poniedziałek, 14 listopada 2016

"Omar" (2013) - strzały donikąd

Aby lepiej zrozumieć palestyński film Hany Abu-Assada, “Omar” (2013) warto zapoznać się ze skomplikowaną sytuacją na Zachodnim Brzegu Jordanu, gdzie rozgrywa się opowieść - nic nie jest tam pewne, proste, ani oczywiste. Dawny teren, gdzie przed wiekami istniały historyczne krainy Judei i Samarii, dziś jest strefą tysiąca i jednego konfliktu, przy czym nierzadko przybiera on formę zbrojną. Palestyńscy bojownicy potrafią strzelać równie dobrze, jak izraelscy żołnierze, a końca tej ołowianej przepychanki nie widac i nie słychać.


Ale tam, gdzie toczy się wojna musi znaleźć się miejsce na miłość, której źródła w niespokojnych czasach biją zawsze najmocniej prowadząc - jak to nierzadko w życiu, ale i również w filmowych opowieściach bywa - do tragedii. Bez niej przecież - jako stymulatora najróżniejszych działań - świat byłby pustynią.  


Tragedię jednak najczęściej poprzedza sielanka. I tak dzieje się w opowieści Hany Abu-Assada: jest palestyński młody piekarz, tytułowy Omar (Adam Bakri), którego serce bije mocno dla pięknej Nadji (Leem Lubany) w nadziei, że jej serce poczuje i odwzajemni rytm miłosny. Nadja jest także siostrą Tareka (Iyad Hoorani), a ten z kolei walczy z bronią w ręku o wolną Palestynę i wspólnie z Omarem oraz Amjadem (Samer Bisharat) planują zastrzelić izraelskiego żołnierza, co w ich rozumieniu ma sprawić, że Palestyna będzie bardziej wolna, niż przed chwilą oddania strzału.


Sytuacja gmatwa się. Splot okoliczności działając na niekorzyść Omara sprawia, że ląduje on w izraelskim więzieniu, gdzie początkowo jest torturowany, a potem podstępnie nakłoniony do przyznania się do winy, co w oczach izraelskiego prawa wystarcza, aby skazać go na blisko sto lat więzienia.
Nie może sobie na to pozwolić, bowiem szaleńczo kocha Nadję, chce być kochanym i zrobi wszystko, aby poczuć smak jest ust. W tym miejscu zaczyna się tragedia...
O konflikcie palestyńsko-izraelskim napisano już wiele: życie jednak dopisuje dalsze rozdziały powstałych już nierzadko krwawych opowieści. Kręci się zatem karuzela przemocy: łatwo przecież pociągnąć za spust, a potem przy pomocy wielkich słów usprawiedliwiać najokrutniejsze czyny mieszając z polityką siły boskie, których nikt o zdanie nie pyta czy pragną stać się stroną niekończącego się sporu.


Porażająca w obrazie Abu-Assada jest osaczenie i niemożność ucieczki identyczna dla każdej ze stron konfliktu, którego nikt nie potrafi uniknąć, a którego genezy wypatrywać można w czasach dużo starszych od chwili ustanowienia państwa Izrael.
Wikłają się więc młodzi ludzie pokroju tytułowego Omara w miłość oraz w śmierć, co poniekąd zgodne jest z naturą człowieka, choć z pewnością najlepiej kochać długo, a umierać krótko. Stają w obliczu tych, których nakazuje się im nazywać wrogami i pozbawia ich życia, wiedząc, że pozostawić w spokoju tego nie sposób, a każda wystrzelona kula zostanie poddana intensywnemu dochodzeniu.
“Omar” przy pomocy realizmu nie mającego nic wspólnego z magicznym opowiada - choć nie jest jasne czy takie właśnie były intencje reżysera, bowiem pamiętać należy, że film jest palestyński, reżyser także i nie trzeba być słynnym detektywem, aby dostrzec po której szali postawił ciężarki w ocenie izraelsko-palestyńskiego konfliktu - o nonsensie bezpardonowej walki, w której każdy chwyt jest dozwolony, nie ma granic dla żadnego, choćby najbardziej krwawego działania, a wszystko to odbywa się pod egidą nacjonalizmu: największej i niestety, nieuleczalnej choroby świata, która niczym złośliwy tumor atakujący ośrodek mózgowy nie pozwala dostrzec innego, inaczej niż przez pryzmat swojego, własnego.

poniedziałek, 7 listopada 2016

"Niewidzialny Wróg" (2015) - I Am The Reaper

Twórcy legendarnej gry komputerowej “Fallout” przekonują, że wojny się nie zmieniają. Teza ta jest jak najbardziej słuszna, jeśli przyjmiemy założenie, że konflikt zbrojny to zwycięzcy i pokonani. Kiedy jednak uwzględnimy rozwijającą się technikę, nagle zrozumiemy, że pole walki wczoraj i dziś różni się w sposób łatwo zauważalny, mimo iż aktorzy wojennych teatrów schodzą ze sceny - tak samo, jak dawniej - nierzadko w wielu kawałkach, nad którymi później w podniosłych ceremoniach roni się łzy, pozwala powiewać flagom i wygłasza mowy o wolności oraz zniewoleniu.


I właśnie o odmienionym polu walki opowiada “Niewidzialny Wróg”, znakomity film Gavina Hooda, autora niezapomnianego “Tsotsi”, gdzie proces zabijania: odhumanizowany i bezduszny wywołuje namiętną dyskusję na najwyższych szczeblach władzy, a od jej przebiegu zależy wiele, a już na pewno życie małej dziewczynki, która znalazła się w miejscu, gdzie zetrzeć musiały się dwie rację, aby jedna z nich mogła skapitulować i dać się porwać wiatrom historii.


Z początku jednak sytuacja w brytyjskim obrazie rysuje się klarownie - są poszukiwani terroryści namierzeni w jednym z domów afrykańskiego kraju, piloci krążącego na niebie drona uzbrojonego w dwa pociski zdolne zrobić większa krzywdę niż kibice drużyn piłkarskich na wyjeździe, a także brytyjscy i amerykańscy oficjele zawiadujący akcją, której początkowym celem miało być pojmanie poszukiwanych terrorystów, później zaś ich nieplanowana, spontaniczna eksterminacja przy użyciu samolotu bezzałogowego.    


Wszystko idzie zgodnie z planem do chwili, gdy na arenie wydarzeń, precyzując: w bezpośredniej bliskości celu ataku zatrzymuje się mała dziewczynka i zaczyna sprzedawać chleb wypiekany przez jej matkę w dzielnicy kontrolowanej przez bojówki Al-Shabab, które z  miłości do wyznawanej przez siebie religii czynią nienawiść zwłaszcza wobec tych, którzy miłują innych bogów, bądź do kwestii teologicznych podchodzą mniej fanatycznie niż oni.


I zaczyna się żarliwa debata o sensie likwidacji terrorystów przygotowujących kolejnych męczenników wiary oraz bezsensie tego posunięcia, gdyż jego efekt z dużym prawdopodobieństwem narazi na szwank małą dziewczynkę, której być może nie uśmiecha się sprzedaż chleba w dzielnicy islamskich radykałów, ale na pewno nie spieszno jej przywitać się z Bogiem zdającym się rządzić w jej rodzinnym kraju przy pomocy karabinów maszynowych radzieckiej konstrukcji, publicznych egzekucji oraz samobójczych ataków...   


Racje zwolenników i przeciwników ataku ważą się w ogniu kontrowersyjnych spekulacji. Pojawia się przerzucanie odpowiedzialności ze stołka na stołek. Nie brak też twardych głosów za i przeciw. Atmosfera staje się duszna. Nie ma w tu miejsca na akademickie spory mające stać się pożywką dla środowisk naukowych. Czas płynie. Taki ma już zwyczaj...    
“Niewidzialny wróg” udowadnia, że bez pomocy wielkich nakładów finansowych i nawet niezbyt porywającej gry aktorskiej głównych bohaterów (nie przekonuje ani Helen Miren w roli chłodno myślącej pułkownik brytyjskiej armii ani Aaron Paul, jako szarpany wątpliwościami porucznik armii amerykańskiej) - ale może w owej stonowanej ekspresji, żeby nie powiedzieć: w jej braku tkwi cały sekret.

środa, 26 października 2016

"Narcos" (2015 -) - Pablo, Bóg i reszta świata

Od tysiącleci człowiek zwykł pytać nie tylko samego siebie co zrobić, aby zostać zapamiętanym, wspominanym, aby imię jego nie przepadło gdzieś wśród podobnie brzmiących imion, aby pieśniarz z tej czy tamtej epoki mógł przy pomocy swojego kunsztu unieśmiertelnić je i nadać barwnych znaczeń.


Niektórzy mierzyli się z matematycznymi wzorami popadając przy tym w obłęd. Inni zapuszczali się w głąb dziczy próbując wydrzeć jej wszystkie tajemnice. Byli też tacy, którzy zakładali kartele narkotykowe. Np. w Kolumbii. Precyzując: w Medellin. Posługiwali się na chrzcie danym imieniem, Pablo. Po ojcu zaś z dumą przedstawiali się Escobar nie wiedząc u progu życia, że w swoim czasie policyjne akta oznaczone tymi danymi osobowymi ważyć będą nie mniej niż przeciętny przerzut kokainy do Miami.  
Dramatyzując na potrzeby serialu życie jednego z najbrutalniejszych bandidos w historii nie tylko Kolumbiii, ale i całego świata twórcy “Narcos” zrealizowali jeden z lepszych seriali telewizyjnych w historii gatunku. Nie bawiąc się w łagodne wstępy od razu przeszli do sedna i tkwiąc w nim przez dwadzieścia odcinków dwóch sezonów wysoko ocenianego w rankingach serialu obiecali, że dwa kolejne sezony skrupulatnie zaprezentują działalność, od której nie odprowadza się podatków do skarbu państwa.
Wiele mówić można o filmowym Escobarze, w którego wcielił się brazylijski aktor Wagner Moura znany m.in. z doskonałych dwóch części “Elitarnych” (2007, 2010) przedstawiających niełatwą działalność BOTE, specjalnej jednostki policji zajmującej się zwalczaniem przestępczości w fawelach oraz z przejmującego obrazu - (“Śmieć”, 2014) - głośno opowiadającego się przeciw korupcji drenującej Brazylię. Jedno powiedzieć trzeba na pewno - Moura stworzył kreację doskonałą, genialną: przejmującą i elektryzującą, wzbudzającą grozę samą tylko artykulacją, nieobliczalną i jakby nie mieszczącą się w kadrze, dominującą wszystkich i także każdego dotykającą.     


Odcinek po odcinku ukazane zostało barwne, ale i także szare - o tej szarości za chwilę - życie Pablo Escobara, który pragnął być wszystkim, tak bowiem wielka w nim była świadomość, że urodził się nikim. Niczym starożytny rzymski dyktator obrał jeden cel, do którego prowadziły drogowskazy oznaczone odpowiednio: bez skrupułów, bez litości, bez przebaczenia oraz najważniejszy z nich; po trupach, którym Escobar kierował się nadzwyczaj chętnie, o czym świadczyć mogły ślady z ludzkiej tkanki, jakie pozostawiali wierni mu sicarios realizujący pomysły swojego padrone.


Przeciętny widz w oszałamiającym, ociekającym całą paletą barw serialu, w którym krwistoczerwony odgrywa niepoślednią rolę dostrzec może - i jest to niewątpliwie pułapka - rozmach i wielkość jednostki. A także swoje urzeczywistniające się materialne marzenia. Mieć i móc wszystko. Być ponad tymi, którzy są ponad wszystkim. Nad lśniącymi lazurową wodą basenami spijać nektar zakrapianych najlepszym alkoholem drinków. Wozić się i nosić. Być i bywać. Choćby i przy pomocy ołowianych kul, detonujących się bomb, rozrywanych pociskami samochodów. Ale to tylko iluzje, które prędko rozwiewają się, kiedy serialowa lokomotywa nabiera prędkości i pokonując stacje kolejnych odcinków najwierniej jak tylko się da przypomina to, o czym przed laty wielu mieszkańców Kolumbii pragnęło zapomnieć.    


Ale obok barw - jak się rzekło - pojawia się także szarość...
Szarość życia Escobara najdobitniej ujawniła się w całej swojej perfidii w chwili, gdy narkotykowy baron zaszczuty i zmuszony do nieoczekiwanej zmiany miejsca zamieszkania musi zadbać o komfort swoich dzieci przy pomocy banknotów o wysokich nominałach, którymi pali w piecu, aby zbawienne ciepło mogło przeniknąć członki ukochanych pociech. Szarość luksusowych więzień, jakimi w istocie były wszystkie jego hacjendy. Szarość człowieka posiadającego wszystko, a jednak nie mogącego niczego.


Kim był naprawdę Pablo Escobar? Politykiem kupującym w początkowej fazie działalności głos biedoty mający zagwarantować mu miejsce w parlamencie, w którym był raczej osobą niepożądaną? Mężem podobnie jak wielu innych uwikłanych w wyniesioną na piedestał rodzinę oraz oddającą mu każdą cześć ciała kochankę? Nienasyconym watażką pragnącym za wszelką cenę pozostać na szczycie łańcucha pokarmowego, skąd wszystko widać i słychać najlepiej, a i samemu jest się równie dobrze widzianym i słyszanym? Żywą legendą Medellin?
Grał każdą z tych ról. I przepadł na scenie, którą stworzył. Światła zgasły. Ale serial trwa i trwać będzie nadal.

poniedziałek, 10 października 2016

"Płomień" (2014) - chcę, mogę, w nic nie wierzę

Naród, który wydał na świat pogromców perskiego Króla Królów Ksereksesa musi wiedzieć czym jest okrucieństwo. Świadomy jego potęgi wydawał się być także Syllas Tzoumerkas, kiedy w roku 2014 postanowił opowiedzieć bezpardonową historię rozkładu i rozpadu jednostek na tle upadającego, trawionego kryzysem państwa, gdzie nic nie jest pewne, gdyż pewność została już wykupiona przez obce siły, a to co zostało, nie pozwala nawet być niepewnym, więcej: z trudem przyzwala żyć. Ale cóż to za życie…


Niczym karabinowe wystrzały oddane z broni radzieckiej produkcji przez niewprawionego w boju islamskiego bojownika: prędko i chaotycznie pędzi akcja przyspieszającego bicie serca dramatu “Płomień”. Bełtają się w scenariuszowej brei losy głównych bohaterów, zazębiają, a nawet - używając terminologii weterynaryjnej - mnożą się, parują, jednak nie zmienia to niczego: pustka ich otaczającą plus ich własne pustki oraz pustka postępującego kryzysu ekonomicznego to zbyt dużo do udźwignięcia nawet dla najsilniejszych. A silną osobowością jest z pewnością Maria (w tej roli znakomita, znana z “Kła” Aggeliki Papoulia), która zmaga się nie tylko z własnym życiem i wynikającymi z niego perturbacjami, ale zaczyna także rozważać - niczym dawni greccy mistrzowie myśli - nad sensem istnienia, niestety, nie znajdując go, ani w sobie samej, ani w rodzinie.  


A pętla życia zaciska się nieubłaganie: piętrzą się nieopłacone podatki, upadają firmy, kurzem porastają wezwania do spłaty kredytów, zwielokrotnia się nonsens, którego nie udaje się przepędzić nawet w chwilach nazwanych wyżej przy pomocy słownictwa nieobcego lekarzom przywracającym zdrowie zwierzętom.  


Najbardziej potworna w obrazie Tzoumerkasa jest bezwyjściowość gnębiąca głównych bohaterów upiornego widowiska, którego nie rozjaśnia nawet lazur Morza Egejskiego, ani promienie słoneczne próbujące pieścić dusze Greków przez średnio trzysta dni w roku. Co ma być, być musi, a to, o czym się marzy, pozostaje w sferze być może najpiękniejszej, ale i także okrutnej: w sferze niespełnienia.
Nie opowiada się w “Płomieniu” o niczym nowym, nie formuje się tu oskarżeń wobec rzeczywistości w sposób nad wyraz wysublimowany. Robi się po prostu to, co od zarania dziejów zwykł robić człowiek: wali się głową w mur, a kiedy ten okazuje się trwalszy od czaszki, wali się w niego jeszcze mocniej w nadziei, że ta drastyczna metoda wyda jakiekolwiek owoce. Choćby i śmiertelnie trujące.  

poniedziałek, 3 października 2016

"Pociąg do Pusan" (2015) - żywią, nie bronią

W ostatnich latach popkultura wypowiedziała się wielokrotnie w temacie nieumarłych na wszystkich możliwych polach. Sprytni producenci na podstawie słupków danych dostarczonych im przez wyspecjalizowane firmy - choć na dobrą sprawę obyłoby się i bez nich - zgodnie stwierdzili, że to, co zrobił George Romero w roku 1968 reżyserując czarno-białą wizję ekspansji zombich sprzedaje się dziś równie dobrze, mimo iż zamiast wojny w Wietnamie media komentują tę rozgrywającą się w Syrii.


W Korei Południowej sprytni producenci przebiegłością nie ustępują amerykańskim i zgodnie z tym, co powiedziały im wspomniane słupki, postanowili zrealizować spektakularną wizję walki o przetrwanie rozgrywaną między tymi, którzy dar życia otrzymali od swych rodziców, a pokąsanymi przez śmierć popaprańcami, dla których życie nie przedstawia żadnej wartości.
Niech chowa się przy tym Hollywood wraz ze swoją ostatnią i średnio udaną wielką bitwą z nieumarłymi przedstawioną w “World War Z” (2013) Marca Fostera z Bradem Pittem w roli głównej.


O co idzie? O to, co zwykle. Są nieżywi i żywi. Pierwsi uciekają, drudzy ich gonią. Wirus odpowiedzialny za mutację przeniknął do atmosfery za sprawą złej korporacji. Wśród głównych bohaterów znaleźli się ojciec zaniedbujący swoje obowiązki względem swojej sześcioletniej córki, małżeństwo oczekujące narodzin potomka, drużyna bejsbolowa ze specjalnym uwzględnieniem cheerleaderki i jej chłopaka oraz jeden wyjątkowo paskudny typ, być może bardziej odrażający od hordy perfekcyjnie zwizualizowanych nieumarłych.


A wszyscy oni znaleźli się w tytułowym pociągu do Pusan, gdzie tuż przed odjazdem udało się przedostać pokąsanej przez zombich dziewczynie, która szybko mutując domaga się tego, czego pozostali żyjący inaczej.  
Zachwyca w filmie ruch i dynamika: obraz Sang-ho Yeona zdaje się od nich eksplodować, a niezwykle ekspresyjny sposób poruszania się tych, którzy nie mogąc już żyć, pragną przeobrazić w zombie innych budzi - jak powiadają niektórzy recenzenci “autentyczną grozę”.


Nie mniej prawdziwy strach zdają się budzić także same ofiary zmasowanego ataku, które w walce o swoje życie - nie pierwszy raz w historii swojego gatunku - potrafią zamienić się w monstra znacznie bardziej paskudne, niż wielokrotnie tu przywoływane, wykrzywione bólem pokraki żerujące bezmyślnie na ludzkich organizmach.
I to chyba jest sedno koreańskiego filmu, bowiem “Pociąg do Pusan” to nie tylko opowieść o hordzie oszalałych nieumarłych i nastawionych na konsumpcję pasożytów, ale także wnikliwa “adoracja” ludzi, którzy - jak to już niejednokrotnie bywało - ludziom zgotowali nie najlepszy los. A także pomnik dla tych, którzy stojąc w opozycji do poczynań "złych kolesi" zdolni są do najwyższych poświęceń.   

poniedziałek, 19 września 2016

"Stranger Things" (2016 -) - Coś na rzeczy

Historia opowiedziana w ośmiu odcinkach pierwszego sezonu doskonałego serialu rozgrywa się w czasach, kiedy Stany Zjednoczone Ameryki Północnej zwane dalej Ameryką z elitą rządzących na czele szykowały się na śmiertelne bój ze Związkiem Socjalistycznych Republik Radzieckich zwany dalej Ruskimi. Prężyły się w silosach ruchomych i nieruchomych pociski międzykontynentalne zwieńczone głowicami jądrowymi gotowymi zgotować los, jaki przypadł w udziale nieszczęśnikom z Nagasaki i Hiroszimy.


