Pokazywanie postów oznaczonych etykietą upadek Konstantynopola. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą upadek Konstantynopola. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 4 września 2014

"Fetih: 1453" (2012) - strategia zdobywcy

Jego narodzinom towarzyszyły podobno specjalne znaki: klacze rodziły po dwa źrebaki, pola dawały plony cztery razy do roku, drzewa uginały się od nadmiaru owoców, a kometa przecinająca dostojnie bezkres nieba podkreślała wagę wydarzenia. Był niewątpliwie jedną z tych postaci, których Historia zapomnieć nie potrafi, a nawet jeśliby podjęłaby takie próby, nikt nie potraktowałby ich na serio.


Dzieje jego życia – ze specjalnym podkreśleniem majowych dni roku 1453, kiedy to układ sił na świecie skłaniał się ku nieubłaganym zmianom, a Starożytność wciąż, choć z coraz słabszą mocą reprezentowana przez Cesarstwo Bizantyjskie nieśmiało dopraszała się Nowożytności – opowiada turecki film "Fetih: 1453", który w ciągu 280 mijających bardzo szybko minut buduje mit właściwy tego typu produkcjom. 


Idee wielkie rodzą się z pewnością w lęku przed ich konsekwencjami, jednak paradoksalnie strachu nie odczuwają. Tylko przecież człowiek odważny, zdyscyplinowany i ukierunkowany na jasno sprecyzowany cel ostatecznie go osiąga nawet, jeśli miałby czekać na niego ponad półtora miesiąca pod niezdobytymi wcześniej i ociekającymi krwią murami Konstantynopola, stolicy pławiącego się w zbytku i rozpuście Cesarstwa Bizantyjskiego.  


Z budzącą podziw skrupulatnością przygotowywał się sułtan Mehmed II do śmiałego podboju. Wbrew sobie klękał na kolana, oddawał cześć i daninę nierzadko wzbudzając pogardę podwładnych, jednak w tej polityce uległości była siła, która w swoim czasie miała go z kolan podnieść i zmusić oponentów do uznania jego wyższości przejawiającej się chociażby w politycznej dalekowzroczności podpartej zdolnością wybaczania nawet tego, co w myśl innych uchodziło za niewybaczalne.


Z początkowym zdumieniem transformującym się w zachwyt z każdą mijającą klatką tureckiej mega produkcji śledziłem losy przyszłego Zdobywcy. Zachodziłem w głowę nad formą filmu, nad jego specyficzną, jakże odległą od europejskiej stylistyką przywodzącą na myśl pastelowe, tryskające doczesnym i wiekuistym szczęściem ilustracje w publikacjach Świadków Jehowy. 
Kiedy już dziwić się przestałem, kiedy zaakceptowałem to, czego zmienić żadną miarą nie mogłem, dałem się porwać przykuwającej uwagę opowieści o drodze jednego mężczyzny wiodącej od rodzinnego Edirne do murów miasta, które po długotrwałym, okupionym tysiącami ofiar oblężeniu miało stać się jego niepodważalną własnością i podwaliną potężnego imperium. 
Sułtan Mehmed II tytułowany po wydarzeniach przedstawionych w filmie Zdobywcą i jego losy podkreślone podniosłą muzyką przypomniały mi o nieśmiertelnej tezie, w myśl której każdy naród – z mniejszym, bądź większym patosem – opowiada swoją własną wersję historii.
Byłoby czymś niestosowanym odbierać to prawo tureckim twórcom.

wtorek, 3 grudnia 2013

Wyprawa Motorismo Kraków - Jerozolima 2013: Perła Orientu (fragment)

Kiedy okazało się, że celu mojej przygody, Jerozolimy nie osiągnę z przyczyn politycznych, że nie uda mi się opuścić greckiego Cypru inną drogą, niż ta, którą przyjechałem, przez Cypr północny, turecki, obmyśliłem, że pokłonię się innemu miastu z moich snów, równie skąpanemu w przepychu oraz w barwnej, niejednokrotnie krwią pisanej historii. 
Skierowałem wzrok ku północy, ku minaretom Stambułu. 

Droga do upadku
Ilekroć myślałem o tym mieście cofałem się w czasie do roku 1453, kiedy to wypełniła się sułtańska wola, a bizantyjska słabość i zepsucie musiały ustąpić potędze osmańskiego Islamu, który podbudowany zwycięską bitwą pod Warną w 1444 urósł do miana Wielkiego Gracza na politycznej mapie Europy i Azji. To właśnie na warneńskim polu pamiętnego 10 listopada głowę swą młodą stracił Władysław III, z Bożej Łaski król Polski, Węgier, Dalmacji, Chorwacji, Raszki, Bułgarii, Slawonii, ziemi krakowskiej, sandomierskiej, łęczyckiej, sieradzkiej, Kujaw, pan i dziedzic Pomorza i Rusi, najwyższy książę Litwy, włodarz legendarnej Polski od morza do morza...  
6 kwietnia 1453 roku rozpoczęła oblężenie Konstantynopola osiemdziesięciotysięczna armia turecka naprzeciw której stanęło siedem tysięcy bizantyjskich rycerzy oraz siedmiuset genueńskich ochotników pod wodzą Giovanniego Giustiniani Longo święcie przekonanych, że uda im się mury miasta obronić, jak to zawsze bywało, że osmańska potęga rozbije się o nie i umknie jak niepyszna, a sułtan podczas obrad dywanu będzie zmuszony przykładnie pozbawić głów kilku winnych i zająć się planowaniem kolejnych wypadów.



Słyszałem szczęk oręża, odgłosy potężnych bombard puszkarza Orbano kruszących mury Konstantynopola władanego słabą ręką ostatniego bazylisa Konstantyna XI Dragazesa. Widziałem żądnych łupów janczarów skorych się do nieuniknionej rzezi, derwiszów tańczących i wygrywających na fujarkach przejmujące melodie i sułtańskich, ubranych na zielono czauszów gotowych do natychmiastowego wypełnienia życzeń swojego pana i władcy. I jeszcze więcej widziałem, a obrazy były żywe i silne, zaczerpnięte z przeczytanych książek.
Słowa wielu autorów: dawnych i współczesnych detalicznie opowiadały mi o przebiegu oblężenia, o morale dwóch stron splątanych w walce, której żadna z nich nie mogła uniknąć z wielu przyczyn. Lała się krew szerokim strumieniem, a czas odmierzając swoją miarę przygotowywał dwie strony na wielki finał.

Całość czytaj na stronie: http://motorismo.pl/articles/wyprawa-motorismo-krakow-jerozolima-2013-perla-orientu