czwartek, 16 kwietnia 2015

"Gra o tron", sezon piąty (2015) - pieśń o ludziach

Serial ten - co zostało już wielokrotnie napisane - posiada wszystko, co zadowolić może próbującego żyć w zgodzie z własnym sumieniem współczesnego człowieka, precyzując: wszystko to, czego on sam nie mógłby dokonać, a o czym niejednokrotnie zakuty w kajdany pilota od telewizora skrycie marzy.
W jednej chwili poczuć może widz “Gry o tron”, że mści się na śmiertelną modłę, w drugiej, że mszczony jest w taki sam bezpardonowy sposób, a w innej zaś jeszcze wsłuchać się w pieśń żywiej pulsującej krwi dyrygowaną przez dziewki gotowe na wiele w obliczu bohaterów.  
A potem ze smakiem zjeść bigos i podczas debat przy wódce nazywać swoich adwersarzy słowami, jakich każe wstydzić się małym dzieciom.


“Gra o tron” powróciła na ekrany telewizorów i komputerów, choć przede wszystkim tych drugich, a powrót ten zasługuje na miano spektakularnego, gdyż w sieci od razu pojawiło się kilka odcinków, które w cudowny sposób wyciekły z dysków twardych osób doskonale zaznajomionych z klauzulą poufności.  
W podobny sposób “wyciekają” “szpiegowskie” zdjęcia nowych motocykli, fragmenty powstających filmów oraz gier komputerowych wywyższane pod niebiosa przez fanatycznie powtarzających słowo “wyciek” dziennikarzy, którzy sprawiają wrażenie, jakby rzeczywiście wierzyli, w to co piszą.
Nie można jednak wymagać wiele od osób, które maniakalnie nazywają pewną firmę “gigantem z Redmond”, istotne rozmowy szefów dyplomacji “dogadywaniem się”, a ofiary wypadków podłączają “pod respirator”, twierdząc przy okazji, że widzowie wpadki znanego aktora mogli mieć powód do “śmiechawki”.    


Wdzięczny to serial dla dziennikarzy naszych czasów, bowiem swobodnie mogą opisać go językiem, jaki znają najlepiej. Gdyby przypadkiem go zapomnieli, podpowiadam, jak rozpocząć recenzję pierwszego odcinka nowego sezonu, którą zatrudnieni przez koncerny medialne nazywają recką i aż strach pomyśleć, jak tytułować będą ją za lat kilka.   

Zalajkowany przez miliard userów serial, spodobać się może zarówno coachowi, jak sales representative’owi, przy czym obaj porozmawiać mogą o nim podczas lunch brake’u pochyleni nad long drinkiem w atrakcyjnej promo z dobrym gratisem. Kręcona w Irlandii i Chorwacji “Gra o tron” dostarcza fanu milionom na całym świecie i cieszy się dużą popularnością na fejsie.  
G. R.R. Martin niczym genialny topic starter rozpoczął dyskusję, która trwając już piąty sezon, z pewnością wejdzie na kolejne levele...

Powrócili zatem bohaterowie “Gry o tron” na swoje ścieżki mające prowadzić ich do porażki, zwycięstwa, bądź utraty życia od wzmożonej konsumpcji napojów odmieniających świadomość. Kroczą nimi - jak mają to w zwyczaju - zdecydowanie, a poczynania ich dokonywane w imię, bądź bez imienia, najczęściej wcześniej czy później zbierają śmiertelne żniwo.


W oczekiwaniu na kolejne odcinki zastanawiać się można czy pozostawiony na pastwę losu “Ogar” przez coraz bardziej rozmiłowaną w śmierci Aryę Stark przeżył i uda mu się jeszcze wykonać kilka parad swoim legendarnym mieczem? Czy od dziecka walczący o przetrwanie w świecie ludzi większych od siebie Tyrion Lanister odnajdzie na wygananiu wystarczająco wiele powodów do upijania się do nieprzytomności, a Daenerys Targaryen jak na królową przystało zapanuje nad wszystkimi istotami w swojej domenie, także nad smokami, które odkarmione i odchowane zdają się podważać autorytet władczyni, dawnej swojej opiekunki?
Czy krew zaleje wszystkie Siedem Królestw, podczas wojen, które nadejdą?


środa, 8 kwietnia 2015

Mary Kom (2014) - matka, żona, Mistrzyni Świata

Jedni jej zazdrościli, drudzy podziwiali, inni zaś wzruszali ramionami przywołując na twarz grymas zbliżony do uśmiechu. Jako dziewczyna wyrosła w patriarchalnej kulturze indyjskiej, zrobiła dla kobiet w swoim kraju być może więcej niż wojujące sufrażystki schyłku epoki wiktoriańskiej dla Brytyjek rodzących żołnierzy na potrzeby frontu I Wojny Światowej.   



Oto w indyjskim Marinpurze żyje sobie dziewczynka, która marzy o sportowej karierze. Ojciec był przecież zapaśnikiem i być może przekazał córce gen szczytnej rywalizacji. Problem w tym, że owe dziecko, które niebawem czas przemianuje w piękną, młodą damę pragnie zostać bokserką, z czym były zapaśnik pogodzić się nie może. Ani też specjalnie nie chce.  

Priyanka Chopra i Mary Kom
Wbrew woli swego ojca zapisuje się Mary na treningi bokserskie całkiem słusznie uważając, że ring jest jej powołaniem. Ma szczęście, gdyż natrafia na trenera - byłego bokserskiego mistrza Azji - który wie, jak okiełznać ognisty temperament Mary i przekuć go w czysto sportowe umiejętności.
Z imponującą szybkością zostaje Mary Kom mistrzynią w swoim fachu, sięga nawet kilkukrotnie po złoto na niełatwej międzynarodowej arenie amatorskiego boksu kobiecego. Aż przychodzi feralny moment, kiedy spełnić się musi nie tylko, jako sportowiec, ale i kobieta. Mary wychodzi za mąż.  
Na wieść o przygotowaniach do ślubu wściekły trener zrywa znajomość z podopieczną, twierdząc, że największym głupstwem może być rozdrobnienie świetnie rozpoczętej mistrzowskiej kariery na pieluchy, swary, małżeńskie obowiązki, na zwyczajne, niewiele od siebie różniące się dni, w których Mary umrze, jak ryba wyrzucona na brzeg morza. Tak wielka jest bowiem jej pasja i uwielbienie niełatwej sztuki wywijania uzbrojonymi w rękawice pięściami.  


Jednocześnie rozumiejąca przestrogi trenera, ale i też głucha na nie, rodzi Mary Kom bliźniaki i powoli zapominając kim była, przeistacza się w matkę i żonę, która coraz częściej wzdychać zaczyna za zapachem sportowego potu oraz emocji, jakich dostarczała jej największa pasja życia - bokserski pojedynek. W tych ciężkich chwilach dla sportowej duszy z wielką pomocą i wsparciem przychodzi jej mąż...


Indyjska produkcja opowiadając o losie zwykłej dziewczyny z biednej rodziny, której upór był silniejszy od innych i pozwolił jej zwyciężyć nie tylko przeciwniczki w ringu, ale i obyczaje, wydaje się być typową produkcją opiewającą czyny heroiczne jednostki, aby tłumy mogły odnaleźć w jej drodze źródła inspiracji. A także pociechy i pokrzepienia, bowiem każdy widz bardzo szybko identyfikuje swoje troski i problemy z fikcyjnymi postaciami, wierząc, że i jemu uda się rozprawić z rzeczywistością równie skutecznie, jak filmowi bohaterowie.

Mary Kom w rzeczywistości
Oczywiście, można porównywać “Mary Kom” do “Za wszelką cenę Eastwooda” i podkreślać, że jest to indyjska odpowiedź na dzieło filmowego weterana, jednak byłoby to rażące uproszczenie, które ludzie starszej daty nieobeznani z nowomową niewzruszenie i całkiem trafnie określają “najmniejszą linią oporu”.
“Mary Kom” to przede wszystkim jednak znakomita biografia oraz rozsadzająca ekran rola pięknej Priyanki Chopry, która w przekonujący i sugestywny sposób przedstawiła wojowniczą naturę prawdziwej bokserki oraz jej upór i determinację mającą zaprowadzić ją na szczyt sportowego świata.

Mary Kom zaangażowana
Łapią za serce banalne teksty porywających piosenek o miłości, wierze i nadziei wywołując uśmiech na twarzy i pozwalając zapomnieć, że opowiadana historia w rzeczywistości z pewnością nie wyglądała tak barwnie. Że pot i łzy w prawdziwym Manipurze smakowały bardziej gorzko, ale przez to i smak zwycięstwa był także bardziej słodki. I przede wszystkim - prawdziwy.     

poniedziałek, 30 marca 2015

"Smak Curry" (2013) - pewnego razu w Indiach...

Bombaj. Kto był, wie; kto liznął przez pocztówkę, może nigdy się nie dowiedzieć. Kilkanaście milionów ludzi próbujących obok siebie żyć, kochać i umierać. A między nimi interesująca dwójka: odchodzący na emeryturę po trzydziestu pięciu latach pracy wdowiec Saajan (Irrfan Khan) oraz nie potrafiąca odnaleźć się w małżeństwie Illa (Nimrat Kaur). Łączy ich nie tylko miasto, ale przede wszystkim samotność…


Choć różne jest życie głównych bohaterów, podobnie jest do bólu uporządkowane i zdaje się, że nie ma tam miejsca na cień improwizacji. Do dnia, w którym pogrążony w papierkowej pracy Saajan nie otrzymuje przypadkiem omyłkowo garnków z obiadem przeznaczonych dla innej osoby - dla męża Illi coraz bardziej rozgoryczonej zaniedbującym ją mężem i wspomnieniami dni, kiedy szczęście małżeńskie nie widniało tylko na plakatach reklamowych biur turystycznych.  


Zapracowany Saajn okazuje się dla Illi wybitnym koneserem jej niewątpliwego kunsztu kulinarnego, gdyż posiłek zostaje zjedzony w całości, co jej mężowi raczej nieczęsto się zdarzało. Podobnie jak podziękowanie za trud włożony w przygotowanie posiłku, co jest chyba domeną wszystkich mężów świata.


Zainicjowana przez Illę garnkowa korespondencja powoli przeradza się dla głównych bohaterów w niezwykłą odskocznię od rzeczywistości, w której wiele miejsca zajmuje wspomnienia zmarłej żony oraz kontemplacja rozpadającego się małżeństwa.


I tak ukazuje życie Ritesh Bartra, reżyser “Smaku Curry”, jako ciąg kończących się dopiero śmiercią rytuałów, w które nierzadko z wielkim zaangażowaniem plącze się człowiek próbując usprawiedliwić nimi swój los. A każdemu z nich wydaje się czasami, że bardziej nieszczęśliwym jest od jadących wspólni z nim do pracy zatłoczonym pociągiem, że to właśnie jego historia zmusić winna świat do wylania kilku łez i rzucenia podobnej liczby życzliwych słówek. Nie ma jednak takiego nieszczęścia, przekonuje Saajan, z którym nie dałoby się wziąć za bary.


“Smak Curry” to piękna opowieść o uczuciu rodzącym się między jednym kęsem, a dziesiątym papierosem, gdzieś w porze przygotowania obiadu i samotnych rozmyślań nad sensem, który jak zwykle podział się gdzieś poza zasięgiem wzroku. To historia dwóch zagubionych w swoich światach dusz, które przypadkiem natrafiając na siebie prowadzą ze sobą dialog nie wiedząc, jakie następne padną w nim słowa.      


piątek, 20 marca 2015

“Zimowy Sen” (2014) - tureckie Arcydzieło

“Zimowy Sen” nagrodzony w 2014 Złotą Palmą w Cannes to jeden z nielicznych filmów w historii kinematografii, które sprawiają - pomimo rachitycznej konstrukcji fabularnej, niemalże teatralnych, rozbudowanych dialogów oraz 197 minut, jakie poświęcić trzeba na jego obejrzenie - że widz na nowo zaczyna definiować pojęcie rozbicia na atomy.    




Jest hotel w sercu anatolijskiego stepu oraz zima, która puka do drzwi sprawiając, że jego mieszkańcy więcej mają czasu na rozważania swojego miejsca na ziemi i wynikających z niego implikacji. Na stałe rezyduje w hotelu właściciel, Aydin (Haluk Bilginer), emerytowany aktor z dwudziestopięcioletnim stażem pracujący nad książkowym opracowaniem historii teatru tureckiego, jego młoda żona, Nihal (Melisa Sözen) zaabsorbowana działalnością charytatywną oraz siostra, Necla (Demet Akbağ) wciąż nie potrafiąca należycie wyciągnąć wniosków z niedawnego rozwodu. 


W “Zimowym Śnie” akcja rozgrywa się w dialogach - to w nich zawiera się historia życia mieszkańców, w głównej mierze tam nakreślone zostały sylwetki pierwszoplanowych bohaterów i to właśnie wśród słów przez nich wypowiadanych odnaleźć można gorzkie prawdy o życiu z jakim przyszło się im zmagać. O życiu, które - podobnie jak słońce - tak samo wypala możnego i biednego, utalentowanego i niezaradnego. A przede wszystkim prawdę jedną - nic tak nie pozbawia człowieka złudzeń, jak właśnie życie samo w sobie, które wraz ze swym największym sprzymierzeńcem, czasem odrzeć potrafi każdego z marzeń i snów, z dumy oraz wielkości w zamian oferując co najwyżej możliwość udostępnienia wrażeń z porannej toalety na portalach społecznościowych.


“Ideały, zasady, cel w życiu. Zawsze szermujesz tymi słowami, wykorzystujesz je by upokarzać, ranić i poniżać innych. Ale jeśli o mnie chodzi, to właśnie na człowieka, który ich nadużywa należy uważać najbardziej”.


Ukazał w “Zimowym Śnie” Nuri Bilge Ceylan - twórca “Pewnego razu w Anatolii” - złudzenia, nudę, nostalgię, smutek, poczucie osaczenia przez wybory życiowe jakże nieobce - wcześniej czy później - każdemu człowiekowi oraz - a może przede wszystkim - więzienie, na jakie dobrowolnie skazali się mieszkańcy hotelu świadomi swoich wyborów, swojego uwięzienia oraz niemożności zerwania więzów i poszybowania, jak ptak ku wyżynom swoich możliwości. Za późno już na to. Życie wraz ze swoją rutyną nie pozwala. 

"Kiedy synek mojej mamy stał się pijakiem i samotnikiem?"
Zostają więc niekończące się dyskusje o tym, co być mogłoby, a nigdy nie będzie; życzeniowe rozmówki, w których potok wzajemnych oskarżeń bełta się z wszechmocną potrzebą wyjścia poza samego siebie, z tą rozsadzającą tęsknotą bycia kimś innym, życia gdzie indziej, która w swej efemerycznej ułudzie złamała już niejeden żywot. Od samego siebie nie ma bowiem ucieczki, a kto tego pojąć nie potrafi, zawsze będzie przegranym.   


Zostaje przestrzeń, którą każdy z mieszkańców hotelu próbuje zagospodarować w znany sobie sposób, zostaje samotność, a dokładnie jej najgorsza forma: samotność w związku, samotność między bliskimi i próba usprawiedliwienia dalszej egzystencji przez szereg mniej lub bardziej potrzebnych działań. Chwilami odnieść można wrażenie, że reżyser zawarł w swym filmie wszystkie rozterki i dylematy rodzaju ludzkiego, że tkając nić dialogów między Aydinem i Nihal oraz pozostałymi bohaterami ukazał, a właściwie: obnażył życie jakim jest naprawdę, a nie jakim usiłują je przedstawić twórcy oper mydlanych czy amerykańscy scenarzyści z Krainy Iluzji.   
Pytanie tylko: czy człowiek gotów jest poznać i znieść tak porażającą prawdę?

środa, 18 marca 2015

"Mokradła" (2014) - krzyk w ciszy

W 2014 na ekranach telewizorów zdetonował się znakomity serial “Detektyw” wykreowany przez Nica Pizzolatto, w którym główne role powierzono Woody Harrelsonowi oraz Mathew Macconaughey’owi. Z pewnością wielkim entuzjastą serialu musiał być hiszpański reżyser Alberto Rodriguez, który ze złem postanowił zmierzyć się w sugestywnym obrazie “Mokradła” zrealizowanym w sennej, małomiasteczkowej rzeczywistości opanowanej przez bagna, ptaki oraz mordercę rozsmakowanego w młodości.  


Widz przeniesiony zostaje do Hiszpanii roku 1980, która wciąż nie może podnieść się po śmierci Franco: jedni nazywają go bohaterem, inni przyrównują do Hitlera. Wstrząsa państwem fala strajków i niepokojów społecznych. Ludzie żądają i wychodzą na ulicę również w małych, otoczonych mokradłami miasteczkach, gdzie każdy zna oddech każdego, śmierć bywa zarówno tragedią, jak i świętem, a jedyną atrakcją jest wino, gin oraz sezonowe wesołe miasteczko.  


W  takich realiach pewnego dnia do domu nie wracają dwie nastoletnie dziewczyny. Do wyjaśnienia ich zaginięcia zostaje wysłanych dwóch, nie pracujących wcześniej ze sobą policjantów. Przygrywa ich poczynaniom oniryczna muzyka przywołująca na myśl dźwięki z obrazów Nicolasa Winding Refna, która sącząc się gdzieś ponad głównymi bohaterami i pięknymi pejzażami nie wróży niczego dobrego.


Dość szybko odnajdują śledczy ciała nastolatek stwierdzając ze smutkiem, że przed śmiercią ktoś musiał zadać im potworne cierpienie. Z impetem rozpoczęte dochodzenie prowadzi policjantów od bezdroży do mokradeł, od mokradeł w nieznane, od nieznanego z kolei do pierwszych podejrzanych oraz do stwierdzenia faktu, że ciężko będzie znaleźć innych…   


“Mokradła” Rodigeza wyraziście i przekonująco opowiadają historię morderstwa niedoskonałego - jak każda zresztą zbrodnia. Nie jest to jednak zabawa wzorowana na popularnych produkcjach amerykańskich - morderca nie prowadzi żadnej gry z policją, pozostaje w cieniu, niewidoczny. Niczym duch przywoływany jest w zeznaniach świadków, w rozmowach między śledczymi. Istnieje, jakby go nie było. Zdaje się zapowiadać kolejną śmierć: minuta po minucie coraz bardziej wikła widza w sprawę, która musi mieć przecież jakieś racjonalne wytłumaczenie, za którą kryć musi się rzeczywista postać, a nie majaka z wieszczych snów jednej z przesłuchiwanych.   


