będzie najlepsza.


“Do utraty sił” - wyreżyserowany przez Antoine’a Fuqua, twórcę pamiętnego “Dnia próby” - opowiada o próbie wyjścia na prostą człowieka znajdującego się na ostrym zakręcie. A nie ułatwia tego niełatwy charakter głównego bohatera, jego skłonność agresywnego komentowania toczących się wydarzeń oraz przeszłość, jaką zwykło tytułować się barwną - domy dziecka, więzienie… Totalne zwycięstwo, albo spektakularna porażka - oto, o co toczy się stawka w tej życiowej grze, jednak ewentualny sukces, lub jego przeciwieństwo mimo iż związane ze sportem, posiadają znacznie głębszy wymiar niż kolejny tytuł zdobyty na ringu.  


Publiczność na całym świecie lubi delektować się na kinowym ekranie ludzkimi dramatami, a zwłaszcza tymi, które ocierają się o dno, od jakiego odbić się może jedynie śmiałek obdarzony tytaniczną wolą. W takich chwilach jedni odnajdują inspirację do zmierzenia się z własnymi problemami, inni wzruszą się historią, jakiej w swej aktualnej szczęśliwości nie potrafiliby sobie wyobrazić.
A przecież Los - jak już powiedziano - strzela na oślep i to, co zdarzyło się tam, przydarzyć może się tu i teraz. Każdemu.

poniedziałek, 26 stycznia 2015

"Whiplash" (2014) - starcie gigantów

Powiadają: chcieć, to móc. Codziennie takimi słowami karmił się pewien dziewiętnastolatek marzący o sławie perskusisty jazzowego, o byciu mistrzem w swojej profesji. Doskonalił umiejętności w najlepszym nowojorskim konserwatorium, a muzyka była dla niego wszystkim. Ojciec zwracał się do niego Andrew (Miles Teller), natomiast on do swojego nauczyciela mówił Fletcher (J.K. Simmons). “Whiplash” opowiada, co tak naprawdę wydarzyło się między nimi.


Być może od czasów Aronofsky’ego dawno w kinie niezależnym nie objawił się reżyser tak emocjonujący i przykuwający uwagę. Skromne, niskobudżetowe dzieło zrealizowane przez niespełna trzydziestoletniego Damiena Chazelle bez kompleksów stanąć może obok najważniejszych produkcji minionego roku i nawet - kto wie? - w wielu oczach uzyskać nad nimi przewagę. W każdej kategorii. A na pewno w pięciu (reżyseria, aktor pierwszoplanowy, aktor drugoplanowy, scenariusz oryginalny, muzyka).    


W pewnym momencie swojego życia, główny bohater filmu, Andrew kategorycznie odrzuca wszystko, co wiąże się z tzw. normalnym życiem, a zatem wszystko to, co mogłoby go odciągać od pogoni za największymi marzeniami, za spełnieniem, za sławą. Chce być artystą, co więcej, żąda, aby cały świat uznał jego dążenia za ważniejsze od innych! Niech szlag trafi pospolitość i ludzi zwyczajnych! Niech piekło pochłonie instytucję małżeństwa! Niech czorci porwą miłość, wspólne kolacje i potrzebę bliskości!   


Dlatego też mówiąc bez ogródek zrywa Andrew ze swoją dziewczyną i całkowicie wolny poświęca się pałeczkom perkusyjnym. Są ludzie, których wizja samotności przyprawia o dreszcze, ale są też tacy, którzy drżą na myśl, że życie przepędzić musieliby w czyimś towarzystwie, w ciasnych ramach wyznaczanych przez nie potrafiące obyć się bez instytucji społeczeństwo.  
Niełatwe jednak zadanie czeka młodego muzyka, bowiem Fletcher, dyrygent w jego szkolnej orkiestrze doskonali swoich uczniów przy pomocy psychopatycznych metod, które na wielu wrażliwych duszach odciskają się bolesnym, trudnym do udźwignięcia piętnem. Nie ma litości nauczyciel dla podopiecznych, nie istnieje słowo zbyt obelżywe, którego nie odważyłby się z pasją wypowiedzieć. A mówić potrafi głośno i wyraźnie.  