Niektórzy z Amerykanów eksperymentowali, a tak przynajmniej twierdzą bracia Duffer, twórcy serialu “Stranger Things”, który dla wszystkich przeżywających dzieciństwo w cudownych latach osiemdziesiątych w towarzystwie “Gwiezdnych Wojen”, “Indiany Jonesa”, “Goonies”, “Obcego”, horrorów klasy A i B z przewagą tych drugich oraz muzyki Johna Carpentera, a także jego obrazów z “Coś” na czele powinien być produkcją co najmniej obowiązkową.    
Bo po prawdzie - choć Ruscy w serialowym tle zdają się odgrywać niepoślednią rolę - o Coś się w serialu rozchodzi…


A jest ono mroczne i tajemnicze, odległe, a jednocześnie bliskie, namacalne, ale także nie dające się dotknąć: szydercze i kpiące, potworne w swej nienasyconej istocie, wdzierające się w życie kilku gimnazjalistów zafascynowanych grami fabularnymi, Tolkienem i “Gwiezdnymi Wojnami”, czyli tym czym w latach osiemdziesiątych zajmowało się mnóstwo nastolatków.
A kiedy Coś zaistniało w życiu dzieciaków lawina wydarzeń zmiotła ich dotychczasowe wyobrażenie o rzeczywistości, wywróciła je na drugą stronę, za którą prawda objawiła się w swojej najstraszliwszej i budzącej grozę formie.  


Od pierwszego odcinka - jak to powiadają niektórzy recenzenci - “nie ma miejsca na nudę”: zaginięcie Willa Byersa (Noah Schnapp) wytrąca z utartych szlaków nie tylko jego rodzinę ze specjalnym uwzględnieniem matki, Joyce (niezwykle w tej roli dramatyczna i niemalże teatralnie histeryczna Winona Ryder, której gwiazda być może znów zajaśnieje mocniej na firmamencie aktorskiego nieba), ale i miejscową policję pod wodzą surowo doświadczonego przez życie komendanta Jima Hoppera (David Harbour).


A potem jest - jak często mawiają recenzenci - “już tylko lepiej”. Tzn. gorzej dla mieszkańców małego miasteczka, gdzie rozgrywa się serialowa opowieść, bo za wszystkim, co się dzieje mogą stać przecież nieobliczalni Ruscy, o których już coś się tu przebąknęło.  
Wiele może się w “Stranger Things” podobać, a już na pewno to, że specjaliści od castingów zrezygnowali z typowo hollywoodzkiej urody i koncentrując się na postaciach charakterystycznych wysupłali z tłumu juniorów serialowych Mike’a (Finn Wolfhard), Dustina (Gatten Matarazzo) i Lucasa (Caleb McLaughlin), którzy w perfekcyjny sposób oddali ducha dziecięcej solidarności, przyjaźni, strachu przed Ruskimi i przynależności do amerykańskiego narodu uwielbiającego wysoko łopoczące flagi usiane gwiazdami.


Jak się rzekło: zafascynowani światem fantasty i science-fiction, grami fabularnymi chłopcy nie mają pojęcia, że zło, z którym tak chętnie walczą bohaterowie ich dzieciństwa oraz oni sami w fikcyjnych światach czai się za przysłowiowym rogiem i jest nie mniej groźne, a może i nawet groźniejsze niż Demogorgon z “Dungeon & Dragons”. Jednocześnie - wraz z pozostałymi bohaterami “Stranger Things” - zdają się potwierdzać, że zrobić z wyświechtanych filmowych kalek trzymające w napięciu widowisko to naprawdę duże Coś.


niedziela, 4 września 2016

"Gomorra", Homole i maść z konopii

Musiał wiedzieć Roberto Saviano, że publikując opowieść o neapolitańskiej mafii śmiertelnie narazi się co bardziej radykalnym, jeśli nie wszystkim komórkom wieloletniej instytucji mającej niebagatelny wpływ na rozwój tych gałęzi gospodarki Italii, od których nie odprowadza się podatku dochodowego.
Wiedział, a jednak zrobił, co postanowił.


Pytania odwieczne
Świeżo po skończonej i z pewnością spóźnionej lekturze wydanej w 2006 “Gomorry” - cóż jednak znaczy te dziesięć lat wobec nieprzemijalności opisanych w książce zjawisk - a także po obejrzeniu serialu pod takim samym tytułem bliski byłem stwierdzenia, że w donosicielu - choćby i tym w imię zasad, prawdy, sprawiedliwości, itd, etc. - jest coś niesmacznego. Wydaje się być przecież “Podróż po imperium kamorry” regularnym donosem na pewną grupę ludzi, na nielegalny System, który istniejąc tuż obok tego zatwierdzonego oficjalnymi uchwałami i kodeksami robi to do czego został powołany: usiłuje wzbogacić się kosztem innych. I przypuszczam, że nikt mu w tym nie przeszkodzi, nawet jeśli z jego szeregów wykreślane będą kolejne nazwiska czy to przez policyjne działania czy wewnętrzne wojny klanów.   


Czyż jednak historia cywilizacji nie jest jednym wielkim pasmem wyzysku, rabunku dokonywanego w imieniu bądź bez imienia? Czy ktoś może to zmienić? Czy udaremnienie przez policję przemytu choćby i dziesięciu ton kokainy wprowadza nową jakość do zawiłych relacji stróżów prawa z tymi, którzy prawem gardzą i żyją wedle własnych reguł? Czy zeznania byłych bossów mafijnych zmieniły cokolwiek trwale w historii zorganizowanych grup przestępczych?


Cytując Saviano: “Aby ratować własną skórę Rocco został świadkiem koronnym. Po jego zeznaniach państwo zapewniło ochronę dwustu osobom (…) Na nic jednak zdała się ta współpraca. Zeznania “skruszonego” nie ułatwiły pracy prokuratury: nie udało się nawet zadrasnąć wierzchołka klanu”.
Aby należycie odnieść się do tego być może zbyt surowego stwierdzenia - donos czy nie donos? - zapakowałem na szesnastoletni motocykl produkcji japońskiej niezbędny, a skromny dobytek i przetransportowałem się do Krościenka nad Dunajcem. Tam na polu namiotowym Cypel w bezpośrednim sąsiedztwie tysiąca i jednej atrakcji umysł mój wydaje się być bardziej analityczny i płodny niż w oparach krakowskiego powietrza, z którego składu aktualnie doktoryzuje się co najmniej czterech przyszłych profesorów, bo o kopiowanych nachalnie pracach magisterskich nie ma co wspominać.

Widok na Cypel
Jadąc “zakopianką”, a później drogą nr 968 i dalej 969, próbowałem na poczet przyszłych dociekań ustalić najlepszą definicję donosiciela. Niepotrzebnie. Wystarczyło przecież zajrzeć do Słownika Języka Polskiego, aby przeczytać: “osoba, która obserwuje kogoś lub jakieś środowisko i donosi o tym komuś, zwykle w celu uzyskania jakichś korzyści; kapuś, denuncjant, denuncjator, konfident”.
Niby wszystko się zgadza. Ale z drugiej strony czy upublicznienie faktów powszechnie znanych policji, prokuraturze i zwykłym mieszkańcom Neapolu można uznać za donos? Czy głośne nazwanie złodzieja złodziejem, mordercy mordercą i obwieszczenie tego miastu i światu jest przejawem konfidencji?  


Realizm niemagiczny
Reżyserując w roku 1996 pierwszą część trylogii “Pusher” wzniósł Nicolas Winding Refn kino gangsterskie na zupełnie nowy poziom realizmu, na ten, do którego drzwi rok wcześniej zapragnęli zapukać autorzy manifestu Dogma 95. Wprawdzie Refn nie znalazł się wśród sygnatariuszy dokumentu, musiał znać naczelne zasady nowego sposobu opowiadania życia przy pomocy ruchomych obrazów, jak choćby tę naczelną: kamera ma obejść się bez statywu i nieustannie w ruchu podążać za bohaterami wydarzeń.  


Dalece serialowi “Gomorra” - którego drugi i definitywnie zakończony sezon niespecjalnie wróży powstanie kolejnego - do surowej formy “Pushera”, jednak podobnie, jak w duńskiej trylogii stopień realizmu jest wysoki, postacie wyraziste, scenerie naturalne i być może najbardziej przerażające. Dramat zaś umiejętnie to gaszony, to rozpalany przez scenarzystów - bo jest przecież “Gomorra” serialem dramatycznym bazującym na najbardziej spektakularnych fragmentach książki Saviano - choć nigdy nie przeradza się w horror, dla niemal wszystkich bohaterów staje się wcześniej czy później koszmarem.


Podobnie jak w książce serial kipi od barwnych typów ludzkich zatrudnionych w konglomeracie występku, gdzie jednego dnia jest się grzebiącym zmarłych wrogów, drugiego przez nieprzyjaciół pogrzebanym. Zło ukazane w serialu, zło przedstawione w książce wzbudza emocje skutecznie eliminując obojętność nawet u najbardziej gruboskórnych.  
Ale zanim powstał serial Roberto Saviano uwijał się na skuterze po Secondiliago i kąpiąc się we krwi ofiar trwającej w kamorze wojny zbierał informacje, kto z kim, kto przeciw komu czyniąc z setek nazwisk wersy w powstającej książce mającej obnażyć znaną wszystkim prawdę. I ta kronikarska precyzja wydaje się być równie przerażająca, co sam świst kul odbierających życie winnym i niewinnym, podejrzanym i podejrzewającym. Z biznesu innych, ze śmierci, narkotyków, z biedy, nędzy, z marzeń nastolatków zatrudnianych przez mafię uczynił swój interes. A potem sprzedał temu, kto dał więcej. Chcąc nie chcąc, stał się częścią Systemu.


