Ludzie jego pokroju głośno mówią o pokoju, z jeszcze większą zawziętością czyniąc wojnę i udowadniając całemu światu, że tylko zbrojna droga powieźć może ku wytęsknionym bramom ciszy i wytchnienia. Przekonują o swoim uduchowieniu, lojalności i honorze, pamiętając jednak, że broń można sprzedać dwóm stronom konfliktu (wojna iracko-irańska) ku ich obopólnej korzyści oraz zadowoleniu szwajcarskich bankierów stykających się ze światem idei prawdopodobnie wyłącznie podczas lektury dzieł klasycznej literatury.
Doskonale znany w Polsce komunistycznej i wielokrotnie w niej podejmowany, Abu Nidal, lider organizacji Fatah – Rada Rewolucyjna we francuskim filmie „Infiltrowani” w reżyserii Giacomo Battiato ukazany został, jako charyzmatyczny konstruktor sieci terroru uzależniony od whiskey, papierosów oraz mani wielkości nakazującej mu podejmować decyzje godne największych tyranów: nie istnieją dla niego granice, których przekroczyć nie można i kule pistoletowe, których wystrzelić nie sposób, a wszystko to podporządkowane jest jego osobistej wojnie z Jasirem Arafatem, OWP oraz – przede wszystkim – z narodem żydowskim odpowiedzialnym, jego nieskromnym zdaniem, za wszelkie zło, a nawet więcej.
To nie on jednak, pomimo niekwestionowanej barwności, jest naczelnym bohaterem opowieści o tajemnym świecie służb specjalnych i ugrupowań terrorystycznych, lecz młody człowiek, Issam Mourad (Mehdi Dehbi), wychowanek jednego z obozów szkoleniowych Abu Nidala (Salim Dau) żarliwie wierzący w natchnione słowa swojego mentora.
Życie Issama jest pasmem ciągłych nieszczęść i strat określanych powszechnie, jako niepowetowane, od których ciężaru pozbawiony rodziny młody człowiek uwolnić się pragnie na drodze aktywnej działalności. Dzieje się, co następuje: idealistycznie postrzegający rzeczywistość młodzieniec pogrążony w cierpieniu trafia na dawno ukonstytuowaną radykalną dorosłość Nidala głoszącego hasła jakby stworzone do hucznego i spektakularnego wprowadzenia w obieg życia. I nagle ulice spływają krwią, skrzętnie odnotowywaną przez media całego świata pomne, że czerwień doskonale sprzyja wzrostowi cen za powierzchnię reklamową.
A kiedy milknie filmowa historia na powierzchnię zdarzeń, nieproszone, a jednak niezbędne, wypływają naiwne pytania pozostające bez jednoznacznej odpowiedzi: jak wielu kryje się zagubionych młodych Issamów w meandrach arabskiej rzeczywistości, Issamów prowadzonych na postronku radykalnych haseł przez stale konsultujących się ze szwajcarskimi bankierami „bojowników”, dla których walka z „wzniosłymi hasłami” na spieczonych słońcem ustach stała się jedynym sposobem na zabicie dokuczliwej pustki? Ile ofiar pochłonął już konflikt izraelsko-palestyński i gdzie należy poszukiwać jego kresu istniejącego prawdopodobnie wyłącznie w piekle idei, dokąd zabrnęło już tak wielu, wracając stamtąd na marach.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą terroryzm. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą terroryzm. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 20 listopada 2014
środa, 28 maja 2014
"Non Stop" (2014) - człowiek lata
Istnieją ludzie, którzy ze zrozumiałych względów z wielką nieufnością dają się osadzić - bo jest to dla nich niczym wyrok - w szerokich kadłubach samolotów na pasażerskim fotelu. Ich wiedza o lataniu ogranicza się do jednego niezbitego faktu: człowiek w przeciwieństwie do ptaka skrzydeł nie posiada, zatem to ziemia powinna być dla niego środowiskiem naturalnym, a nie przestworza przeznaczone dla gatunku, który inną ścieżkę wybrał na ewolucyjnej drodze.
Oczywiście, obśmiać taki światopogląd bardzo prosto, jednak główny bohater emocjonującego podniebnego thrillera “Non Stop”, Bill Marks (Liam Neeson) jest facetem śmiertelnie poważnym i prędzej wywołać można salwy śmiechu w posągach dawnych faraonów niż skłonić agenta federalnego do żywiołowej wesołości.
Nie ma się jednak czemu dziwić, gdyż Bill - podobnie jak wszyscy ludzie na świecie - posiada przeszłość. Jego jest jednak mroczniejsza niż innych, choć inni mogą o tym nie wiedzieć.
Ale kim jest właściwie Bill? Szeryfem Powietrznym dbającym o bezpieczeństwo pasażerów, którzy - udowodniły to już chociażby liczne porwania samolotów w latach siedemdziesiątych ubiegłego stulecia, o dniu 11.09 nie wspominając - w powietrzu mogą być narażeni na coś znacznie więcej niż kontakt z obcą cywilizacją, która podobno istnieje, ma się całkiem dobrze i czeka, co przyniesie jutro.
“Non Stop” zgodnie z wiosenno-letnimi oczekiwaniami widzów bardzo prędko wprowadza do rzeczywistości samolotu pasażerskiego element sensacyjny: oto bowiem na zaszyfrowanym telefonie Billa Marksa pojawia się wiadomość informująca, że jeśli na wskazane konto nie zostanie wpłaconych 150 milionów dolarów, za dwadzieścia minut jeden z pasażerów wyda ostatnie tchnienie.
Nie zastanawia się szeryf powietrzny: być bohaterem czy nie być? Z werwą nieznaną większości alkoholików - lubi sobie golnąć więcej niż kielicha, prawda, i wcale tego nie ukrywa - zatraca się w błyskawicznie zawiązanym śledztwie, które zaprowadzi go do zaskakującego rozwiązania. A droga do celu łatwa nie będzie.
Jedna godzina i czterdzieści sześć minut pękają w mgnieniu oka, tak warto toczy się filmowa akcja, którą z pewnością niejeden z widzów odtwarzał sobie będzie podczas kolejnych podróży lotniczych niezgodnych - jak to udowodniłem na początku - z naturą człowieka.
Warto podkreślić, że ta ogórkowa, świetna w swojej klasie produkcja próbuje przy pomocy środków, na jakie ją stać, przemycić bardzo istotne dla współczesnego świata kwestie związane z terroryzmem oraz szeroko pojętym bezpieczeństwem w skali zarówno krajowej, jak i międzynarodowej.
poniedziałek, 10 lutego 2014
"Układ" - terror na wysokim szczeblu
Zamachy terrorystyczne znane są ludzkości od bardzo dawna, a ich nadrzędne cele od lat pozostają niezmienne. W chwili, kiedy w niepamięć odeszła działalność Frakcji Czerwonej Armii, a IRA zapadła w drzemkę przez niektórych nazywaną poobiednią, na scenie pojawił się terroryzm w wersji muzułmańskiej: nieobliczalny, fanatyczny, gotowy na wszystko. Podobno nawet na jeszcze więcej.
Kiedy na jednym z londyńskich targów wybucha zainstalowana na ciężarówce bomba zabijając 120 osób, błyskawicznie przeprowadzone śledztwo przynosi rozwiązanie. Tak rozpoczyna się “Układ” w reżyserii Stevena Knighta (także autor scenariusza m.in. znakomitych “Wschodnich obietnic” Davida Cronenberga).