Najważniejszy jest dla niego świat nutowego zapisu i prawidłowość w jego interpretacji. W nim bowiem zawarta jest cała harmonia, jakiej próżno szukać w chaotycznej rzeczywistości poza murami szkoły muzycznej, wśród miliona zwykłych sytuacji z jakich zazwyczaj składa się ludzkie życie ubarwiane od czasu do czasu niezwykłością kolejnej części “Iron Mana” czy “Avengers”. Tylko w muzyce jest wielkość i tylko dzięki niej wielkość można osiągnąć.


“Whiplash” jest filmem opowiadającym o swoistego rodzaju pojedynku gigantów - rodzącego się i tego, który już dawno zapomniał, jak to jest stawiać pierwsze kroki na arenie zmagań. W obu z nich - pomimo różnicy wieku - płonie ten sam ogień, którego zgasić nie zdoła żadna siłą: płomień pasji i poczucia własnej niezwykłości. Od nich samych zleży, aby płomień ten objął cały świat, a na drodze do tego odważą posunąć się do czynów, o jakich nie zamarzyłby nawet przeciętny człowiek.  
Bez wątpienia “Whiplash” to jeden z tych filmów, które bez obaw nazwać można arcydziełem, mimo iż słowo to w czasach stu tysięcy premier filmowych w miesiącu poważnie straciło na znaczeniu. Wdziera się do głowy wraz z pierwszym uderzeniem pałeczki o werbel. Intensywność przełomowych dla obrazu scen sprawia, że terminować mógłby u niego boski wiatr, a huragany stroić się od jego muzyki przed kulminacyjnym atakiem. To trzeba zobaczyć. To trzeba zobaczyć co najmniej dwa razy.   


środa, 21 stycznia 2015

"Foxcatcher" (2014) - ego, jako broń śmiertelna

Trwająca od pewnego czasu tendencja produkowania filmów opartych na faktach zdaje się sięgać szczytów. “Jedyny ocalały”, “Gra tajemnic”, “Teoria Wszystkiego”, “Wilk z Wall Street”, “American Hustle”, “American Sniper”, “Niezłomny”...
Wśród filmów dopiero co powstających z całą pewnością nie można zaliczyć do tej kategorii trzech kolejnych części “Avatara”, ale już na pewno w 2016 roku warto będzie zwrócić uwagę na “Flying Horses” w reżyserii Gary Oldmana.  
Grono obrazów garściami czerpiącymi z zaszłych wydarzeń uświetnił znakomity “Foxcatcher” Benneta Millera, być może jeden z bardziej wstrząsających dramatów wyprodukowanych w Hollywood na przestrzeni ostatnich lat. Próbuje w nim reżyser “Moneyball” odnaleźć odpowiedź na dość proste w istocie pytanie - dlaczego John du Pont w roku 1996 musiał pociągnąć za spust pistoletu i uśmiercić zapaśnika Davida Schultza, którego zatrudniał, jako trenera w sponsorowanym przez siebie teamie?




Prawda mistrza
Prawda jest  jedna: możesz być mistrzem w zapasach, jednak musisz wiedzieć, że gdy dopali się olimpijski znicz, wróci zwykłe życie, a wraz z nimi wiele niechcianych i niepożądanych sytuacji. Nie będą chcieli widzieć twoich medali. Będą pytać o czy na pewno zdążysz zapłacić czynsz w terminie... Tak mógłby Mark Schulz, zapaśnik i medalista podsumować pewien okres swego życia. Być może mówiłby tak dłużej, gdyby nie zaskakujący telefon z innego świata, który wyrwał sportowca z nędznego mieszkania pełnego chińskich zupek i okrytych kurzem czasu trofeów.


Zaproszony do posiadłości milionera Johna du Pont otrzymuje Mark klarowną propozycję: trenuj w mojej sali, żyj za moje pieniądze, mieszkaj w moim mieszkaniu i zdobądź dla mnie tytuł Mistrza Świata oraz złoto olimpijskie. To wzmocni nadwątlone morale Ameryki, gdyż potrzebuje ona zwycięzców.
Zgoda wyrażona przez Marka Schulza mogła być uznawana przez niego za najlepszą decyzję w życiu. Do pewnego momentu.     


John Eleuthère du Pont
Niedoceniany przez matkę, lubiący być tytułowany “Złotym Orłem”, “mentorem” i wieloma innymi przydomkami obsesyjnie pragnie zdobyć jej uznanie. Bezskuteczność starań zwrócenia na siebie uwagi rodzicielki z pewnością musiała frustrować du Ponta. Zrodziła w nim negatywne emocje przez lata odkładające się tych sferach osobowości, które najczęściej poszukują ujścia na drodze szaleństwa. A to przeważnie bywa niezgodne z literą prawa.  


Prawdopodobnie przez całe życie izolowany od brudu świata pod kloszem bogactwa swojej dynastii, zatracił du Pont kontakt z realnym światem. Trudno się dziwić takiemu odrealnieniu u człowieka, dla którego - za sprawa rodzinnej fortuny - nie ma rzeczy niemożliwych.
Skryty za parawanem miliardowych inwestycji w przeczuciu, że świat ceni go wyłącznie za bogactwo rozwija się w “Złotym Orle” miłość własna, która w pewnym momencie urasta do patologicznych rozmiarów.


A chce“Złoty Orzeł” latać, ba, chce latać najlepiej i najwyżej. Pragnie dowodzić, być ojcem i przyjacielem, ekspertem i znawcą tematu: trenerem zapaśników. Kto wie, może matka w końcu dostrzeże jego wielkość? Pomóc ma mu w tym Mark Schulz przy pomocy swej sztuki, a później - w wyniku pewnych okoliczności - dołączyć ma do niego brat, David. Ku swojej, niestety, zgubie...  


Suma wszystkich lęków
“Foxcatcher” przeraża. Intensywność psychologicznego zagmatwania w pewnym momencie jest tak wielka, że pomimo leniwie, żeby nie powiedzieć: dostojnie przesuwających się kadrów odnieść można wrażenie, że ekran eksploduje z nieznaną człowiekowi siłą. Bez wątpienia zasługa to znakomitych kreacji Chaninga Tatum (Mark Schulz), Marka Ruffalo (David Schulz) czy wreszcie Steve’a Carella oscarowo kopiującego postępujący obłęd Johna du Pon.
“Foxcatcher” podsumować można na wiele sposobów, bo i przecież kilka wątków zręcznie poprowadzonych w filmie to kilka postaci odmiennie postrzegających rzeczywistość i tyleż samo interpretacji zachodzących wydarzeń. Przede wszystkim jednak to opowieść o ego, które rozsadzając człowieka od środka, nadymając go do karykaturalnych rozmiarów w pewnym momencie poczuło się urażone i zaczęło domagać się ofiary. I znalazło ją. I nakazało pociągnąć za spust.

piątek, 19 grudnia 2014

"Zaginiona dziewczyna" (2014) - analiza dwojga

W rozlicznych dyskusjach o filmach najczęściej wyrażany jest zachwyt nad aktorami. Następnie wychwala się reżysera i mistrza Yodę, jeśli tylko dane było mu wystąpić w produkcji. Czasami jednak należy przypomnieć, że scenariusz odegrać może w filmie kluczową rolę i ponownie skłonić do rozważań, co było pierwsze: jajko czy kura?
Dobitnie świadczy o tym znakomity tekst filmowy, jaki Gillian Flynn napisała na podstawie swojej powieści “Zaginiona dziewczyna”. W równie doskonały sposób David Fincher zamienił go w ruchome obrazki.

Bo do dwojga trzeba tanga
Tu wszystko jest proste: dwoje intelektualistów, ona, Amy (Rosamuld Pike), pisarka i publicystka z Nowego Jorku oraz on, Nick (Ben Affleck), próbujący niegdyś pisać wykładowca akademicki nie z Nowego Jorku wchodzą sobie w paradę podczas intelektualnej nowojorskiej posiadówy, gdzie przemawia się czystym Proustem nie pamiętając, że Woody Allen kilkadziesiąt lat wcześniej zrealizował “Manhattan”.


Celnie strzela Amor pociskami i staje się to, co miejsca mieć nie powinno: intelektualiści pętają się węzłem małżeńskim. Chyba tylko po to, aby nieustannie frustrować się postępującą analizą małżeńskiej miłości, do której w istocie oboje wrogo są nastawieni, choć początkowo wydaje się im coś zupełnie innego.

Kochać zawsze znaczy to samo
Początkowe fajerwerki szczęśliwego pożycia ustępują dość szybko grozie codzienności. Rozpoczyna się małżeństwo ze wszystkimi swoimi wzlotami i upadkami, choć tych pierwszych jakby więcej.


Najbardziej skrajny egoizm - miłość, powoli zastępowany jest innym skrajnym egoizmem - nienawiścią. Tam, gdzie wcześniej sypały się iskry, pozostał tylko popiół, a nawet i jego czasem brak. Gdzie wschodziło słońce, nie ma nawet księżyca. Jest tylko doskonale znany istotom myślącym koszmar współistnienia, w którego przygotowaniu człowiek bywa prawdziwym wirtuozem.  

Zaginiona dziewczyna
Pewnego dnia jednak przepadają blade uśmiechy, wymuszone pocałunki oraz upiorność porannych powitań. Amy znika w dniu piątej rocznicy ślubu. Po prostu: jest, a nagle być przestaje, zupełnie jakby nigdy wcześniej nie istniała.
“Zrozpaczony” Nick powiadamia o sprawie policję nie mając pojęcia, że właśnie rozpętuje piekło, a jego żona w pamiętniku daje upust swoim emocjom takimi słowami:

Nick pokochał dziewczynę, którą udawałam. Fajną. Dla facetów to największy komplement. Fajna z niej dziewczyna. Fajna - żyleta, fajna - do wyrwania. Fajna - zabawna. Fajna nie wścieka się na chłopa. Jedynie uśmiecha się gorzko, acz kochająco. I udostępnia usta do wyruchania. Kocha to, co on kocha. Ten to winylowy hipster, którego kręcą mangi z fetyszami. Jeśli lubi "Szalone nastolatki", będzie galerianką, która zna się na futbolu i pochłania buffalo wings z sieci Hooters. Kiedy poznałam Nicka, wiedziałam, że szuka fajnej dziewczyny. I dla niego byłam skłonna spróbować. Wydepilowałam cipkę woskiem. Piłam puszkowane piwo, oglądałam filmy z Adamem Sandlerem, jadłam zimną pizzę i nosiłam rozmiar 34. Robiłam mu dość regularnie loda. Żyłam chwilą. Dałam się, kurwa, wyrywać. Część z tego nawet mi się podobała. Nick odkrywał we mnie pokłady, o których istnieniu nie wiedziałam. Lekkość, humor, luz. A on nabierał przy mnie rozumu. Bystrzał. Dawałam mu bodziec, by wzniósł się na mój poziom. Wykuwałam sobie wyśniony ideał.


Małżeństwo dla zuchwałych
Gorzka jest powieść Flynn i takie samy są obrazy Finchera. Pomimo iż w filmie nieustannie mówi się o tym, o czym wiedzą nie tylko intelektualiści, odnieść można wrażenie, że na nowo odkrywa się reguły rządzące wspólnym światem usankcjonowanym w urzędzie stanu cywilnego.
Padają w znakomitym thrilerze niejednokrotnie słowa, jakich na co dzień się nie wypowiada, lecz chowa w sercu pozwalając, aby zatruwały ciało i umysł. Dlatego zarówno film, jak i powieść zaliczyć należy do bezkompromisowych. Niektórzy z pewnością nazwą je solami trzeźwiącymi przed podjęciem wyzwań mających mieć długofalowe konsekwencje. I być może będą mieli racje. 
Jest jednak coś więcej w tej bezlitosnej analizie walącego się w gruzy małżeństwa - niezłomne przekonanie, że nie mogło być inaczej, a niektóre decyzje podejmowane w życiu to w istocie puszczone dla spełnienia zachcianki mydlane bańki, które przebijamy bez litości w chwili, gdy przestają cieszyć nasze oczy.




poniedziałek, 15 grudnia 2014

"Nightcrawler" (2014) - IAmerica

Powiadają, że w Stanach Zjednoczonych wszystko jest możliwe. Pucybut wspiąć może się ponad półki z butami, prosty żołnierz sprawiedliwość wymierzyć może największemu zagrożeniu, a opowiedzieć o tym wszystkim praca kamery. Niektórzy nazywają ją przeklętą. Niesłusznie. Kamera to przedmiot bezduszny, wypełniający w wersji cyfrowej polecenia człowieka. Ten z kolei potrafi zgotować piekło. 


Opowiada o tym przejmujący, brutalny w sferze wizualnej, emocjonalnej, psychologicznej oraz każdej innej thriller Dona Gilroya “Nightcrawler”. W główną rolę socjopaty z Los Angeles, wcielił się budząca podziw wirtuozerią Jack Gyllenhaal. Biorąc pod uwagę imponujący dorobek aktorski ostatnich dwóch lat (‘Bogowie ulicy”, “Labirynt”, “Wróg”) mistrzostwo nie powinno nikogo dziwić.


Kiedy pewnego dnia Louis Bloom, drobny złodziejaszek o pewnym potencjalne intelektualnym oraz niekwestionowanej charyzmie zaczyna rozumieć, że bycie płotką w świecie pełnym rekinów jest nieopłacalne, postanawia odmienić bieg wydarzeń. A właściwie nie on, lecz przypadek, który sprawił, że Louis Bloom ze złodzieja nie tylko metali kolorowych zamienił się w operatora kamery poszukujących ciekawych tematów na “wiadomość dnia” do lokalnej stacji tv.


Najmując sobie pomocnika, niezbyt rozgarniętego Ricka (Riz Ahmed) wyrusza świeżo ochrzczony operator, aby wydrzeć nocnym ulicom ich najgorętszy towar: cierpienie, krew, śmierć, pożogę.
Bardzo prędko okazuje się, że wrodzone talenty Blooma oraz jego bezdyskusyjny, socjopatyczny brak skrupułów bardzo prędko windują go wysoko w świecie telewizyjnego biznesu. Kluczowe dla jego dalszej kariery jest nagranie z rezydencji, gdzie popełniono potrójne morderstwo. Przed przybyciem policji jego kamera zarejestrowała nie tylko ofiary zbrodni, ale i uciekających sprawców. Dzięki temu w głowie Louisa Blooma rodzi się śmiały plan...



“Nightcrawler” to porażający, smutny obraz. Cynizm miesza się tam z cynizmem większym, życie ludzkie warte może być trzysta dolarów, a za piętnaście tysięcy… proszę obliczyć samemu. To precyzyjny rozrachunek ze światem rynsztokowej telewizji, gdzie pod pozorem “misji społecznej” oraz “chęci podkreślenia ofiarności walczących ze złem” kwitnie presja zwiększenia oglądalności za wszelką cenę. Czy w świecie tym oprócz operatorów kamer i reporterów zawsze gotowych do zrelacjonowania dekapitacji na żywo ktoś może mieć jeszcze prawdo do zadowolenia. Tak. Producenci książeczek czekowych niezbędnych we współpracy z niezależnymi operatorami.

wtorek, 21 października 2014

"Zbaw nas ode złego" (2014) - szatan kontra

Jeśli w jednym filmie pojawia się policjant, ksiądz, opętany oraz sam diabeł, a w dalekim tle odmalowana została wojna w Iraku, emocje wydają się być zagwarantowane. I są. Także za sprawą przeważnie niezawodnego Erica Bany, który wcielił się w ponoć autentyczną postać, bowiem “Zbaw nad ode złego” w reżyserii Scotta Derricksona zrealizowany został na podstawie wspomnień nowojorskiego gliniarza, co - biorąc pod uwagę o czym film opowiada - wprawić może potencjalnego widza w niemal półgodzinną konsternację.  


Ciąg dziwnych zdarzeń, w których kluczową rolę zdaje się odgrywać były żołnierz piechoty morskiej Santino (Sean Harris) niegdyś zaprowadzający demokrację w Iraku intryguje detektywa Sarchie (Erich Bana). Podejmuje on trop prowadzący do porażającej prawdy, która objawiona zostaje w towarzystwie ujmującej muzyczki oraz zagrań kamery rodem z najbardziej rasowych filmów grozy. Bo po prawdzie “Zbaw nas ode złego” to split różnych gatunków - początkowo mamy kino wojenne, potem sugestywny thriller przemieniający się finalnie w horror. Nie jest to jednak zabawa w kino uprawiana z nieskrępowana radością przez pewnych reżyserów, a film jak najbardziej na serio, w którym zło bierze się za bary z dobrem, choć to drugie posiada pewne ubytki związane z nagannymi pod względem moralnym wydarzeniami z przeszłości.


Nadrzędnym jednak w filmie jest zło pierwotne wywodzące się - jak mniema ksiądz Mendoza (Edgar Ramirez) pomagający Sarchiemu w śledztwie - od plugawego boskiego oponenta, szatana, który przejmując kontrolę nad najbardziej podatnymi duszami próbuje wywierać swą moc na amerykańską rzeczywistość złożoną w znacznej mierze z hamburgerów i coca coli.


Ważny jest także czas przeszły, bowiem główni bohaterowie związani są z nim nierzadko potwornymi wypadkami, o których zapomnieć trudno nawet po butelce whisky.
“Zbaw nas od złego” to opowieść nie tylko o odwiecznym konflikcie dobra ze złem, ale także przypomnienie, że odnosząc ową walkę do sfery globalnej nie wolno zapominać, że rozgrywa się ona także w mikroskali - w każdym człowieku. Bo przecież nie ma takiej osoby, która oprócz największych pokładów dobra nie pielęgnowałaby w sobie zła od czasu do czasu pozwalając mu ujść na zewnątrz.


I choć nie ma w “Zbaw nas ode złego” takiego poziomu kondensacji napięcia, jak chociażby w hitach kina grozy ostatnich lat (“Obecność” Jamesa Wana, czy “Sinister” także w reżyserii Derricksona ) to dwugodzinne posiedzenie nad amerykańską produkcją śmiało uznać można za rozrywkowo spędzony czas, który na dodatek przeanalizować można przy użyciu cytatów nawet z profesora Tatarkiewicza.

poniedziałek, 24 lutego 2014

"Nebraska": młody, stary, niewiedzący

Jest pewien nieśmiertelny kolokwializm mówiący o tym, że starość nie ma wiele wspólnego z radością i z pewnością świadczy on prawdę. Cokolwiek jednak by o zmierzchu życia nie powiedzieć, nie wolno zapominać, że mimo iż rządzi się on swoimi prawami z przemożnym pragnieniem spokoju i ciszy na czele, potrafi także być bardziej dynamicznym od olimpijskich medalistów.
Opowiada o tym - jak z pewnością zostało to już tysiące razy napisane - “dający nadzieję”, “pokrzepiający serce” film “Nebraska” w reżyserii Aleksandra Payne’a (autor m.in. pamiętnego “Smitha” z Jackiem Nicholsonem). 


Fabuła filmu jest banalna: stetryczały, stary alohololik, do którego bram mózgu grzecznie, ale stanowczo zdaje się pukać Alzheimer ma jeden cel: dotrzeć do Lincoln w stanie Nebraska, gdzie oczekuje go milionowa nagroda, a tak przynajmniej twierdzi loteryjny kupon będący w jego posiadaniu.
Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że odległość do Lincoln przypomina tą do Drogi Mlecznej, a sam kupon - jak twierdzi syn “szczęśliwego zwycięzcy” - jest jednym wielkim oszustwem, a już na pewno nie stoi za nim milion dolarów.


Starość jednak nie zamierza polemizować z młodością: z uporem godnym najsłynniejszych osłów świata dopina swego i dzieje się, co następuje: syn zabiera ojca w długą podróż, która - jak to już napisano tysiące razy - “odmieni ich życie”, “pozwoli znów zachłysnąć się wiarą w potęgę człowieczeństwa” oraz “spektakularnie udowodni, że ruch zawsze silniejszy jest od bezruchu”.
W swojej podróży ojciec z synem docierają do rodzinnej miejscowości tego pierwszego, gdzie na wierzch wychodzi więcej, niż można byłoby się spodziewać...


Pokolenia dzielą nie tylko dekady: przede wszystkim granicę między nimi stanowi niewiedza, o której tak ujmująco opowiada “Nebraska”. Niewiedza, dla której idealną wręcz pożywką stają się domowe twierdze, gdzie przykładnie kwitnące i doceniane przez sąsiadów życie rodzinne, kryje w sobie nierzadko najmroczniejsze tajemnice.  



Alexander Payne w swoim filmie drąży także temat, który dość często poruszany jest w gabinetach psychologicznych, a jest nim grzech zaniedbania. Mówi, że człowiek często popełnia go wobec najbliższych mu osób, a koksekwencje tego, mogą odbić się trwałym piętnem na całym - jak długie i szerokie - życiu. Najbardziej urzekające jest to, że reżyser nie czyni swojej kamery mentorską, nie bawi się w dydaktyzm, nie poucza i nie instruuje, ale daje do zrozumienia, że “rodzinne szczęście” bywa mydlaną bańką: raz rozpryśnięte nie ma zdolności regeneracyjnych. I taka jest prawda, choćby nie wiem co próbowali wmówić spece od solidnie lukrowanych filmów “dających nadzieję”.