Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Liban. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Liban. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 23 czerwca 2014

Palenie, albo picie - mój wybór

Kilka chwil później i kilkaset kilometrów dalej po tym, jak dowiedziałem się, że Jerozolimy nie będzie mi dane zobaczyć, dowiedziałem się, że w Turcji papierosy się pije (içme), a nie pali. Ponieważ przez całe życie papierosy kopciłem, bardzo zapragnąłem zacząć spożywać je inaczej, choć nie wiedziałem czy pić mam w samotności, niejako do lustra, czy też może przepijać muszę do kogo bądź.

Picie zabija!
Zanim jednak zacząłem dym kierować w stronę ludzi, postanowiłem przepić na próbę do campingowego pieska, Paszy, który jednak nie był zainteresowany moim gestem. Obszczekał mnie tylko, co wcale nie było dziwne, gdyż w jego dobrym zwyczaju było szczekanie na wszystkich. A jeśli nie było nikogo Pasza szczekał do niczego i też był szczęśliwy, jak każdy zresztą piesek w Turcji, co jest paradoksem. Prorok Mahomet bowiem - dyplomatycznie mówiąc - nie był entuzjastą trzymania piesków w domach i uznawał je za zwierzęta nieczyste, czym pieski chyba specjalnie się nie przejmowały, a przynajmniej nie ma dowodów, aby było inaczej. I do tej pory żyje się im w Turcji w dostatku.

Piesek Pasza
A całe to przepijanie moje odbywało się na terenie malowniczego campingu Akcacil usytuowanego nieopodal portowego miasteczka Taşucu, skąd wypływają statki na Cypr Północny oraz do Libanu także północnego, gdyż w południowym nie ma jeszcze morza, a ciężko się bez niego pływa, o czym wiem z własnych doświadczeń.

Camping Akcacil
O Cyprze z całą pewnością mogę powiedzieć wiele, ale stwierdzę tylko, że w jego południowej, greckiej części - w przeciwieństwie do północnej, tureckiej - papierosy się pali. Natomiast, co do Libanu pewności żadnej nie mam. Papierosy na pewno jednak tam występują i - niezależnie czy pali się je, pije czy je - szkodzą każdemu zdrowiu bez wyjątku. Chyba, że ktoś już go nie posiada.
W chwilach, kiedy nie przepijałem papierosów, wędrowałem sobie spacerem do miasteczka, aby nabyć tam pyszne piwko Efez zapakowane w śliczny czarny woreczek przez który nawet sam Allah niczego nie mógł dostrzec mimo obowiązującego ramadanu.   

Sklepik z pysznym piwkiem Efez
I tutaj narodził się mój dylemat: jeśli papierosy piłem, to co w takim razie robiłem z pysznym piwkiem Efez, gdyż w głowie mi się nie mieściło, abym mógł pić dwie rzeczy na raz, co na campingu Akcacil bardzo często mi się zdarzało.
Byłem w kropce.
Patrzyłem wieczorem na gwiazdy nie znajdując w nich odpowiedzi.

Camping Akcacil. Ślady nocnej wizyty.
Dlatego właśnie w rozmyślaniach swoich wieczornych zawędrowałem do starożytnego Egiptu, gdzie święte i czyste były koty, a wielka kara spotykała każdego, kto ośmieliłby się ziemskiemu wcieleniu bogini Bastet wyrządzić jakąkolwiek krzywdę. Oczywiście, zapragnąłem tam pojechać. Kiedyś. Zacząłem planować motocyklową trasę do - powiedzmy - Doliny Królów, gdyż bardzo chciałbym zobaczyć ją nie tylko na zdjęciach pięknie opalonych znajomych, ale samemu uwiecznić się na starożytnym tle, aby potem udowadniać, że tylko moja opalenizna warta jest uwagi.  

Turcja, Anatolia. Picie i opalanie
Nie ukrywam też, że do Egiptu chciałbym przede wszystkim pojechać, aby przekonać się czy papierosy tam pali się, je czy może pije, ale póki co radykalni panowie za pośrednictwem internetu mówią mi, że jak przyjadę to łeb mi odrobią, a bez niego picie, palenie i jedzenie - zgodnie z wiedzą posiadaną na dziś - nie jest możliwe.
Dlatego może pojadę do Maroka, bo tam jest pustynia, a na niej wielbłądy, oazy, gorąc za dnia, chłód w nocy i póki co nie słyszę stamtąd, że jeśli już granicę przekroczę, to będę musiał do domu wrócić bez głowy. Nie daj Boże, żeby na koszt podatników. Do Maroka z drugiej strony zupełnie mnie nie ciągnie, gdyż będę musiał kierować się na zachód, a zawsze oczy swe zwracałem ku południowym oraz wschodnim rewirom naszej planety zamieszkiwanej przez ludzi, psy, koty oraz wielbłądy, które ponoć bywają złośliwe. Niewiele jednak o tym mogę powiedzieć, gdyż w życiu na żywo widziałem jednego wielbłąda w drodze do tureckiego Fethiye, jednak nie spotkała mnie z jego strony żadna przykrość. Ale to pewnie dlatego, że jechałem motocyklem.  

Wielbłąd turecki
Jednego jestem pewny: gdziekolwiek w tym roku nie wyruszę, tęsknił będę za campingiem Akcacil, gdzie gwiazdy nocą są niemal na wyciągnięcie ręki, łagodne melodie wygrywane przez morze leczą wszelkie choroby ducha i serca, a świat wydaje się być bardziej uporządkowany niż bywa w rzeczywistości.


czwartek, 12 grudnia 2013

Mój przyjaciel wróg - idealizm w wersji bliskowschodniej

Piękny jest świat idei stojący w twardej opozycji do surowej rzeczywistości opierającej się w znacznej mierze na sporach i waśniach. Doskonale wie o tym tak bardzo mnie interesujący Bliski Wschód, prawdopodobnie najbardziej zapalny rejon świata, gdzie od lat ścierają się różne poglądy i filozofie, a koniec tych utarczek pozostaje poza granicami ludzkiego postrzegania, choć nie można wykluczyć, że jacyś szamani wiedzą o nim znacznie więcej.


Dlatego wielce sobie cenię francusko-brytyjsko-izraelską kooperację filmową z 2012 roku, która postanowiła wyczarować światło w ciemności zbrojnego konfliktu libańsko-izraelskiego z początku lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku i wlać w serce widza podniosłą nadzieję i wiarę, że człowiek może być człowiekowi człowiekiem nawet, a właściwie: zwłaszcza w sytuacjach dalekich od rutyny codzienności.
Zasadnicza akcja filmu rozpoczyna się, kiedy izraelski samolot zostaje zestrzelony nad terytorium Libanu, a jego pojmany w niewolę pilot, Yoni, zostaje osadzony w niewielkiej celi, gdzie bardzo prędko nabiera statusu bardzo ważnego więźnia.  


Los zechciał, aby jednym z jego wartowników został mały Palestyńczyk z obozu uchodźców wzdychający wraz ze swoją rodziną za ojczystym krajem. Fahed, bo takie imię otrzymał od rodziców ma prawo nienawidzić odwiecznego wroga - w końcu to bomba zrzucona z izraelskiego samolotu uczyniła męczennikiem jego ojca owładniętego jedną ideą: zasadzenia oliwnego drzewka w swoim starym palestyńskim domu.


Pewnego dnia Yoniemu udaje się oswobodzić z celi i przy pomocy sprytu oraz rozwiązań siłowych podejmuje długą podróż powrotną do Izraela. W wyniku pewnych okoliczności jego brawurowa eskapada zyskuje nieplanowanego towarzysza, który z uporem godnym największych herosów czepia się rękawa byłego więźnia i przy pomocy dziecięcego sprytu pomaga mu w planach będących poniekąd także i jego. Yoni w zamian za chłopięce wsparcie deklaruje się doprowadzić Faheda do miejsca, gdzie mógłby ojcowskie marzenie zrealizować, przy czym jasno podkreśla, że na mapie świata nie istnieje państwo Palestyna.  

    
I oto wędrują wspólnie dwaj odwieczni wrogowie w stronę Ziemi Izraela, a każdego wiedzie inna motywacja: żołnierz tęskni za żoną, chłopiec marzy o spełnieniu woli ojca dźwigając ze sobą niewielkie oliwne drzewko wcześniej pieczołowicie przez seniora pielęgnowane.
Niezwykły jest upór Faheda w dążeniu do celu, podobnie jak nieprzejednana jest postawa Yoniego, a każdy przebyty wspólnie kilometr zbliża tych dwóch oponentów i wiąże więzami znacznie silniejszymi od polityki...


Ktoś mógłby powiedzieć, że wyidealizowanie tego obrazu dalekie jest od rzeczywistości i z pewnością można by przyznać mu rację, bo przecież momentami po dziecięciemu myśli Eran Riklis, reżyser obrazu “Mój przyjaciel wróg”. Od siebie dodałbym jednak, że pewien przerost w sztuce filmowej, która sama w sobie jest przecież niczym innym jak wyrażaniem najbardziej niedościgłych marzeń i żądań, jest wysoce pożądany w świecie opanowanym przez niedoskonałość sprowadzającą największe choćby idee na manowce rynsztoków.