piątek, 17 stycznia 2014

Droga do Rzymu: w Balaton Wstąpienie 2012

Samotna podróż – przyznaję, tylko takie mnie interesują – różni się od tych grupowych, których znaczenia nie chcę, uchowajcie Dobrzy Bogowie, umniejszać. Umysł koncentruje się wyłącznie na eksploracji poszerzanej z każdym upływającym kilometrem przestrzeni, na skutecznym oddzielaniu się od tego, co pozostało w tyle i wnikliwym wypatrywaniu tego, co nastąpi. Na zachwycie nad miejscami widzianymi do tej pory na zdjęciach. Nad historią płynącą z kamieni je tworzących. Na tęsknocie za krajowym piwem… I tak, panie, dalej. Samotna podróż sprzyja refleksji. Mimo iż wypełniona dźwiękiem, a niejednokrotnie hałasem jest ciszą domagającą się należytej atencji. Nowym wdzierającym się w stare. Nocą spędzoną w towarzystwie przeżytego dnia. Potrafi wyzwolić w człowieku nieznane dotąd pokłady energii i empatii. Nakłonić do tęsknoty (za polskimi browarami). Wydrzeć ciału krew i łzy. Jest szczęściem, choć potrafi być jego zaprzeczeniem. Ano. Czasem wydaje się ciągnąć bez końca, kiedy indziej mija z kalejdoskopową prędkością. Potrafi ubarwić w istocie mało barwną rzeczywistość nierzadko oblężoną przez rutynę, powtarzalność i szewskość poniedziałków. Samotna podróż… jest. Niestety, zawsze też poszukuje swojego kresu i ostatecznie go znajduje. Zaraz, zaraz. Najpierw przecież jest Wielkie Rozpoczęcie!

Trasa

Złe miłego początki
19 sierpnia o szóstej rano po skrupulatnym i ostatecznym sprawdzeniu wszystkiego, co sprawdzenia wymagało udałem się krakowską Zakopianką ku swojej Wielkiej Południowej Przygodzie. Entuzjazm towarzyszący pierwszym przelecianym kilometrom pęczniał stając się dodatkowym, ale jakże miłym i pożądanym bagażem. Wszystko za mną zostawało w tyle. Minimalizował się Kraków i moje w nim codzienne życie. Byłem wolny od wszystkiego, wiedząc, że w chwili powrotu ta jedyna w swoim rodzaju wolność, jaką daje motocyklowanie zostanie mi brutalnie odebrana. Tym na razie jednak się nie przejmowałem, wspinając się na kolejne wzniesienia przybliżające mnie do granicy polsko-słowackiej, a właściwie do tego, co z niej pozostało.
Na wysokości Chyżnego pozwoliłem się wypluć ciągnącej się przez kilka kilometrów mgle i pragnąc przegnać delikatne zmarznięcie, spreparowałem na przejściu granicznym zieloną herbatę na kuchence gazowej, o której niekwestionowanej przydatności trzeba będzie ułożyć kilka pieśni pochwalno-dziękczynnych.
Wracały chłopaki i dziewczyny ze słowackich, a może i dalszych szlaków. Kończyli to, co ja dopiero zaczynałem. Zazdrościłem im szczęśliwego powrotu, oni z pewnością podobnym uczuciem obdarzali moje pierwsze kroki w kierunku południowego, skąpanego w upale świata.
I wszystko szło dobrze, żeby nie powiedzieć: doskonale. Miasteczka i wioski. Pola i lasy. Błękit nieba uświetniony żółcią życiodajnej kuli… W takich chwilach Los, ten, który od wieków uwielbia płatać figle, postanowił zagrać mi na nosie i wspomnianą przed chwilą idyllę przemianować w konsternację kilka kilometrów przed Dolnym Kubinem sprawiając ze znaną od wieków finezyjną precyzją, że to, co zostało przeze mnie przyczepione, odczepiło się i zostało na poboczu. Odnotowałem ten fakt przy pomocy słowackiego kierowcy, który sygnałem dźwiękowym podpartym kilkoma wymownymi gestami zaznaczył, że nie wszystko jest tak, jakbym sobie tego życzył. Przytroczony do bardzo pojemnych sakw rowerowych, z których korzystam w podróży, odczepił się najwyraźniej nie do końca fachowo zamocowany plecak oraz materac. Ten pierwszy dość szybko zlokalizowałem, z utratą drugiego musiałem się po nierównej walce z pobocznymi krzakami pogodzić. A kiedy tak za zagubionym jak ćma w poszukiwaniu światła podążałem, minęła mnie piękna kolumna polskich motocykli zmierzająca w sobie znanym kierunku i widok ten, który bardzo lubię, któremu zawsze kibicuję, skutecznie pozwolił mi zapomnieć o tym drobnym incydencie. Powietrze z materaca, dokładnie to, które tak podobno rewelacyjnie sprawdza się na kaca, miało posłużyć komuś innemu. I niech służy. Na zdrowie! 
Poleciałem dalej drogą krajową odnotowując legendarną i przykładną przepisowość słowackich kierowców w poruszaniu się w terenie zabudowanym. Żeby tak, choć 52 km/h... Co? Wykluczone! Pięćdziesiątka była jechana ze szwajcarską precyzją i tylko czasem jakieś polskie blachy wyprzedzały leniwie kontemplujący domy i gospodarstwa peleton, ale to pewnie dlatego, żeby na urlopowym miejscu – czy gdzieś tam – zameldować się czternaście minut wcześniej przed "Zygą" i "Bananem", którzy frajerząc po dziadkowemu turlali się zgodnie z wymogami ku zadowoleniu słowackiego wymiaru sprawiedliwości oraz innych wymiarów.
W poszukiwaniu zaginionych świateł
W Banskiej Bystricy minąłem rozkraczonego Gold Winga od Hondiego najwyraźniej domagającego się czynności serwisowych mających z pewnością zostać oszacowanych na jakieś 20000 euro. Piękne jednak było to turystyczne zwierzę nawet w niedomagającym stanie. Ciekawe, że asfalt, na którym spoczywanie – dajcie Dobrzy Bogowie, żeby nie wieczne – znalazł olbrzymi Japończyk, także dopraszał się remontu, choć w jego wypadku należałoby mówić o kapitalnym. Żal się mojemu Yamahowi zrobiło kolegi po kole, a i mnie jakoś się tak ciężko i boleśnie westchnęło, co z pewnością przyczyniło się do pobłądzenia. Tak, właśnie za tym Gold Wingiem pogubiłem się w drodze do Sahy jak szczenię we mgle, mimo iż słońce wypalało mi blendę: zamiast za najbliższymi światłami w prawo, prosto i beztrosko pojechałem, aby ostatecznie po kilku kółeczkach dobić do prawidłowej drogi i pozwolić się jej ponieść do wymarłego przejścia granicznego, gdzie w restauracji schronienie znajdują polscy kierowcy autokarów oraz towarzyszący im piloci wycieczek próbujący wmówić tęskniącym za krajem turystom, że to właśnie tu jedzenie najlepsze jest w całych Węgrzech, ceny sprzyjające, a pięćdziesiąt centów opłaty za toaletę jest czymś normalnym w drodze powrotnej i należy się z tym faktem bezdyskusyjnie pogodzić, a jeśli już koniecznie godzić się nie chce, to… no właśnie, alternatywy nie było. Krzaki wycięte, a te pozostawione, szczelnie płotem ogrodzone. 
CIEKAWOSTKA
Kierowcy polskiego autokaru wąsów nie mieli. Posiadali je natomiast trzej węgierscy weterani, którzy przetoczyli się obok odpoczywającego jednośladowego turysty z Polski – jakim z pewnością byłem i miałem pozostać jeszcze przez kilkanaście dni – na ubarwionych na czopperową modłę 150-kach od MZ-etiego. Jedna z nich nawet jakieś wstawki z tygrysiej skóry miała! Po kilku minutach minęli mnie ponownie i pomknęli z powrotem ku Węgrom. Przelot sentymentalny? Biorąc pod uwagę fakt, że ta wdzięczna trójka razem ze swoimi motocyklami liczyła jakieś 348 lat, nie mogłem tego wykluczyć.  
Po konsumpcji targanej z domu ćwiartki kurczaka oraz wchłonięciu cyjanowodoru,formaldehydu i fenolu w podwójnej dawce ruszyłem w kierunku autostrady mającej zaprowadzić mnie bezpośrednio do Budapesztu, a czynności tej wdzięcznie towarzyszyły panie rozsiane przy poboczu, które przy pomocy znanych sobie technik nawoływały, a nawet wręcz kusiły kierowców nie tylko tirów do zatrzymania się przy nich i powierzeniu im banknotów o raczej wysokich nominałach w zamian za dopuszczenie do czynności wchodzących w poczet tego, co przez dawne podręczniki do biologii (a może i także obecne) nazywane było „życiem płciowym”. 
Węgierski sprint
W Budapeszcie, przez gówniarskie pogubienie się za Banską Bystricą, o którym coś się tu już powiedziało znalazłem się około godziny 18, aby tam, wśród ulic i mostów zagubić się jeszcze raz na jakieś 15 do 20 minut i następnie pozwolić węgierskiemu skuterzyście wskazać mi właściwy pas mający poprowadzić mnie do miejscowości Siofok nad Balatonem, gdzie zaplanowałem pierwszy postój.
Piękny był ten stukilometrowy przelot asfaltem doskonałej jakości. Szczęśliwy Yamah wiózł mnie z rzadko przeze mnie używaną prędkością 100km/h i pod koniec nie okazywał najmniejszych oznak znużenia, a nawet, jak tylko to on potrafi, docinał mojemu zmęczeniu i potrzebie rozlokowania się na jednym z campingów, których nad Balatonem doskonale pamiętającym lata komunizmu, komunizmem jakby jeszcze podszytego, nie brakuje i jak się zdaje, brakować nie będzie.
Zostałem tam dwa dni.
Pękło pierwszych 530 kilometrów (30 zagubienia). 
Balaton od wczesnego dzieciństwa wydawał mi się Rajem, do którego z wielu względów nie miałem dostępu. Marzyłem więc o nim jak tylko dziecko to potrafi i oto znalazłem się w jego kojących strukturach nawiedzonych przez prawdziwe tłumy międzynarodowych turystów ze zdecydowaną przewagą tych lokalnych, z którymi to ponoć do szabli i do szklanki mamy taką samą drogę. A skoro już tam byłem, wtopiłem się w hałas odnajdując w nim ciszę i z zawziętością naukowca próbującego odnaleźć antidotum na ostateczność, jaką zazwyczaj bywa śmierć, podglądałem sunące leniwie życie odmierzane przedgrillem, grillem i pogrillem, jednym i drugim piwkiem, pogawędkami na temat, choć najczęściej bez tematu oraz całej tej beztroskiej wakacyjnej atmosferze, którą każdy z turystów próbuje zatrzymać najdłużej jak tylko to możliwe.   
Camping
Drugiego dnia wyplażowany, podładowany tradycyjną węgierską potrawą przywiezioną z kraju, Flaczkami Wołowymi oraz węgierskim piwem jakby nie pasującym do Raju z moich wyobrażeń, złożyłem swoje żywe jeszcze zwłoki w niewielkim namiocie, aby w nim ostatecznie odpocząć przed oczekującym mnie autostradowym przelotem do Chorwacji, do Opatiji znanej mi z licznych opowieści znajomych, kuszącej nawołującym do nurkowania Adriatykiem oraz widokami uznawanymi przez nie tylko koneserów za niezapomniane i skłaniające do jesiennej wspominkowej zadumy…
PS. Zdjęć z tego etapu jest mało z jednego powodu, który zostanie przedstawiony w części drugiej. Tekst ten był już publikowany gdzie indziej, ale postanowiłem go przypomnieć.  

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz