poniedziałek, 3 lutego 2014

Droga do Rzymu 2012. Cz. 3: U Celu

Siedemdziesięciokilometrowy przelot do Słowenii wydłużył się znacząco przez kolejkę na granicy chorwacko-słoweńskiej. Troszkę manewrując, ale i też nie manewrując między samochodami, skróciłem ją znacznie przepalając to trującymi substancjami odradzanymi przez prawdopodobnie wszystkich lekarzy świata. Ziemię słoweńską przywitałem z radością i nie pozwoliłem jej sobie odebrać nawet lokalnej pszczole, która – zupełnie jak polskie siostry – już mi się pod blendę pchała, ale niczego w tej czynności, na szczęście, nie wepchnęła.


Polak, Węgier…
Camping Jadranka przywitał mnie swoją wydzielającą cenny spokój nadmorskością, niemalże stuprocentowym obłożeniem oraz mniej więcej sześćdziesięcioletnim niemieckim weteranem wyruszającym w drogę powrotną na nieznanym mi motocyklu od Kawasakiego pochodzącym prawdopodobnie – sądząc po budowie – z wczesnych lat osiemdziesiątych.
Za dwa dni pobytu na Campingu Jadranka zapłaciłem 22 euro, co bardzo mi się spodobało, w przeciwieństwie do lokalnego piwa za 69 centów*, którego zdjęcie, wraz z chorwacką trucizną zakupioną w Lidlu pozwalam sobie tu zamieścić. Zachodzik słońca w towarzystwie słoweńskiej goryczki oraz towarzyszące mu rozmyślania nad rysującą się coraz wyraźniej Starożytnością ukołysały mnie do snu.
Węgierscy motocykliści w składzie: mąż - FZR 600 od Yamahiego, żona – Monster od Ducatiego, kolega - CBR 650 od Hondiego, rozbili się tuż obok mnie. Zapytany, dokąd jadę, odpowiedziałem zgodnie z prawdą: do Rzymu. A oni na kolana padli. Powstając mój namiot obeszli, do niego zajrzeli i zapytali, gdzie moje towarzystwo. Kiedy oznajmiłem, że sam do celu w Krakowie wyznaczonego podążam, znów na kolana padli.
Postawiony w niezręcznej sytuacji skopiowałem ich czynność.
Przybyła na miejsce zdarzenie policja przyglądała się naszemu klęczeniu z podręcznikową podejrzliwością. Na wszelki wypadek łapy w górę wyrzuciliśmy, jednak nie z nami władza rozmawiać chciała. Po rutynowych zabiegach policjanci zaprosili do wnętrza wyglądającej na nową furgonetki pewnego Słoweńca oraz Italkę, którzy – pozwolę sobie tak to ująć – próbowali pobrać dwie doby noclegu bezprzewodowo i bezgotówkowo, co nie uszło uwadze czujnego stróża najwyraźniej dość dobrze zaznajomionego z przedstawicielami prawa i sprawiedliwości.
Przy tej okazji (tj. pojawieniu się węgierskich motocyklistów, nie policji) zrozumiałem jak bardzo Monster jest kobiecym motocyklem. Podziwiając dosiadającą go Węgierkę o niekwestionowanej urodzie nie mogłem sobie wyobrazić, jak na tym sprzęcie mógłby siąść mężczyzna. A żeby jeszcze z wąsem…   


Weneckość zastosowana
Wspomniana w poprzednim wpisie weneckość starej części Izoli reprezentowana przez wąskość uliczek, charakterystyczny styl kamienic oraz pranie rozwieszane między oknami sąsiadujących z sobą budynków nie spodobałaby się tylko tym Polakom, którzy wracając z miasta Dożów i Casanovy potrafią rozprawiać godzinami o cuchnących kanałach** „podziwianych” przez nich w towarzystwie reklamówek nie istniejącego na weneckiej wyspie Carrefoure’a*** oraz pasztetu rozsmarowanego na pośpiesznie zaimprowizowanym stanowisku na balustradach mostów, jakich w Wenecji nie brakuje i – jak śmiem przypuszczać – brakować nie będzie.
Nie jestem wrogiem pasztetu. W podróży to sprawdzony kompan. Nie jestem entuzjastą tego osławionego „turysty polskiego”, który w każdym miejscu na tej naszej ziemskiej gałce zdolny jest wyłącznie do utyskiwania, nie mającego niestety nic wspólnego z uznanym i lubianym przez lud polski oraz inne ludy piwem Tyskie.


WSPOMNIENIE
Trzy lata temu na skąpanej w gajach oliwnych greckiej wyspie Korfu w miejscowości Paleokastritsa popłynąłem w godzinny rejs Żółtą Łodzią Podwodną. Łajba, jak łajba, tyle, że zaopatrzona w sięgający dwóch metrów podwodny pokład widokowy. Polacy schodząc na dół dający wgląd w prawdziwe morskie cuda gromko oznajmiali: za duszno tu. Wychodząc na pokład z tym samym zawziętym wyrazem twarzy twierdzili: za bardzo wieje… Udawałem Niemca, bo jakiś wstyd straszny mną szarpał.


Niezaprzeczalnym urokiem Izoli, podobnie jak wszystkich tych południowych nadmorskich miast i miasteczek jest noc przemianowująca rozleniwione upałem ulice w tętniące życiem, licznymi wydarzeniami oraz zapachami bodaj wszystkich cudów świata unoszącymi się z restauracji. Tu królowały ryby, którym – podobnie jak oliwie i winu – poświęconych jest kilka majowych dni, kiedy to niczym nieskrępowana wyobraźnia kucharzy wyczarowuje potrawy, o jakich śni się przez cały kolejny rok. Do następnego rybiego święta…


"Droga długa jest"
Z Izoli ruszyłem na Triest, gdzie rodzi się „wstęga szosy” SS14, o której coś się tu jeszcze powie, wiodąca nierzadko tuż przy samym Adriatyku domagającym się nieustannych pieśni pochwalnych, jakie mu naprędce nuciłem licząc na jego przychylność w przyszłości. Wiadomo, z morzem nie pożartujesz.  
Naprawdę z Polski jedziesz?, zapytał na światłach sennego Tessera niedaleko Wenecji włoski motocyklista. Obejrzałem się na wszystkie strony i po upewnieniu się, że pytanie kierowane jest do mnie, odpowiedziałem twierdząco. Na to on luz wrzucił, z motocykla zszedł (er6n od Kawaskiego), pochwycił mnie mocno i razem z motocyklem do góry mnie podniósł. Ja też podróżnik, powiedział z entuzjazmem, przez Włochy zmierzam do Włoch i dalej na Włochy zamierzam jechać, kilka lat na sprzęta zbierałem, a skoro już uzbierałem to jeżdżę do Włoch przez Włochy, a jak już jeżdżę to i zatrzymać się nie mogę… A ty, Polako, na blachach z Polski, tutaj, od kraju swego oddalony… brawo, Polako, brawo!
Dość dziwnie się poczułem, kiedy on tak mnie w górze trzymał, więc kiedy skończył, także z motocykla zsiadłem i również ku górze go z trudem wzniosłem, mówiąc: ta podróż to moje wielkie marzenie było, bo jak na razie podróżowałem przez Polskę do Polski i dalej na Polskę się kierowałem ze specjalnym uwzględnieniem jej południowych rewirów, a teraz horyzonty poszerzam w Italii pięknej.
Ja też kiedyś z Włoch, przez Włochy do Polski się udam, odpowiedział bardzo miły południowiec i tam razem będziemy przez Polskę do Polski jeździć.
Będziemy!
Włoska SS14 przy całej swojej malowniczości ma jedną, zwłaszcza dla motocyklistów, wadę: jest prosta niemal na całej swojej długości. Tak, wiele jest takich dróg, ale ta wydała mi się wyjątkowa. Jadąc w upale odnosiłem chwilami dziwne wrażenie, że ta trasa wiedzie w najdalsze i najbardziej tajemne rejony świata. I nigdy się nie skończy. Błogosławieństwem były dość liczne ronda, z których usług korzystałem poprzez kilkukrotne ich objeżdżanie.


CIEKAWOSTKA
Byłem prawdopodobnie jedynym użytkownikiem włoskiego ruchu drogowego komunikującym się na rondach kierunkowskazami. Nie używały ich kobiety, panowie z wąsem i bez. Brodaci brali z nich przykład. Młodzież nie włączała nawet świateł mijania. Nie tylko młodzież, gwoli ścisłości. Może tam nie trzeba…
W Lido di Savio, ostatnim przystanku przed celem Podróży na campingu pobrano ode mnie 15 euro i 50 centów. W tej cenie zaoferowano mi basen pełen dziecków, piwo chłodzone w campingowym markecie za 2.50 (ciepłe „stało” 1.20). Uznając warunki tu panujące za zbyt komfortowe, żeby nie powiedzieć: idylliczne wczesnym rankiem ruszyłem dalej.
Jakże miałem później, nieszczęsny, do tego ciepełka tęsknić!  


Superstrada do Super Rzymu
Od Lido di Savio do drogi międzynarodowej E45 transformującej się kilkadziesiąt kilometrów przed Rzymem w płatną autostradę A1 nie było daleko. Dystans obsiany licznymi kierunkowskazami, których w Italii jakby więcej niż w Polsce pokonałem bez zbędnego turystyce pośpiechu, napawając się zapachem rozsianego tu i ówdzie obornika, jednoznacznie kojarzącego się mi się z wakacjami spędzanymi na wsi u Dziadków w czasie głębokiego szczenięctwa.
Apeniny pojawiły się stosunkowo szybko. Okraszone kasztelami, zameczkami, tunelami, groźnie wypinającymi się na świat skałami oraz wietrzykiem nieustannie bratającym się z porywistym wiatrem zwłaszcza na otwartych przestrzeniach wzbudzały respekt dopraszając się o fotograficzne udokumentowanie. Zdjęcia pstrykałem i licząc mijające mnie na jednym z postojów motocykle znalazłem nawet ciastka czekoladowe: nowe, nieużywane, italskie, pyszne…   


Exit number 5
Na stacji benzynowej za autostradowymi bramkami uprzejmy Włoch poinformował mnie, że do interesującego mnie campingu prowadzi zjazd numer 5. GPS mówił to samo, ale z człowiekiem rozmawia się jakoś inaczej. Wyłączyłem elektronikę. Skorzystać z niej miałem dopiero we Wiedniu.  
Camping Tiber ulokowany, jak nazwa dosadnie wskazuje: nad rzeką pamiętającą czasy Pięciu Dobrych Cesarzy oraz wielu innych Pierwszych Obywateli i Ojców Ojczyzny, którym władza nierzadko pootwierała drzwi do szaleństwa zwieńczonego okrucieństwem oraz wyrafinowaniem trudnym do zrozumienia nawet przez współczesną psychiatrię. Niósł prąd miejscami niemalże lazurowej rzeki opowieści o czasach bezpowrotnie minionych, a wiatr rozwiewał te barwne historie na wszystkie strony nakłaniając do słuchania. Tak, chłonąłem je z rozdziawioną gębą – po to przecież tu przyjechałem…  
Camping Tiber oprócz czternastu kilometrów do centrum Rzymu, ociekających świeżością, tętniących muzyką sanitariatów oferował także miłą polską recepcjonistkę, basen oraz towarzystwo starszych Włochów, którzy nie omieszkali w swoim, a nie rozumianym przeze mnie języku przypomnieć o Papieżu Polaku niezapomnianym w tym rejonie świata oraz w innych rejonach. A to wszystko za 18.50 euro, przy czym muszę zaznaczyć, że pogawędki w języku polskim z recepcjonistką oraz z włoskimi turystami w języku migowym były zupełnie gratis.
Po skorzystaniu z prysznica, ale i też z towarzyszącej mu muzyczki wydobywającej się ze sprytnie rozmieszczonych głośników pozwoliłem powieść się campingowemu autokarowi na stacyjkę kolejową Prima Porta, skąd pociąg dostarczył mnie do Flamino. Chwilę później spacerowałem Via del Corso.
Znalazłem się w sercu miasta z moich snów…


*Napój gazowany zakupiony w campingowym sklepiku. Na mieście kosztował – w zależności od sklepu – 40, bądź 50 centów.
** Nigdy nie czułem tam żadnego smrodu, nawet w najbardziej zapuszczonych uliczkach. Co najwyżej czasem pojawiały się jakieś zapaszki, od których miasto tak rozlokowane, portowe nie może się uchronić. Malkontenctwo to straszna choroba. Boję się nią zarażonych i po prostu unikam.
*** W Wenecji byłem dwa razy i zawsze widząc wspomniane reklamówki robiłem zakłady sam ze sobą stawiając spore sumy na Polaków. Zawsze wygrywałem. Nie wiem, kiedy ten drugi to wszystko spłaci.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz