niedziela, 24 stycznia 2016

"Zjawa" (2015) - aktorski majstersztyk

Jeden z nich umierał już z miłości ginąc przy okazji w morskiej katastrofie; był gangsterem, awanturnikiem, maklerem i rewolwerowcem na Dzikim Zachodzie, a rodzice prawdopodobnie jednomyślnie dali mu na imię Leonardo, wiedząc że w przeszłości ktoś o tym imieniu zdołał osiągnąć wiele.  


Drugi był bokserem, psychopatą, Szalonym Maxem, a nawet oficerem dochodzeniowym w służbie komunistycznej Rosji, a nazywa się dokładnie tak samo, jak pewien brytyjski poeta: Thomas Hardy, choć widzowie przyzwyczaili się raczej do zdrobnienia, Tom.  


Kontynuując wyliczankę nie można zapomnieć o trzecim: nazywa się on Alejandro Gonzalez Iñárritu, a świat oczarował w roku 2000 znakomitym “Amores Perros”, choć właściwy jego debiut przypadł cztery lata wcześniej. Piętnaście lat później - po latach zarówno tłustych, jak i chudych - meksykański reżyser wyczarował obraz rozgrywający się na ziemiach Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej na blisko trzydzieści lat przed wojną secesyjną, kiedy to…
I tu pojawia się numer cztery.


W 1822 bądź rok później amerykański traper i podróżnik Hugh Glass dał się niemal rozerwać na strzępy niedźwiedziowi grizzly prawdopodobnie tylko po to, aby towarzysze z jakimi wędrował przez dzicz mogli pozostawić go, myśląc, że pożytek z niego będą mieć wyłącznie dzikie zwierzęta.
Nie mieli racji kompanii Glassa, a o tym, jak bardzo się mylili opowiada znakomita, wybitna, nominowana do Oscara bodaj w dwunastu kategoriach “Zjawa”, w której piękno dzikiej przyrody wściekle bełta się z ułomnością i brzydotą ludzkiej duszy, o jakiej w historii nieszczęsnego gatunku homo sapiens niejednokrotnie się już opowiedziało.
I z pewnością nieraz jeszcze się opowie.


Bezwzględność z jaką biały człowiek budował wielkie Stany Zjednoczone Ameryki Północnej detonuje się tu niemal kadr po kadrze, a reprezentowana jest ona przez: bezlitosne, destrukcyjne drenowanie natury, barbarzyństwo wobec ludności rdzennej, nienawiść i uprzedzenia przywleczone ze starej dobrej Europy, chciwość... wymieniać można by długo.


Także z bezwzględności zrodziła się postawa Glassa, bowiem pragnienie zemsty nie może mieć lepszego żywiciela. Gwałtowność z jaką owa potrzeba zamanifestowała się w ciele i w duszy trapera została doskonale zobrazowana oszałamiającym aktorstwem DiCapiro zmagającego się samotnie z dzikością krajobrazów oraz z ułomnością własnego ciała wywołaną pazurami i zębami niedźwiedzia. To już nawet nie jest “boso, ale w ostrogach”. To pełznięcie nago po ostrzu brzytwy.     


Dlatego właśnie ten film posiada niemal wszystko, aby dotrzeć do masowego widza: rozmach opowiadanej historii, mistrzowsko uchwyconą naturę, przejmujący klimat zarezerwowany dla najwybitniejszych dzieł, a także - a może: przede wszystkim - genialne kreacje aktorskie zarówno DiCaprio, jak i Hardego.    
I znów przy okazji refleksji nad obejrzanym filmem zmuszony jestem odwołać się do legendarnej instytucji londyńskich bukmacherów przy Oxford Street oraz przy innych ulicach, gdzie - gdybym tylko teraz tam się znalazł - wyłożyłbym stu funtowy banknot i obstawiając oscarowe zwycięstwo DiCaprio wyczekiwałbym niecierpliwie na zwrot inwestycji powiększony o zasłużoną wygraną.
 

środa, 13 stycznia 2016

"Nienawistna Ósemka" (2015) - Wojna i niepokój

Jest bodaj najbardziej aroganckim reżyserem w historii kinematografii. Do szału doprowadza Spike’a Lee niezmiennie i z namaszczeniem celebrując w swoich obrazach słowo “czarnuch”, którym jego bohaterzy posiłkują się w każdej możliwej sytuacji, nawet wtedy, gdy bardziej wypadałoby powiedzieć “dzień dobry”, albo “idź, proszę do domu” w wersji niecenzuralnej.  


Nie ogląda się za modami, a zwłaszcza za gustami i guścikami; kiedy inni celebrują populizm mający zasilić konta bankowe wielkich wytwórni, on niezmordowanie uprawia politykę autorską, jakiej nie wyrzekłby się chyba nawet pod rewolwerem obecnym w wielu - żeby nie powiedzieć: we wszystkich - jego produkcjach.


Nie jest moralizatorem, nie oskarża o nic ludzkości i człowieka, nie próbuje walczyć z jego wadami, nie wytyka konformizmu, nie domaga się wolności, równości i poszanowania praw dla egipskich mumii, obcy jest mu moralny niepokój, a wyznawana filozofia wydaje się być prostszą od tej obowiązującej w filmach klasy B, jakich od lat jest wielbicielem.
Bawi się w kino, bawi się kinem.  
I preferuje rzeź.
W “Nienawistnej Ósemce” znów ją celebruje.


Nie taką jednak rzeź o jakiej pomyśleć można sobie w pierwszej chwili, ale rzeź tarantinowską, w której bełta się wszystko, co oferowała do tej pory pop kultura plus nawet to, czego nigdy dać nie potrafiła. A wszystko to w konwencji westernu, który od czasów wybitnego “Django” mocno zapuścił swe korzenie w duszy reżysera, o ile duszę on jeszcze posiada, w co z pewnością nie wierzą amerykańscy policjanci bojkotujący jego najnowszą produkcję.
O Spike’u Lee coś się tu już wcześniej rzekło.  


Znów w wojnie szukał Tarantino inspiracji i znalazł ją w tej, jaką Ameryka żyła w drugiej połowie lat sześćdziesiątych XIX wieku kąpiąc się dzięki niej we krwi przez wiele długich lat po czasie, kiedy padły w niej ostatnie strzały. A przynajmniej tak się o niej pisze i mówi.
Z wojennej zawieruchy pozbierał - pozwolę sobie, jako być może pierwszy na świecie - Genialny Mentalny Rzeźnik dalej dla ułatwienia tytułowany GMR strzępki opowieści i złożył z nich kilku, konkretnie: ośmiu bohaterów po czym zamknął ich, choć nie po to, aby ograniczyć budżet produkcji, w niewielkim sklepiku usytuowanym nieopodal miasta Red Rock w stanie Wyoming, o którym najwięcej do powiedzenia mogą mieć jego mieszkańcy.
Ale i to nie takie pewne.


W kameralnym sosie poddusił GMR mających do załatwienia bardzo ważne biznesy bohaterów i oferując mi dostęp do broni palnej niejako wymusił na nich, aby prymitywne instynkty, jakie przecież tkwią w każdym, nawet najbardziej cywilizowanym człowieku, przemówiły, a nawet zakrzyknęły oznajmiając: oto krew, oto śmierć, oto rzeź i zniszczenie, oto moja racja, która silniejsza jest od twojej.
Tak jest, bo o rację w tym całym hiperbajzlu się rozchodzi!


Bez wątpienia udała się GMR “Nienawistna Ósemka” i ze smutkiem - jako ten, któremu Tarantino od lat dostarczał niezobowiązujących, podkreślam: niezobowiązujących wzruszeń - przyjąłem doniesienia, jakoby do zrealizowania pozostały mu jeszcze dwa filmy.  
Nie dając temu wiary, wracam ponownie w okolice Red Rock, wsłuchać się w strzały z broni różnego kalibru i w historię, jaką ten świat opowiedział już wiele razy.
Ale nigdy wcześniej z takim kunsztem misternie podbitym umownością i swobodą, jakiej pozazdrościć powinno GMR wielu, naprawdę wielu filmowców.  


niedziela, 10 stycznia 2016

"Most Szpiegów" (2015) - bracia w służbie idei

Określany thrillerem “Most Szpiegów” z całą pewnością prosi się o inną klasyfikację, gdyż tyle w nim thrillera, ile patriotyzmu w autorskich produkcjach braci Coen, a zatem w celu ułatwiającej życie systematyzacji określę najnowszą produkcję Stevena Spielberga dramatem, choć po prawdzie bardziej dramatycznie przedstawił Milne losy Kubusia Puchatka przepędzającego życie na kontemplacji “małego Conieco” oraz na skłaniających do zadumy pogawędkach z przyjaciółmi. 
Najnowsze dzieło twórcy "E.T." to, niestety, coś więcej niż dramat: widz ma do czynienia z typową amerykańską propagandówką podkreślającą wyższość zachodniej kultury odpowiedzialnej za Nagasaki i Hiroszimę nad wschodnim barbarzyństwem zagrażającym rozszczepionym atomem Empire State Building oraz tysiącom amerykańskich domostw.    


Daleko spielbergowskiej wizji do klimatycznej adaptacji powieści Johna Le Carre’a, w której znaczonymi kartami zręcznie pogrywali m.in. Gardy Oldman i Colin Firth i jeśli “Szpieg” Thomasa Alfredsona w pełni zasługuje na miano szpiegowskiego, tak tekst wyprodukowany przez czterokrotnie nagrodzone Oscarami rodzeństwo szpiegowskim nazwać można by wyłącznie pierwszego stycznia nad ranem, kiedy w pustce konających po świętowaniu miast rozbrzmiewają słowa piosenki “All is quiet on New Year’s Day” zespołu, którego nazwa pojawi się tu za chwilę w zupełnie innym, bardziej złowrogim kontekście.


Żarty żartami, ale “Most Szpiegów” usiłujący przybliżyć zawiłe losy oswobodzenia z kajdan niewoli pilota szpiegowskiego samolotu U2, Francisa Powersa zestrzelonego nad terytorium byłego ZSSR w czasie zimnej wojny, to naprawdę - jakby to powiedział niejeden współczesny dziennikarz - “kawał dobrej roboty”. Prowadzona wolno, niemalże majestatycznie akcja, podręcznikowe zdjęcia Janusza Kamińskiego zgrabnie ubarwiane muzyczką Thomasa Newmana, niemal w stu procentach sprawna ręka Spielberga oraz ciekawa rola Marka Rylance’a wcielającego się w rolę Rudolfa Abla… dość wyliczanki.


Warto podkreślić, że pomimo iż wybitność w roku 2015 przeszła obok tego filmu i zatrzymała się przy “Nienawistnej Ósemce” Tarantino czy “Zjawie” Iñárritu (o tych obrazach niebawem), to i tak miło goni się czas z Tomem Hanksem udającym precyzyjnie nowojorskiego prawnika Jamesa Donovana, który oderwany od spraw towarzystw ubezpieczeniowych, jakimi zazwyczaj się zajmował, rzucony został w wir polityki na najwyższym szczeblu oraz wywiadowczych rozgrywek, mogących mieć reperkusje o nieobliczalnym znaczeniu.  


Rozgrywająca się w znacznej mierze we Wrocławiu udającym Berlin akcja pozbawiona - jak się powyżej rzekło - elementu przyspieszającego bicie serca koncentruje się na niezłomnej postawie amerykańskiego prawnika głęboko wierzącego w konstytucję, demokrację i - generalizując - w American Dream tak skrupulatnie wyśmiewany przez scenarzystów filmu w ich autorskich przedsięwzięciach.  


Razić może - zwłaszcza, jeśli mówi się tu o braciach Coen - czarno-białość przedstawionego zimnowojennego świata, a zwłaszcza zaludniających go bohaterów. Jeśli Amerykanie nakreśleni zostali złotą czcionką w dodatku z dużej litery, tak Rosjanie czcionką zardzewiałą, pomniejszoną i karykaturalnie monstrualną, dzięki której reprezentantami tego narodu straszyć można dzieci, a nawet i dorosłych.    
Mając jednak na uwadze, kto stał za kamerą, można zrozumieć, jakie musiały być jego oczekiwania od filmowego tekstu, który pozwolił przez pewien czas miastu Wrocław udawać Berlin, choć Oscara za to chyba nie dostanie, a przynajmniej na to postawiłbym u londyńskich bukmacherów na Oxford Street oraz na innych ulicach.     

niedziela, 27 grudnia 2015

"Gwiezdne Wojny: Przebudzenie Mocy" (2015) - strzały na utartym szlaku

Oprócz wielu galaktyk, o jakich zawiłym językiem piszą rozprawy doktorskie astrofizycy, istnieje galaktyka opisana w sposób mogący dotrzeć nawet do tych, którzy pocą się podczas recytacji pierwszych strof poematów uznanych na szczeblu ministerialnym za wybitne i ponadczasowe.
Zrodziła się ona w latach siedemdziesiątych ubiegłego stulecia w umyśle trzydziestoletniego Amerykanina, który uznał, że odwieczna walka dobra ze złem od dawna przedstawiana w sztuce filmowej wyższych i niższych lotów domaga się nowej scenerii i nowych bohaterów.


W ten oto sposób mały chłopiec, jakim w roku 1979 bez wątpienia byłem, obejrzeć mógł w sali kinowej w pięknym mieście Świdnicy na zachodzie Polski niezwykły obraz, który w sposób istotny i nie podlegający dyskusji odcisnął głębokie piętno na moim życiu wewnętrznym, podobnie jak na życiach - ale nie w tym wulgarnym sensie przez “rz” - milionów innych małych chłopców na całym świecie.
O dziewczynkach, niestety, nic pewnego powiedzieć nie mogę.  
Tamtego lata przemawiający metalicznym basem na czarno ubrany pan sprawił, że mały chłopiec chował się to za ojca, to za kinowy fotel, który w pewnym momencie stał się fotelem X Winga podczas finalnego ataku na Gwiazdę Śmierci. Podczas lat następnych ów chłopiec nie bojący się już Lorda Vadera i mieszkający już w pięknym mieście Krakowie wielokrotnie uiszczał opłaty za możliwość wejścia do kin prezentujących dalsze koleje losów bohaterów George’a Lucasa.
Potem długo, długo było nic.


Dopiero po latach pierwsza trylogia odrestaurowana cyfrowo została zaprezentowana światu w roku 1997 z okazji jubileuszu dwudziestolecia powstania serii, abym mógł jej pierwszą - tzn. czwartą - część obejrzeć cztery razy w londyńskich kinach. Od tamtego czasu w świecie “Gwiezdnych Wojen” najwięcej działo się w grach komputerowych potrafiących zgrabnie nawiązywać do świata przedstawionego w kinie, jak i do światów, o jakich filmowi bohaterowie nie wspomnieli słowem.


Potem znów było długo, długo nic, aż wreszcie pewnego dnia reżyser, którym zachwycał się Spielberg i który pozwolił zasłużenie zabłysnąć talentowi Jennifer Lawrence, J. J. Abrams zaprezentował urbi et orbi wyznawcom “pewnego razu w odległej galaktyce” trailer skłaniający do intensywnych rozważań i spekulacji, przy czym tych drugich było zdecydowanie więcej.
Dalej była już tylko perspektywa 21 grudnia, kiedy nowe ujęcie niezwykłego uniwersum miało zdetonować się w moich oczach dozbrojonych w okulary pozwalające przenieść się do szerszego wymiaru.


Po dwóch godzinach i piętnastu minutach pobytu w rzeczywistości oderwanej od praw fizyki, nie wolnej jednak od praw ludzkich nie chciałem opuszczać kinowej sali i choćby siłą, choć bez pomocy miecza świetlnego zażądać, aby “Przebudzenie Mocy” zostało odtworzone po raz kolejny i kolejny i…
Mały chłopiec, jaki tkwi w każdym dorosłym za jakich większość mężczyzn - za nielicznymi wyjątkami - pragnie uchodzić, wydzierał się we mnie w piskliwej tonacji. Histerycznie żądał, gwałtownie domagał się realizacji klarownie wyłożonego postulatu - kolejnej projekcji filmu, który nie spodobać się może tylko chłopcom uznającym w szkole podstawowej z niezrozumiałą dla innych chłopców dumą ZPT za ulubiony przedmiot.
O dziewczynkach, niestety, nic pewnego powiedzieć nie mogę.   


W ponad dwugodzinnej produkcji odwołał się Abrams do tego, co było w starej trylogii najlepsze i na bazie sprawdzonych już scenariuszy wyczarował przy pomocy współscenarzystów: Lawrence’a Kasdana i Michaela Arndta historię, która od początku do końca toczy się z prędkością blasterowego wystrzału. Nic dziwnego, bo pamiętać trzeba, że Kasdan był przecież scenarzystą “Imperium Kontratakuje” i “Powrotu Jedi” i kto wie czy to nie do niego należał decydujący głos podczas ustalania warunków, w jakich bohaterowie “Przebudzenia Mocy” będą kochać, nienawidzić, walczyć i ginąć.


Przez chwilę myślałem nawet, aby żachnąć się na ten skrajny populizm, jednak utrwalając w pamięci wizję reżysera “Super 8” przy pomocy nielegalnego seansu dopiero co pobranej wersji nakręconej ukrytą kamerą w hiszpańskojęzycznym kinie, jestem już absolutnie pewny, że droga, jaką obrał J.J. Abrams jest słuszną. Pozostaje mi tylko wyrazić nadzieję, że jego następca - Rian Johnson, twórca m.in. “Niesamowitych Braci Grimm” i “Loopera” - odpowiedzialny także jednoosobowo za scenariusz “ósemeczki” nie zboczy z wyznaczonego kursu szczęśliwie dowożąc bohaterów Sokołem Millenium do bram epizodu dziewiątego, którego scenariusz napisze m.in. z Lawrencem Kasdanem, batutę naczelnego dyrygenta oddając Colinovi Trevorrowi znanemu z najnowszej wersji “Parku Jurajskiego”.

niedziela, 20 grudnia 2015

"Suburra" (2015) - żądza pieniądza

Zorganizowane grupy przestępcze o charakterze zbrojnym istnieją w jednym celu - pomnażania zysków przez co rozumieć należy wymuszenia, rozboje, morderstwa, zastraszenia, porwania, egzekucje, a także całkiem legalne inwestycje do jakich dochodzą w sposób kolidujący z tym, co niegdyś Hammurabi nazywał prawem. Od wieków mafie niczym rakowe komórki toczą tzw. “zdrową tkankę społeczeństwa”, a to z wdzięczności raz na czas uświęca dokonania rodzin gangsterskich obrazując ich życie i obyczaje przy pomocy scenarzysty, reżysera oraz aktorów, którzy - jak sądzę - w rzeczywistości woleliby nie mieć do czynienia z postaciami, w jakie tak ochoczo wcielają się na filmowym planie.  


Tym razem nie o uświęcanie chodzi, “Suburra” to nie “Ojciec Chrzestny”, lecz o całkiem bezpośrednie i dosadne ukazanie pewnych mechanizmów, dzięki którym ci posiadający nielegalnie broń palną, mogą przy pomocy tych, którzy posiadają poselski immunitet osiągnąć to, do czego zostali powołani - do pomnażania zysków, o jakim coś się tu już przebąknęło.   


W czym rzecz? Ano, w Ostii. A czym jest Ostia? W starożytnym Rzymie wliczony w poczet bogów przez senat rzymski cesarz Klaudiusz zbudował tam port, który później kanałem z Tybrem połączył boski cesarz Hadrian. W “Suburrze” Ostia urasta do mitycznego El Dorado: rodziny mafijne pragną zbudować tam nowe Las Vegas, aby w swoim czasie dzięki jego neonom, jednorękim bandytom, ekskluzywnym damom do towarzystwa oraz całą masą najdzikszych atrakcji robić to, co lubią najbardziej - pomnażać zyski, o jakich mam wrażenie wspomniało się tu już dwukrotnie.


Wielotorowo poprowadzona akcja łączy się z sobą tworząc dość szybko jeden potworny organizm, któremu dla poprawnego funkcjonowania niezbędna jest harmonia. Nie taka jednak, o jakiej opowiadają buddyści lub metodyści: harmonia zła, zepsucia i korupcji. Problem rozpoczyna się, kiedy jedna część organizmu ginie bezpowrotnie, a pozostałe muszą poradzić sobie ze stratą przy pomocy sposobów, jakimi straszy się niesforne dzieci.


“Suburra” to przejmujące stadium najgorszych cech człowieka potrafiących rozrosnąć się do monstrualnych rozmiarów, kiedy na horyzoncie rysuje się perspektywa długofalowego pomnażania zysków, o jakim na pewno coś zostało tu już powiedziane.   
Żądza napędzającą głównych bohaterów obrazu Steffano Solimy, czyni z nich agresywne, zajadłe, wściekłe i gotowe na wszystko ludzkie zwierzęta pragnące wspiąć się na szczyt łańcucha pokarmowego. Dla tych, którzy będą mieć nieszczęście znaleźć się niżej od nich…  

niedziela, 13 grudnia 2015

"Proces" (2014) - sprawa do sprawiedliwości

Indyjski wymiar sprawiedliwości - podobnie jak wszystkie inne wymiary - daleki jest od doskonałości. Nie jest także pewne, czy zamierza zbliżyć się do niej w sposób zadowalający przeciętnego petenta zmuszonego wejść w jego podparte paragrafami tryby.
Przekonuje się o tym bohater indyjskiego dramatu “Proces” (2014), pieśniarz Naryan Kamble (Vira Sathidar) oskarżony o doprowadzenie do samobójstwa pracownika miejskiej kanalizacji, co w świetle indyjskiego prawa jest nie budzącym wątpliwości przestępstwem.


Po aresztowaniu, rozprawie wstępnej, po której zakończeniu nieszczęsny śpiewak i poeta, “piewca śmierci z własnej ręki” trafia do aresztu. Bezskutecznie usiłuje go stamtąd wyciągnąć adwokat Vinay Vora (Vivek Gomber), także aktywista ruchu na rzecz poszanowania praw człowieka, które - jak sugeruje to reżyser i scenarzysta Chaitanya Tamahne w wyróżnionym na wielu festiwalach obrazie - respektowane są w sposób, nad jakim z pewnością można by jeszcze popracować.


Najciekawsze, że indyjski dramat - pomimo tematyki skutecznie mogącej podnieść ciśnienie nie tylko u osób z wieńcowym problemem - jest zupełnie nieagresywnym i nieinwazyjnym komentarzem wobec ewidentnie szwankującej machiny wymiaru sprawiedliwości, którą uzdrowić może chyba już nie właściwe naoliwienie, lecz serwis, bądź wymiana głównych części. Nawet twarz uwijającego się w iście szatańskim ukropie adwokata pozostaje nadzwyczaj spokojna wobec atakującego go ze strony oskarżycielki (Geetanjali Kulkarni) nonsensu potwierdzanego na wysokim szczeblu przez przewodzącego sprawie sędziego (Pradeep Joshi). Z budzącą podziw cierpliwością kontynuuje adwokat prawnicze dzieło, aby sprawiedliwość mogła zatriumfować, a jego klient mógł poza murami aresztu dawać wyraz wokalnemu talentowi ku uciesze publiczności.  


Nie pozbawiony ironicznego zaśpiewu “Proces” ukazuje problemy być może niewiele mówiące przeciętnemu Europejczykowi, jednak warte głębszych przemyśleń - biurokratyczną bezduszność, bezwzględną automatyczność przewodów sądowych oraz jawne manipulowanie materiałem dowodowym przez policję pragnącą w możliwie najkrótszym czasie zapewnić bezpieczeństwo liczącemu grubo ponad miliard społeczeństwu indyjskiemu oraz - jak wyraźnie podkreśliła to oskarżycielka - innym społeczeństwom.    


Jest też “Proces” nienachalnym świadectwem życia codziennego w Indiach, jakiego w swoim czasie doświadczyły dzieci-kwiaty masowo pielgrzymujące w tamte rejony świata, choć ze zrozumiałych względów stanowi ono jedynie tło istotniejszych wydarzeń. batalii toczonej na sali rozpraw między oskarżycielką - precyzując: wymiarem sprawiedliwości - a obrońcą.

środa, 9 grudnia 2015

"Dar" (2015) - na imię mam "Pamiętam Dobrze"

Niesłusznie określono “Dar” Joela Edgertona - także odtwórcy jednej z głównych ról - horrorem, gdyż trafniej było przykleić łatkę “thriller psychologiczny”. Dlaczego? Bo jeśli produkcja budzi napięcie i wprawia serce w szybszy rytm to wyłącznie w sferze mającej silny związek z rzeczywistością wykreowaną w przeszłości przy pomocy emocjonalnie i racjonalnie postrzegającego świat młodego człowieka, który…


Oczywiście, nie oznacza to, że dobry horror czerpać musi swą siłę wyłącznie z elementów nadnaturalnych… zostawmy jednak formalną dyskusję i zajmijmy się obrazem.  
I przypomnijmy wyraźnie jedno - “na początku było słowo”.
Zanim jednak widz o tym się dowiaduje, szczęśliwe małżeństwo wprowadza się do pięknego, dużego domu, gdzie planuje - jak większość par w pięknych i dużych mieszkaniach - “postarać się o dziecko”, z czym może mieć pewne problemy, gdyż pierwsze nie zdołało wydostać się żywe z łona matki.


Kim są oni? Bardzo proszę: Simonem (Jason Bateman) i Robyn (Rebecca Hall). Ludźmi sukcesu: przedsiębiorczymi, zaradnymi, gotowymi na wszystko, jeśli zajdzie taka potrzeba, a przecież wiadomo, że w świecie, w jakim się poruszają, zajść w końcu musi. Konkurencja przecież nie śpi, a nawet jeśli to robi, gotowa jest wybudzić się szybciej niż można się tego spodziewać.  


Nieoczekiwanie w sielskość szczerze sobie oddanego małżeństwa wkracza pewnego dnia niejaki Gordo (świetny Joel Edgerton próbujący chyba zapomnieć o niezbyt przekonującej roli Ramzesa w “Exodusie” Ridleya Scotta), dawny kolega Simona z liceum, a jego obecność w życiu ludzi szczęśliwych bardzo prędko zaczyna się intensyfikować doprowadzając do zaognienia filmowej akcji oraz do zagrożenia życia u widzów z chorobą wieńcową.


Początkowo leniwie budowany klimat zaczyna intensyfikować się w miarę odkrywania przez twórców kolejnych kart z talii pełnej fałszywek oraz jednego, jak najbardziej realnego jokera, który w odpowiedniej chwili zrobi, to do czego został stworzony - pobije wszystko i wszystkich.    
Jest “Dar” wśród tzw. produkcji “niedzielnych”, “niekoniecznych”, “dla entuzjastów gatunku” pozycją wartą obowiązkowej celebracji, gdyż podczas stu ośmiu minut seansu otrzymujemy należycie odmierzoną i przemyślaną dawkę ruchomych obrazów skutecznie pozwalającą zapomnieć, że za oknem jesień, a do beztroski kanikuły bardzo daleko.