Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Słowacja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Słowacja. Pokaż wszystkie posty

piątek, 7 lutego 2014

Droga do Rzymu 2012. Cz. 4 (ostatnia): Alpejski Hardcore

Ktoś powie: to tylko kolejne miasto. Będzie miał rację, choć w moich oczach stanie się profanem, podobnie jak ten, który na Akropolu dostrzec potrafi tylko ruiny i kamienie… O Rzymie jednak na razie pisał nie będę. Zbyt wiele widziałem, zbyt mało czasu upłynęło, nie wszystko się jeszcze przefiltrowało, należycie ułożyło… opowiem o tym podczas jakiegoś chłodnego jesiennego wieczoru. Rozgrzeję się słońcem Rzymu.

Wypluty i przemielony
W drodze powrotnej Apeniny pokazały inną twarz obnażając bezlitośnie na kilku krótkich na szczęście odcinkach niewielką moc mojego motocykla. Czołowy wiatr złączony trwałym sojuszem ze wzniesieniami po prostu zatrzymywał mnie w miejscu. Dosłownie. Mijający mnie z godnością dawnych senatorów obywatele Italii uśmiechali się na ten domagający się uśmiechu widok. Kawy jednak nikt nie zaproponował. O zwykłym cukierku nie wspominając.
Jak stoi, myśleli z pewnością, znaczy, że podziwia.
Prawie się nie mylili.  
Zjazd z Apenin
Wypluty przez Apeniny pomknąłem ku Ankonie. Tam odbiłem w lewo w nadmorską SS16, która powiodła mnie do Miramare obok Rimini, osławionego kurortu na Riwierze Adriatyckiej, gdzie niepodzielnie panował potężny skuterowy Yamah w wersji T Max rolujący się po ulicach w doprawdy hurtowych ilościach oraz ciemnoskórzy sprzedawcy próbujący na ciągnących się w nieskończoność plażach sprzedać zarówno wszystko, jak i nic, przy czym zmuszony jestem zaznaczyć, że przez wszystko rozumie się tu: zegarki, wiertarki, sprężarki, noktowizory, krogulce, gargulce, baloniki, druciki, koguciki, wazoniki, etc...
Nadmorskość
Sprzedawcy
Trzydniowej gościny udzielił mi Camping Maximum na pożegnanie pobierając 46 euro i 50 centów. Wybyczony, wypoczęty, należycie wyplażowany i zbrązowiony wypuściłem się w dalszą trasę wiodącą do Wenecji, której ponownego nawiedzenia ostatecznie nie potrafiłem sobie odmówić, mimo iż z tak blasfemicznym zamiarem nosiłem się niemal przez całą podróż. Zaciągnęła mnie tam ponownie hermetyczność uliczek, międzynarodowy gwar oraz niezłomne przekonanie, że ta niezwykła, pełna cudów wyspa podczas moich przyszłych podróży odegra, ze względu na swój już dość dobrze mi znany port, niepoślednią rolę…  

Jest takie miasto na wodzie…
Zagubić się w Wenecji, aby potem jakby na nowo się odnaleźć, oto zadanie dla każdego: zapomnieć o przewodnikach, miejscach godnych zwiedzenia, mostach skłaniających do westchnień czy muzeach poświęconym geniuszom tego udręczonego świata i przypomnieć sobie słowa Autora z dawnych czasów, który w jednym z utworów właśnie na wyspie się rozgrywających daje wyraz swojemu oczarowaniu.
 Więc ujrzał znowu to zdumiewające wybrzeże, ową olśniewającą kompozycję fantastycznych budowli, które republika ukazywała pełnym uszanowania spojrzeniom zbliżających się żeglarzy: lekką wspaniałość Pałacu i Most Westchnień, kolumny z lwem i świętym na brzegu, przepysznie występujący bok bajecznej świątyni, widok na wieżę i Zegar Olbrzymów; i przyglądając się myślał, że przybyć do Wenecji lądem, na dworzec kolejowy, znaczy wejść do pałacu przez tylne drzwi i że nie inaczej, tylko okrętem, jak on teraz, przez pełne morze, należy zajechać do najnieprawdopodobniejszego z miast.
 Jest sporo prawdy w tej spisanej przez jednego z moich ulubionych literackich Noblistów refleksji. Wjeżdżałem do Wenecji lądem, przez Ponta della Liberta, a także wpływałem do niej na pokładzie tak potężnym, że niemal domagającym się statusu osobnego państwa, który promowi towarowo-pasażerskiemu „Europa Palace” armatora Minoan Lines być może został już przyznany. Wpłynięcie z całą pewnością deklasuje wjechanie, któremu – przez wzgląd na okazałą długość mostu – również towarzyszyć mogą niezapomniane wzruszenia generowane przez rozległość laguny z wdzierającym się nagle w nią miastem.
Wenecja  
Wenecja

„A po nocy przychodzi dzień”… i burza
Świadom nieuchronnego kresu Podróży z żalem żegnałem wenecki Camping Serenissima w nocy ochlapany troszkę burzowym deszczem wieszczonym zresztą na wielu portalach pogodowych.
Mniej więcej dziewięćdziesiąt kilometrów za Wenecją stało się dokładnie to: woda, woda, woda… woda z prawej, lewej, z góry i od dołu. A nawet i od środka. I te grzmoty wdzierające się w kask z mocą Little Boya. I te błyski przecinające posiniałe z wściekłości niebo…
Z powodu widoczności bratającej się powoli z zerową, w której ujechałem kilkanaście (a może i więcej) kilometrów przystanąłem przy sklepie spożywczym na suburbiach Udine. SMS do Polski z prośbą o zlokalizowanie najbliższego campingu rozwiązał sytuację połowicznie. Nieplanowany nocleg rozegrał się w innych, bliższych okolicznościach niż ten sugerowany w krótkiej wiadomości tekstowej.
W międzyczasie odnotowałem jakby mniejszą wodę wypluwaną przez szarobure chmurska. Chwilę później znów byłem w drodze. Najwyraźniej po to, aby przekonać się, że rozgniewani Bogowie z powrotem odkręcili niebiański kurek przed momentem figlarnie przykręcony.  
Cóż mogłem poradzić? Sunąłem dalej z przerażeniem odnotowując, że nie wszystkie samochody korzystają ze świateł mijania oraz z innych świateł. Zbratani z Południem Włosi uważają z pewnością, że słoneczne światło, jakiego działaniu zostają poddawane ich organizmy nie omija także samochodów, które emitując boski blask nie potrzebują dodatkowego wsparcia i w sposób ekologiczny rozświetlają coś, co prezenterzy radiowi całego świata niezmiennie nazywają „fatalnymi warunkami atmosferycznymi”.
I nagle: szczęście! Znak oznajmiał dobitnie, że za pięć kilometrów wędrowiec spodziewać się może bram naprawdę wytęsknionego campingu.

„Wood hauze in de rajt”
Odbiłem w prawo z SS13 i uważnie obserwując znaki informacyjne dotarłem do miejscowości Ai Pioppi, gdzie nocleg znalazłem na ponoć jednym z pierwszych włoskich campingów posiadających korzenie w latach pięćdziesiątych, kiedy powojenny świat wydawał się drżeć w posadach, a zbrojnym interwencjom wciąż nie było końca.
Uprzejmy właściciel w mało znanymi mi języku niemieckim stanowiącym odpowiedź na mój angielski usiłował mi wytłumaczyć panujące na campingu zwyczaje, przy czym dla mnie najważniejsza była zgoda na rozbicie się w drewnianej altanie usytuowanej, podobnie jak cały kompleks, u szczytu monumentalnej góry wydającej z siebie ponure odgłosy niezbyt dobrze nastrajające przemoczonego do cna turystę, jakim w istocie byłem i miałem pozostać przez jeszcze kilka dni.
Nie wiem, co bym bez tej altany zdziałał w tym zziębnięciu i przemoczeniu swoim…
Shelter
Szczęśliwy zaparkowałem Yamaha, rozbiłem na podłodze namiot, rozwiesiłem rzeczy pilnie dopraszające się wysuszenia, a jako, że domagały się wszystkie, niemal nagi, precyzując: półnagi, zagotowałem wodę pod chińską zupkę mającą nadać mojemu ciału temperaturę zbliżoną do tej, jaką powinien emitować człowiek, za jakiego przecież w całej Italii pragnąłem uchodzić. Może niesłusznie.
Chiny
Musiałem stwierdzić posiłkując się kilkoma naprędce przywołanymi inwektywami, że nie przygotowałem się należycie do Wyprawy przez:
a)      pominięcie podczas pakowania zimowej podpinki do kurtki (membrana przeciwdeszczowa i polar to zdecydowanie za mało na Alpy) oraz zimowych rękawiczek, których zresztą nie posiadam wcale
b)      kilka innych kwestii.
Miałem za to parasolkę*.
Ale przecież ja na Południe jechałem, ku słońcu, ku lazurowi Adriatyku, ku plażowym uciechom i rzymskiej gorączce!, próbowałem sam się przed sobą usprawiedliwić, a kiedy okazało się, że marnej proweniencji były to wybiegi, usprawiedliwienia przestać szukałem i zająłem się próbą konstruktywnego wyjścia z sytuacji, w jakiej się znalazłem.
Po jakiś siedemnastu sekundach rozważań, wymyśliłem: jutro jadę dalej.
I tego się trzymałem.

"Gdyby napisał to Dante"...
Ubrany w kilka podkoszulek, dwie pary letnich spodni oraz klapki zakupione z przeznaczeniem do poruszania się po kamienistym dnie Morza Jońskiego i Kreteńskiego oraz innych mórz, a teraz profanowane przez brodzenie po przyalpejskim, zalanym cieczą asfalcie, udałem się w towarzystwie parasolki w poszukiwaniu sklepu, który wg właściciela campingu, powinien znajdować się w najbliższej okolicy, a przynajmniej tak było jeszcze dnia poprzedniego.
Alpy
Najbliższy sklep okazał się najdalszym, bo cóż z tego, że usytuowany kilometr od miejsca postoju, skoro miał pozostać zamkniętym do godz. 16, podobnie jak wszystkie inne sklepy. Była zaledwie 14.45.
Sjesta w Alpach?
Owszem.
Mgły
Niezrażony pierwszym niepowodzeniem bardzo prędko wypatrzyłem drogowskaz do innego sklepu znajdującego się 4 km od Ai Pioppi, w Gemona del Friuli przy… nie, to nie może być prawda, pomyślałem, już po mnie, to już koniec, zstąpiłem… via Dante Alighieri.
Cóż poradzić, ruszyłem przed siebie, wodą i Alpami otoczony, sam jak palec na ulicach spływających wodą, zmarznięty, na Obczyźnie, a mimo to o piwku marzący, a właściwie o tym, co przy sporym samozaparciu mogłoby pretendować do tego zaszczytnego miana.
Mgły
Oprócz piwa zakupiłem parówki w najkorzystniejszej cenie, nektarynki, pomidory i tak wyekwipowany, w niemilknącym deszczu, powróciłem do Yamaha dopraszającego się o nasmarowanie łańcucha.

„Just like a rolling stone”…
 Austriackie małżeństwo z rozlokowanego obok mnie campera widząc, że mój strój jest mało adekwatny do panujących warunków oferowało mi wielki koc. W nocy okazał się błogosławieństwem, choć i podczas piwkowego wieczoru wypełnionego rozmyślaniami nad rzymskimi legionami przedzierającymi się niegdyś przez te okolice również doskonale wywiązał się ze swojej roli.
Hauze
Szczyty wciąż komunikowały się między sobą toczącymi się w dół kamieniami. Ni to grzmot, ni to armatni huk. Coś pomiędzy. Dźwięk w swej intensywności przenikający każdy fibr ducha. Sprawiający, że myśli jakoś tak same kierowały się do wciąż odległego domu.
Była to bodaj najpiękniejsza noc, jaką podczas swych podróży przeżyłem…

Alpejski hardcore
Nie padało, kiedy wyruszałem dnia następnego. Ledwie między góry wjechałem, woda ponownie dała znać o sobie, woda tym bardziej uciążliwa, że podparta zaledwie 12 stopniami Celsjusza skutecznie resorbującymi ciepło, którego nie miałem pod dostatkiem...
Mimo to jechałem szczęśliwy jak nigdy. Ustaliłem prędkość na 50 km/h i do granicy w Tarvisio pozostałem jej wierny. Sama trasa na tym odcinku będącym zwieńczeniem SS13 nie była specjalnie trudna, choć nie potrafiłbym jej nazwać – nie tylko ze względu na warunki atmosferyczne – łatwą i przyjazną. I te widoki. Majestatyczne, skaliste wybrzuszenia nazywane Alpami Julijskimi na cześć Juliusza Cezara, który w swoim czasie połączył je drogą z Cesarstwem, ze szczytami skąpanymi w wydawałoby się dającej się sięgnąć ręką mgle, w istocie nieosiągalne dla uśmiechniętego motocyklisty z Polski, który w duchu obiecał sobie do nich wrócić poprzez na nie się wyspindranie.
Po zakupieniu na granicy dziesięciodniowej winiety za 4.60 euro na stacji benzynowej skierowałem się na autostradę A2. Deszcz wzmógł na sile. Wiatr jakby intensywniej przypominał o swoim istnieniu. Świat przez zalewany wodą wizjer sugerował, że poruszam się po oceanie asfaltu na głębokości peryskopowej. Samochody sprawnie pokonywały wyznaczony przez kierowców dystans. Legendarne Trans Alpy od Hondiego, jakich na autostradzie dostrzegałem najwięcej wydawały się być tu jak najbardziej na miejscu.
Niezwykły szacunek wzbudzili wyprzedzający mnie kierowcy tirów, którzy zjeżdżali na pas prawy najdalej ode mnie jak tylko było to możliwe, sprawiając, że mój taniec wywoływany podmuchem kilku ton metalu był stosunkowo łatwy do opanowania.
Siedemnaście kilometrów przed Wiedniem przestało padać, a to oznaczało, że trzysta siedemdziesiąt osiem przejechałem w deszczu.
Niebo przecięły dwie tęcze.
Jebane…
Wiadomo, jedna to w takich wypadkach za mało.

„To już chyba jest końcówa”…
Wiedeński Hostel Wombats przywitał mnie tłumem Serbów, z którymi dość szybko nawiązałem kontakt, w czym niezwykle pomocna okazała się moja latami rozbudowywana wiedza o serbskiej muzyce hip hopowej. Radość moich interlokutorów bardzo prędko sięgnęła zenitu i od tej chwili wszędzie mnie i mojego Yamaha na rękach nosili, a przed swoimi rodakami, których w tej serbskiej dzielnicy nie brakowało, obnosili się ze mną z niejaką dumą, co więcej, kiedy następnego dnia do Polski się kierowałem drogą wiodącą na Prater i autostradę na kolana padli i spoglądali za mną dopóki nie przemianowałem się w maleńki i mało istotny punkcik, jakim w istocie na mapie świata wciąż pozostaję.
Wcześniej jednak mili Serbowie zanieśli nas do Turków, którzy uraczyli mnie kebabem tak smakowitym i wyrafinowanym, którego jakość powinno oddać, co najmniej trzech nagradzanych medalami poetów, choć może i czwartemu zostałoby coś do zrobienia. Yamah przez zauroczonych nim Serbów miał być zaniesiony z honorami na najbliższą stację benzynową, jednak wymówił się skromnie odpowiednim nasyceniem oktanami. Zauważyłem jednak, że serbska atencja bardzo przypadła mu do gustu zwiększając jego ego o jakieś pięćdziesiąt centymetrów sześciennych.
I tak oto przez Bratysławę dotarłem do granicy w Zwardoniu, skąd do Krakowa było już naprawdę blisko. Zjeżdżając z krajowej, a podejrzewanej o niedzielne zasamochodowienie 52-ki na wojewódzką 948-kę popełniłem, przyznam ze wstydem, kilkanaście drobnych wykroczeń, które we Włoszech, skąd przecież wracałem, traktowane są z pogodnym uśmiechem i wchodzą w poczet najzwyklejszej po psiemu codziennej jazdy. Do domu pilno mi było i tylko to moje gówniarstwo usprawiedliwia.
Kończyła się moja Przygoda, za plecami zostawało trzy tysiące siedemset szczęśliwie przejechanych kilometrów.
A przede mną?
Cóż, tego nigdy nie mogę wiedzieć na pewno. 

*Pamiętając, że trzy lata wcześniej w Wenecji niemal dokładnie o tej samej porze zaskoczył mnie obfity deszcz, postanowiłem się asekurować. I słusznie. 

piątek, 17 stycznia 2014

Droga do Rzymu: w Balaton Wstąpienie 2012

Samotna podróż – przyznaję, tylko takie mnie interesują – różni się od tych grupowych, których znaczenia nie chcę, uchowajcie Dobrzy Bogowie, umniejszać. Umysł koncentruje się wyłącznie na eksploracji poszerzanej z każdym upływającym kilometrem przestrzeni, na skutecznym oddzielaniu się od tego, co pozostało w tyle i wnikliwym wypatrywaniu tego, co nastąpi. Na zachwycie nad miejscami widzianymi do tej pory na zdjęciach. Nad historią płynącą z kamieni je tworzących. Na tęsknocie za krajowym piwem… I tak, panie, dalej. Samotna podróż sprzyja refleksji. Mimo iż wypełniona dźwiękiem, a niejednokrotnie hałasem jest ciszą domagającą się należytej atencji. Nowym wdzierającym się w stare. Nocą spędzoną w towarzystwie przeżytego dnia. Potrafi wyzwolić w człowieku nieznane dotąd pokłady energii i empatii. Nakłonić do tęsknoty (za polskimi browarami). Wydrzeć ciału krew i łzy. Jest szczęściem, choć potrafi być jego zaprzeczeniem. Ano. Czasem wydaje się ciągnąć bez końca, kiedy indziej mija z kalejdoskopową prędkością. Potrafi ubarwić w istocie mało barwną rzeczywistość nierzadko oblężoną przez rutynę, powtarzalność i szewskość poniedziałków. Samotna podróż… jest. Niestety, zawsze też poszukuje swojego kresu i ostatecznie go znajduje. Zaraz, zaraz. Najpierw przecież jest Wielkie Rozpoczęcie!

Trasa

Złe miłego początki
19 sierpnia o szóstej rano po skrupulatnym i ostatecznym sprawdzeniu wszystkiego, co sprawdzenia wymagało udałem się krakowską Zakopianką ku swojej Wielkiej Południowej Przygodzie. Entuzjazm towarzyszący pierwszym przelecianym kilometrom pęczniał stając się dodatkowym, ale jakże miłym i pożądanym bagażem. Wszystko za mną zostawało w tyle. Minimalizował się Kraków i moje w nim codzienne życie. Byłem wolny od wszystkiego, wiedząc, że w chwili powrotu ta jedyna w swoim rodzaju wolność, jaką daje motocyklowanie zostanie mi brutalnie odebrana. Tym na razie jednak się nie przejmowałem, wspinając się na kolejne wzniesienia przybliżające mnie do granicy polsko-słowackiej, a właściwie do tego, co z niej pozostało.
Na wysokości Chyżnego pozwoliłem się wypluć ciągnącej się przez kilka kilometrów mgle i pragnąc przegnać delikatne zmarznięcie, spreparowałem na przejściu granicznym zieloną herbatę na kuchence gazowej, o której niekwestionowanej przydatności trzeba będzie ułożyć kilka pieśni pochwalno-dziękczynnych.
Wracały chłopaki i dziewczyny ze słowackich, a może i dalszych szlaków. Kończyli to, co ja dopiero zaczynałem. Zazdrościłem im szczęśliwego powrotu, oni z pewnością podobnym uczuciem obdarzali moje pierwsze kroki w kierunku południowego, skąpanego w upale świata.
I wszystko szło dobrze, żeby nie powiedzieć: doskonale. Miasteczka i wioski. Pola i lasy. Błękit nieba uświetniony żółcią życiodajnej kuli… W takich chwilach Los, ten, który od wieków uwielbia płatać figle, postanowił zagrać mi na nosie i wspomnianą przed chwilą idyllę przemianować w konsternację kilka kilometrów przed Dolnym Kubinem sprawiając ze znaną od wieków finezyjną precyzją, że to, co zostało przeze mnie przyczepione, odczepiło się i zostało na poboczu. Odnotowałem ten fakt przy pomocy słowackiego kierowcy, który sygnałem dźwiękowym podpartym kilkoma wymownymi gestami zaznaczył, że nie wszystko jest tak, jakbym sobie tego życzył. Przytroczony do bardzo pojemnych sakw rowerowych, z których korzystam w podróży, odczepił się najwyraźniej nie do końca fachowo zamocowany plecak oraz materac. Ten pierwszy dość szybko zlokalizowałem, z utratą drugiego musiałem się po nierównej walce z pobocznymi krzakami pogodzić. A kiedy tak za zagubionym jak ćma w poszukiwaniu światła podążałem, minęła mnie piękna kolumna polskich motocykli zmierzająca w sobie znanym kierunku i widok ten, który bardzo lubię, któremu zawsze kibicuję, skutecznie pozwolił mi zapomnieć o tym drobnym incydencie. Powietrze z materaca, dokładnie to, które tak podobno rewelacyjnie sprawdza się na kaca, miało posłużyć komuś innemu. I niech służy. Na zdrowie! 
Poleciałem dalej drogą krajową odnotowując legendarną i przykładną przepisowość słowackich kierowców w poruszaniu się w terenie zabudowanym. Żeby tak, choć 52 km/h... Co? Wykluczone! Pięćdziesiątka była jechana ze szwajcarską precyzją i tylko czasem jakieś polskie blachy wyprzedzały leniwie kontemplujący domy i gospodarstwa peleton, ale to pewnie dlatego, żeby na urlopowym miejscu – czy gdzieś tam – zameldować się czternaście minut wcześniej przed "Zygą" i "Bananem", którzy frajerząc po dziadkowemu turlali się zgodnie z wymogami ku zadowoleniu słowackiego wymiaru sprawiedliwości oraz innych wymiarów.
W poszukiwaniu zaginionych świateł
W Banskiej Bystricy minąłem rozkraczonego Gold Winga od Hondiego najwyraźniej domagającego się czynności serwisowych mających z pewnością zostać oszacowanych na jakieś 20000 euro. Piękne jednak było to turystyczne zwierzę nawet w niedomagającym stanie. Ciekawe, że asfalt, na którym spoczywanie – dajcie Dobrzy Bogowie, żeby nie wieczne – znalazł olbrzymi Japończyk, także dopraszał się remontu, choć w jego wypadku należałoby mówić o kapitalnym. Żal się mojemu Yamahowi zrobiło kolegi po kole, a i mnie jakoś się tak ciężko i boleśnie westchnęło, co z pewnością przyczyniło się do pobłądzenia. Tak, właśnie za tym Gold Wingiem pogubiłem się w drodze do Sahy jak szczenię we mgle, mimo iż słońce wypalało mi blendę: zamiast za najbliższymi światłami w prawo, prosto i beztrosko pojechałem, aby ostatecznie po kilku kółeczkach dobić do prawidłowej drogi i pozwolić się jej ponieść do wymarłego przejścia granicznego, gdzie w restauracji schronienie znajdują polscy kierowcy autokarów oraz towarzyszący im piloci wycieczek próbujący wmówić tęskniącym za krajem turystom, że to właśnie tu jedzenie najlepsze jest w całych Węgrzech, ceny sprzyjające, a pięćdziesiąt centów opłaty za toaletę jest czymś normalnym w drodze powrotnej i należy się z tym faktem bezdyskusyjnie pogodzić, a jeśli już koniecznie godzić się nie chce, to… no właśnie, alternatywy nie było. Krzaki wycięte, a te pozostawione, szczelnie płotem ogrodzone. 
CIEKAWOSTKA
Kierowcy polskiego autokaru wąsów nie mieli. Posiadali je natomiast trzej węgierscy weterani, którzy przetoczyli się obok odpoczywającego jednośladowego turysty z Polski – jakim z pewnością byłem i miałem pozostać jeszcze przez kilkanaście dni – na ubarwionych na czopperową modłę 150-kach od MZ-etiego. Jedna z nich nawet jakieś wstawki z tygrysiej skóry miała! Po kilku minutach minęli mnie ponownie i pomknęli z powrotem ku Węgrom. Przelot sentymentalny? Biorąc pod uwagę fakt, że ta wdzięczna trójka razem ze swoimi motocyklami liczyła jakieś 348 lat, nie mogłem tego wykluczyć.  
Po konsumpcji targanej z domu ćwiartki kurczaka oraz wchłonięciu cyjanowodoru,formaldehydu i fenolu w podwójnej dawce ruszyłem w kierunku autostrady mającej zaprowadzić mnie bezpośrednio do Budapesztu, a czynności tej wdzięcznie towarzyszyły panie rozsiane przy poboczu, które przy pomocy znanych sobie technik nawoływały, a nawet wręcz kusiły kierowców nie tylko tirów do zatrzymania się przy nich i powierzeniu im banknotów o raczej wysokich nominałach w zamian za dopuszczenie do czynności wchodzących w poczet tego, co przez dawne podręczniki do biologii (a może i także obecne) nazywane było „życiem płciowym”. 
Węgierski sprint
W Budapeszcie, przez gówniarskie pogubienie się za Banską Bystricą, o którym coś się tu już powiedziało znalazłem się około godziny 18, aby tam, wśród ulic i mostów zagubić się jeszcze raz na jakieś 15 do 20 minut i następnie pozwolić węgierskiemu skuterzyście wskazać mi właściwy pas mający poprowadzić mnie do miejscowości Siofok nad Balatonem, gdzie zaplanowałem pierwszy postój.
Piękny był ten stukilometrowy przelot asfaltem doskonałej jakości. Szczęśliwy Yamah wiózł mnie z rzadko przeze mnie używaną prędkością 100km/h i pod koniec nie okazywał najmniejszych oznak znużenia, a nawet, jak tylko to on potrafi, docinał mojemu zmęczeniu i potrzebie rozlokowania się na jednym z campingów, których nad Balatonem doskonale pamiętającym lata komunizmu, komunizmem jakby jeszcze podszytego, nie brakuje i jak się zdaje, brakować nie będzie.
Zostałem tam dwa dni.
Pękło pierwszych 530 kilometrów (30 zagubienia). 
Balaton od wczesnego dzieciństwa wydawał mi się Rajem, do którego z wielu względów nie miałem dostępu. Marzyłem więc o nim jak tylko dziecko to potrafi i oto znalazłem się w jego kojących strukturach nawiedzonych przez prawdziwe tłumy międzynarodowych turystów ze zdecydowaną przewagą tych lokalnych, z którymi to ponoć do szabli i do szklanki mamy taką samą drogę. A skoro już tam byłem, wtopiłem się w hałas odnajdując w nim ciszę i z zawziętością naukowca próbującego odnaleźć antidotum na ostateczność, jaką zazwyczaj bywa śmierć, podglądałem sunące leniwie życie odmierzane przedgrillem, grillem i pogrillem, jednym i drugim piwkiem, pogawędkami na temat, choć najczęściej bez tematu oraz całej tej beztroskiej wakacyjnej atmosferze, którą każdy z turystów próbuje zatrzymać najdłużej jak tylko to możliwe.   
Camping
Drugiego dnia wyplażowany, podładowany tradycyjną węgierską potrawą przywiezioną z kraju, Flaczkami Wołowymi oraz węgierskim piwem jakby nie pasującym do Raju z moich wyobrażeń, złożyłem swoje żywe jeszcze zwłoki w niewielkim namiocie, aby w nim ostatecznie odpocząć przed oczekującym mnie autostradowym przelotem do Chorwacji, do Opatiji znanej mi z licznych opowieści znajomych, kuszącej nawołującym do nurkowania Adriatykiem oraz widokami uznawanymi przez nie tylko koneserów za niezapomniane i skłaniające do jesiennej wspominkowej zadumy…
PS. Zdjęć z tego etapu jest mało z jednego powodu, który zostanie przedstawiony w części drugiej. Tekst ten był już publikowany gdzie indziej, ale postanowiłem go przypomnieć.