Pojmany Turek, Farroukh Erdogan zostaje poddany śledczej obróbce, jednak jak wiadomo, nawet na Wyspach Brytyjskich największemu nawet niegodziwcowi przysługuje prawo do obrony. I tu na scenę wkraczają obrońca Martin Vickers (Erick Bana) oraz adwokat specjalny Claudia Simmons-Howe (Rebecca Hall), przy czym muszę podkreślić, że rola tej drugiej zajmuje - zgodnie z nazwą - specjalne miejsce w angielskim systemie prawnym, na którym słabo się wyznaję.
Paradoksem rozprawy, na której rozstrzygnąć się mają losy młodego Turka jest fakt, że część dowodów wniesionych przez oskarżenie nie może zostać podana do publicznej wiadomości ze względu na narodowe bezpieczeństwo. Mogą one zostać ujawnione wyłącznie podczas tajnego posiedzenia sądu na specjalny - bo jakiż by inny? - wniosek specjalnej pani adwokat.
Czas pozostały do rozprawy biegnie, jak opętany, a kiedy widz przypomina sobie - a wie o tym od początku filmu - samobójstwo pierwszego adwokata Erdogana, sprawy zaczynają przedstawiać się zupełnie inaczej, a drugie dno, jakie posiadały, ewoluuje w trzecie, a może i nawet w dziesiąte. Kto jest kim?. Nie wiadomo. I jest to z pewnością wielki plus tego obrazu: zagadka rodzi zagadkę, czerń wydaje się czernią, ale przecież nikogo nie dziwi, że potrafi nagle przemienić się w biel...

Brytyjski system sprawiedliwości, podobnie jak inne systemy potrafi być także szokująco niesprawiedliwy, choć w wypadku “Układu” geneza niesprawiedliwości czai się głębiej, a może po prostu: wyżej. Po zmierzeniu się z perypetiami wzbudzających sympatię adwokatów pomyśleć można chyba tylko jedno: człowiek, jakkolwiek stworzony do odważania pasztetowej i ogórków kiszonych na coraz bardziej zaawansowanych technologicznie wagach, gubi się niejednokrotnie podczas obsługi tej należącej do Temidy. Poza tym nie ma on - w przeciwieństwie do greckiej bogini - rogu obfitości oraz zawiązanych oczu, a to ponoć jest sprawiedliwości niezbędne.
W innym wypadku należy liczyć się z układami.
piątek, 6 grudnia 2013
Kapitan Phillips i drobni przedsiębiorcy
Będą musieli somalijscy spece od PR głęboko przemyśleć sposoby wyciągnięcia swojego kraju z wizerunkowego dołka. Jak do tej pory produkcje filmowe przedstawiają Somalię w świetle nie dającym, niestety, określić się jasnym. Mimo najszczerszych chęci. Oczywiście, wiem doskonale, że ruchomym obrazom daleko jest do życia, jednak przeczuwam, że w swojej mocy i rozmachu potrafią one stworzyć znacznie więcej niż rzeczywistość. W dodatku zdolne są rozdystrybuować się po całym świecie tworząc zupełnie nową jakość w wyobrażeniach milionów widzów. Niekoniecznie w sposób zbliżony do zaszłych naprawdę wydarzeń.
Tak, znów wypłynąłem na wody u Wybrzeży Somalii, choć tym razem zaokrętowałem się nie pod duńską (http://drogiszerokie.blogspot.com/2013/11/porwani-i-porywajacy.html), lecz amerykańską banderą, a wyjątkowych emocji dostarczał mi kapitan Phillips oraz somalijscy przedsiębiorcy uzbrojeni w ceniony przez radykałów pistolet maszynowy rosyjskiej - a właściwie radzieckiej - konstrukcji.
W porównaniu z europejską produkcją snującą się w dość majestatycznym tempie, amerykańska niemal od samego początku generuje emocje, jakie niektórzy z pewnością określą niezapomnianymi.
O ile “Porwanie” koncentrowało się na psychologicznych wariacjach i bierności porwanych marynarzy, tak bohaterowie “Kapitana Phillipsa” z Tomem Hanksem na czele dopuszczają się czynów heroicznych niemalże od wkroczenia piratów na pokład kontenerowca. Lękają się o własne życie, prawda, jednak nie na tyle, aby strach stuprocentowo ich sparaliżował. Komplikują Somalijczykom pobyt na pokładzie jak tylko mogą, a że znają statek jak własną kieszeń, mogą wiele.
Wielką zaletą filmu jest jego obiektywizm, oczywiście na tyle na ile amerykański film - podobnie zresztą jak każdy inny - może pretendować do tak zaszczytnego miana. Reżyser za najważniejszą uznał udramatyzowaną na potrzeby wielomilionowej widowni rekonstrukcję zaszłych w 2009 roku wydarzeń. Wycofał się z oczerniania wystarczająco czarnych bohaterów i idealizowania tych dobrych. Filmowa akcja misternie stopniująca napięcie opowiada po prostu, a właściwie: próbuje opowiedzieć historię pewnego człowieka, który miał odwagę i wolę na tyle silną, aby o niej nie zapomnieć.
niedziela, 1 grudnia 2013
Uznany za fundamentalistę - historia przemiany
Świat jest podzielony - najprościej mówiąc - na wierzących oraz na przekonanych, że religie są bajkami zręcznie utkanymi na zgubę ludzkości. Istnieją jeszcze tacy, którzy wierzą, ale przede wszystkim w siebie, sobie samemu służą, a cel ich drogi jest jasno określony i zawrzeć go można w jednym tylko słowie: sukces.
Głównym bohaterem "Uznanego za fundamentalistę" jest Changez opowiadający historię swojego życia amerykańskiemu dziennikarzowi, Bobbiemu w pakistańskim Lahore. A opowieść ta, jakkolwiek pełna barw i optymistycznych zwrotów akcji, zmusza do najgłębszej refleksji, gdyż opowiada o odwiecznym konflikcie wielkich idei z ludzką małością, o dwóch od zawsze przenikających się przestrzeniach, które nigdy nie będą ze sobie istnieć w symbiozie z prostego powodu: małość nigdy nie pójdzie na spacer z wielkością.
Opowiada Changez historię swojego amerykańskiego snu, a jest to historia spektakularnego sukcesu i wejścia na wysokie piętro w hierarchii nowojorskiej finansjery. W pewnej chwili młody Pakistańczyk ma wszystko, o czym podobno marzy każdy współczesny i cywilizowany człowiek: pozycję, bogactwo oraz kobietę, która w chwilach, kiedy nie dręczy jej koszmarna przeszłość próbuje zaklinać rzeczywistość przy pomocy sztuki fotografii.
Sprawy zaczynają się komplikować, kiedy piloci-amatorzy na zlecenia nieboszczka Bin Ladena wbijają się porwanymi samolotami w legendarne wieże odbierając życie kilku tysiącom osób. Od tej chwili niełatwo być w Ameryce muzułmaninem, o czym Changez przekonuje się wielokrotnie w sposób z jakim ciężko jest mu się pogodzić. Stabilne życie młodego finansisty zaczyna chwiać się w swych zdawałoby się spiżowych posadach, a to co wydawało się słuszne zaczyna pretendować do zupełnie innego miana…
"Uznany za Fundamentalistę" jest filmem opowiadającym o przemianie młodego człowieka, który znajdując się na samych wyżynach finansowego łańcucha pokarmowego zaczął dostrzegać, że wolność, jaką miały mu dać pieniądze jest w istocie gorzką niewolą. Uwolnić się można od niej tylko w jeden sposób.
PS. Dawno nie słyszałem tak porywającej ścieżki dźwiękowej otwierającej film: jej rozmach i przepych prześladuje mnie do tej pory i z wielką chęcią wracam do niej nie tylko przez wzgląd na oczywistą egzotykę. Oto i ona:
Subskrybuj:
Posty (Atom)