Nie przemawia przecież w “Gomorze” socjolog przy pomocy naukowych kluczy otwierający drzwi porządku rzeczy, lecz człowiek-oskarżyciel próbujący wykrzyczeć to, o czym zwykło się głośno milczeć i milcząco omawiać.
Donos czy nie donos?
We współczesnym świecie: cynicznym, androidowym, sprowadzanym do facebookowego, koniecznie zabawnego obrazka coraz trudniej uwierzyć w czystość intencji i serca, w nieskalaność przekonań, w bezinteresowność przekazu. Zresztą, każdy ma prawo do własnego osądu.
I sądzi.
  
Martwe natury
Szedłem z Krościenka w stronę Jaworek w towarzystwie bezchmurnego nieba. Rozlewało się po nim bezczelnie słońce nie dając miejsca na kawałek choćby chmury. Sunęły obok busy z turystami. Zieleniły się łąki i lasy. Błękicił Dunajec. Wyruszali na pierwsze kursy pienińscy flisacy, a mnie dręczyło nie rozstrzygnięte pytanie: czy “Gomorrę” należy traktować, jako donos tak jak robią to kamorryści, czy może przejaw najgłębszego humanizmu dwudziestosiedmiolatka - bo tyle lat liczył sobie autor “Gomorry” w chwili premiery książki - próbującego uratować to, co jest nie do uratowania, jak z pewnością uczynili to redaktorzy naczelni niedzielnych wiadomości i sobotnich popołudniówek?   


Wąwóz Homole nie powstał w ciągu jednego dnia. Formował się latami, milionami lat. Jego niewzruszone piękno przetrwało wszystkie możliwe zawieruchy. Neapolitańska mafia zawiązana w 1820 roku w więzieniach potrzebowała znacznie mniej czasu, aby udowodnić swoim członkom, że pięknie jest wzbogacać się nie zważając na nic, ani na nikogo.  



Osiedle Secondigliano nie może poszczycić się tak długą historią, jak Wąwóz Homole. Zaprojektowane w latach sześćdziesiątych ubiegłego stulecia zbudowane zostało w przeciągu dwóch kolejnych dekad. Dobitnie przedstawione w serialu blokowiska wydają się górować nad wszystkimi i determinować ich poczynania. W nich przechowuje się narkotyki, broń. Tam załatwia się interesy. Przed nimi dziecięce czujki ostrzegają o przybyciu nieproszonych gości.




W przeciwieństwie do pienińskiego wąwozu nie widać tam rzadkich okazów fauny i flory. Kokaina i haszysz to normalność. Wśród martwych blokowisk na swoim skuterze jeździł Saviano i skrupulatnie notując zastaną rzeczywistość rozmyślał. Bo i było nad czym. Kto? Kogo? Z kim? W jakim celu? Powstała później z tego wyliczanka podparta stenogramami podsłuchanych przez policję rozmów okraszona rozważaniami nad istotą nędzy i zbrodni, które od wieków nieustannie kroczą ze sobą w parze. W sam raz dla maluczkich cieszących się podczas lektury książki, że świat w niej przedstawiony jest im obcy. I że wśród wyznaczonych ustawowo roboczogodzin zapomnieć będą mogli, o tym, co czytali.  


Łańcuchy pokarmowe
Z wielką radością odnotowałem podczas drogi powrotnej z Jaworek do Krościenka obecność podjadających na łące bocianów powoli szykujących się do długiego lotu, który za sprawą niezbyt mądrych ludzi z Libanu nie dla wszystkich tych niezwykłych stworzeń okaże się fortunny. Precyzyjne sztychy zadawane podmokłemu podłożu długimi dziobami mimo iż miały w sobie coś mechanicznego i tak emanowały dostojeństwem i gracją. Nawet na dwóch patykowatych nogach biało-czarno-czerwone ptaki przypominały londyńskich arystokratów epoki wiktoriańskiej.


Zabijają, bo muszą, pomyślałem, gdyż jeśli tego nie uczynią, skażą się na zagładę, a na to instynkt samozachowawczy z pewnością im nie pozwoli. Dlatego zabijają, powtórzyłem z uporem. I będą zabijać. Króliki i myszy. Żaby i raki.
Bohaterowie “Gomorry” postępują tak samo. Zabijają, kiedy muszą. W przeciwieństwie jednak do bocianów odbierają życie nawet w sytuacjach, w których nie jest to konieczne. Przypomina się znamienna scena, kiedy w serialu Ciro każe zastrzelić Gennaro narkomana, tak, aby młody syn bossa mógł spojrzeć śmierci w oczy, zaznajomić się z jej magią, aby weszła mu w krew, gdyż bez niej w życiu, które wybrał zostanie zdeptany.  


Siedząc wieczorem nad Dunajcem przy moście w Krościenku zauważyłem, że po drugiej stronie rzeki na dachu jednego z domów bociany uwiły sobie gniazdo. Nagle dostrzegłem zlatującego z przestworzy biało-czarno-czerwonego ptaka. Zataczał dostojnie szerokie pętle nad gniazdem ani razu nie poruszając skrzydłami, podczas gdy skrzydła przelatujących obok kaczek rozpaczliwie młóciły powietrze, aby utrzymać je na żądanej wysokości. W neapolitańskim Secondigliano krąży się podobnie. Wokół bloków. Robią to dilerzy na skuterach, czujki dilerów na skuterach. Skutery są wszędzie. Wprawdzie niewiele jest w tym dostojeństwa, lecz płyną z tego wymierne korzyści finansowe. A już na pewno dla bossów.   
  
AAA. Maść na duszę. Poszukiwana
Naprzeciw Sromowców Niżnych, po drugiej stronie kładki nad Dunajcem łączącej Polskę ze Słowacją znajduje się miejscowość Czerwony Klasztor. Oprócz słynnego muzeum znaleźć można tu kilka sklepów, w których polscy turyści z wielką chęcią zaopatrują się w napoje odmieniające świadomość, zwłaszcza te wysokoprocentowe oraz wszelkiego rodzaju maści ziołowe konserwujące wszystko to, czego wspomniane napoje zakonserwować nie potrafią. Szeroka gama olejków i maści wytwarzanych na bazie konopi indyjskich cieszy się nie byle jaką popularnością, bo podobno wykazuje się wielką skutecznością w walce z przewlekłym bólem stawów czy kości, jakie dosięgną wcześniej czy później każdego. A już na pewno ludzi starszych pamiętających przemówienia Gomułki.  


W Neapolu handel marihuaną zostawia się nastolatkom. Starsi nie chcą się w to bawić. Wyznaczają sobie inne cele. Aspirują do gry o wysoką stawkę. A w tej branży najwyższą stawką jest śmierć, która wszystkich kamorrystów ma na szczególnej uwadze.  
Jest w serialu znamienna scena, kiedy jeden z bohaterów półgębkiem wspomina wakacje w Grecji, które z wielu względów okazały się jego ostatnimi. Mówi o spokoju, jakim cieszył pod helleńskim słońcem, jakiego nigdy nie zazna w Neapolu. Ginie po tym jakiś czas później zamordowany w wyniku rozpoczynającej się wojny klanów.


Stojąc na kładce łączącej Polskę ze Słowacją chłonąłem normalność, jakiej w pełnej wynaturzeń “Gomorze” brakuje. Przyglądałem się pracy flisaków. Wsłuchiwałem się w ich opowieści. Dobiegał mnie śmiech przewożonych. Po słowackiej stronie tłumy wędrowały do Czerwonego Klasztoru. Rozleniwiało pozbawione choćby obłoku niebo zdominowane przez wstrzymaną przez Kopernika gwiazdę. Poczucie spokoju i bezpieczeństwa sprawiały, że tępił się instynkt samozachowawczy. Bo przecież przed czym miałem się strzec w Sromowcach Niżnych?


Gdyby jednak most ten łączył bloki w Secondigliano miejsce flisaków zajęłyby skutery z dilerami. Stałbym spięty. Wszystkie zmysły byłyby wyostrzone. Zagrożenie mogłoby przecież nadejść z każdej strony. Nie wiadomo czy moja niezwiązana z Systemem głowa nie zostałaby wybrana, jako cel dla pistoletu syna bossa, który dzięki mojej śmierci miałby stać się mężczyzną?
Czy doniósłbym światu o poczuciu zagrożenia?


Wyrok
Uwielbiam ranne, niedzielne powroty z Krościenka nad Dunajcem. Zabrzeż, Tylmanowa, Kamienica, Mszana Dolna. Przetrzebione sobotą wioski. Wędkarze próbujący ustrzelić coś na muchę. Wierni przed kościołami. Rosoły bulgocące na domowych kuchniach. Perspektywa niedzielnego obiadu. Spokój, cisza. Góry. Pusta droga zakłócana rzadko pojedynczymi samochodami. I malowniczy, leśny odcinek w okolicach Szczawy. Wypluwa zieleń wilgoć na asfalt. Nie popędzam kół wzdrygających się przed wodą. Obrywam chłodem od tysięcy drzew. Jestem skoncentrowany, bo wiem, że koniec moich rozmyślań jest bliski. Czy aby na pewno koniec?   
Choć klasyfikacja czynu autora “Gomorry”  wydaje się bezdyskusyjna - jeśli ktoś w pierwszej osobie liczby pojedynczej z farmakologiczną precyzją wylicza to, czego ludzie będący jej przedmiotem nie chcieliby, aby zostało wyliczone - wracając do domu wiedziałem, że nie odważyłem na wadze uczynku Saviano. Nie tylko dlatego, że nie miałbym odwagi rzucić kamieniem oskarżenia, lecz z powodu bardziej złożonego: w moim odczuciu każda próba jednoznacznego określenia z pewnością heroicznej postawy Roberto Saviano jest możliwa wyłącznie dla fanatyków.
W moich rozważaniach nic nie było oczywiste.  


W świecie ukazanym w serialu i filmie oraz w książce klasyfikowanej w krajach anglojęzycznych do gatunku non fiction pewna pewna jest jedynie śmierć, która przecięła nić życia nietoperza, na jakiego natknąłem się wędrując z Krościenka do Wąwozu Homole.