Nie ma w tym filmie miejsca na śmiech, żarty między śledczymi - są za to tajemnice, także skrywane przez nich samych. I przeszłość, którą ciężko ocenić, przeszłość brutalna i krwawa. Pomimo iż filmowi mieszkańcy usytuowanego nad mokradłami miasteczka pragną uciec z niego w szeroki i wielki świat, reżyser przedstawił je z takim pietyzmem i namaszczeniem, że aż chce się natychmiast tam pojechać i odnaleźć piękno natury wśród której schronienie znalazło - podobnie jak w “Detektywie” - wszechpotężne zło.


piątek, 6 marca 2015

"Śmieć" (2014) - przypowieść o mannie z nieba

Brazylia - podobnie jak wiele państw na świecie - słynie z kontrastów. Mogący pozwolić sobie na luksus mieszkania przy pięknych plażach prawdopodobnie podglądają życie biedoty wyłącznie przy okazji gorących produkcji w stylu “Miasta Boga” czy “Elitarnych”. Z kolei borykający się z brakiem środków reprezentanci najniższych warstw modelowo rozwarstwionego społeczeństwa, marzą o życiu pełnym kolorów, o pięknych rezydencjach i nieograniczonych możliwościach. Istnieją obok siebie, lecz bez wzajemności.
Czasem jednak te dwa światy muszą stawić sobie czoła.
W takich chwilach najczęściej za kamerę łapie Stephen Daldry (reżyser niezapomnianych “Godzin” i “Billy’ego Elliota”) i przy pomocy swojej wrażliwości próbuje opowiedzieć historię o zmaganiach biedy ze zdemoralizowanym i zorganizowanym bogactwem. Nierzadko o charakterze zbrojnym.


Kluczem do filmowej historii jest portfel należący do asystenta skorumpowanego kongresmena, który zostaje odnaleziony na wysypisku śmieci przez trójkę pracujących tam dzieciaków: Raphaela (Rickson Tevez), Rato (Gabriel Weinstein) i Gardo (Edurardo Louis). Nie mają pojęcia nieszczęsne pędraki, że oprócz kilkuset reali skryte są tam tajemnice, nad którymi unosi się widmo cierpienia, a najpewniej nieuchronnej śmierci.


Tymczasem policja wpada na trop dzieciaków, które krok po kroku - przy pomocy księdza (Martin Sheen) oraz pracującej przy kościele wolontariuszki (Rooney Mara) - próbują rozwiązać zagadkę portfela Jose Angelo (Wagner Moura).
Podpatrując życie początkowo slamsów, a później brazylijskiej faweli niewesołe myśli przyplątują się jakby na zawołanie i w najbardziej jaskrawy sposób przypominają o niesprawiedliwości, jaka zdaje się rządzić światem. Przypomniany zostaje odwieczny porządek wielu społeczeństw, gdzie istnieją uprzywilejowani z urodzenia, oraz urodzeni biedni myślący, że przywilej to nieznany im rodzaj słodyczy, lub nowa nazwa hurtowo dystrybuowanych narkotyków.


Nie nawołuje jednak w “Śmieciu” angielski reżyser do rewolucji. Nie zwraca się z apelem do biedoty, aby powstała i ruszyła odebrać bogatym mienie, czyniąc tym samym świat bardziej sprawiedliwym. Mówi jednak głośno i wyraźnie to, co każdy rewolucjonista chciałby usłyszeć. Opowiada o sprawiedliwości, a właściwie: Sprawiedliwości oraz o tym, że powinno się dochodzić jej bez względu na koszty, choć należy pamiętać, że w trwającym kilkadziesiąt minut filmie jest to znacznie łatwiejsze niż w prawdziwym życiu.


Przede wszystkim jednak przy pomocy mocno wyidealizowanej opowiastki próbuje Daldry zwrócić uwagą na problem korupcji na najwyższych szczytach brazylijskiej władzy, której apogeum - jak informowały media całego świata - przypadło podczas organizacji Mundialu 2014.
Co znamienne, nie przekreśla Daldry - aż tak wielkim idealistą nie jest - istnienia faweli czy slamsów, lecz jednoznacznie daje do zrozumienia, że pewne problemy (korupcja) na pewnym poziomie (polityka) powinny być znacznie pewniej (przez nieskorumpowaną policję) rozwiązywane, tak aby Sprawiedliwość mogła zatriumfować nie tylko w kinie, ale i w rzeczywistości.   



Z pewnością wiele osób wznosząc wysoko ręce w górę określiło ten film “obnażającym”, “demaskującym”, “walczącym” i “dającym nadzieję”. Podziwiać należy ich za wielką wiarę, jaką w sobie noszą i jaką pokładają w ułomną naturę człowieka, która wszędzie: czy to w Rio de Janeiro czy w Pruszczu Gdańskim zawsze podatna będzie na podszepty sił nie dających się określić dobrymi.

piątek, 6 lutego 2015

"Teoria Wszystkiego" (2014) - Krótka Historia Czasu

Było pięknie: on, ona, most nad rzeką i gwiazdy na niebie. Przyszłość rysowała się w fantastycznych barwach. Nie było zadań, którym nie udałoby się sprostać, ani teorii, jakich nie można by udowodnić. Aż nastał feralny dzień, w którym życie dwojga młodych ludzi wywróciło się do góry nogami. Rozpoczął się dla nich dramat. Dramat, który wola człowieka przekuła w niemal fantastyczną opowieść o triumfie umysłu nad ciałem.


Niełatwe zadanie postawili przed sobą twórcy “Teorii Wszystkiego”. Jeśli bowiem wyzwaniem jest zrealizować film o trudnych dziejach poważnie chorej osoby, tak zobrazowanie historii życia wciąż żyjącej i w dodatku sławnej poważnie chorej osoby wydaje się być pracą tytaniczną.
Rozpoczyna się w film w chwili, gdy Hawking jest jeszcze w pełni sił, zaleca się do przyszłej żony i próbuje złożyć w całość pracę doktorską. Interesuje go czas. A właściwie Czas. Pragnie zamknąć Wszechświat w jednym równaniu. Dąży i marzy. Pewnego dnia jednak lekarze diagnozują u niego groźną chorobę, stwardnienie zanikowe boczne, która odebrać ma mu zdolność ruchu i doprowadzić do śmierci w ciągu dwóch lat.
Czas zaczyna grać na niekorzyść młodego geniusza.   


Po początkowym załamaniu Hawking wraca do życia. Pomimo postępującej choroby próbuje żyć, jak zdrowy człowiek. Żeni się. Pozwala wykazać się niezwykłą odwagą żonie, Jane, studentce literatury, bo jak inaczej nazwać można młodą kobietę decydującą się związać z człowiekiem, którego dni zostały już policzone.
Dwa lata mijają szybko. Choroba nie zabija Hawkinga, a on zostaje ojcem. Broni pracę doktorską. Rozpoczyna pracę naukową na Uniwersytecie w Cambridge. Żyje, choć wydaje się to niemożliwe...
Kulminacyjny punkt filmu przypada na moment, kiedy Jane uznaje, że sytuacja, w jakiej się znalazła przerasta ją, że życie omija ją i że nie może zaznać wszystkiego tego, czego oczekiwać mogą żony od swych zdrowych mężów. Na horyzoncie pojawia się Johnatan, bardzo prędko stając się przyjacielem rodziny. Sytuacja staje się niezręczna. Z wielkim taktem przybliżył ten wątek James Marsh i myślę, że bohaterowie wydarzeń oglądając wspólnie ekranizację swojego życia, mogli być więcej niż zadowoleni.


“Teoria Wszystkiego” przy pomocy prostych, łapiących za serce obrazów opowiada historię człowieka, który nie pozwolił się pokonać chorobie oraz o ludziach, którzy pomogli mu tego dokonać. Przede wszystkim mówi jednak o odwadze do jakiej zdolny jest człowiek, precyzując: o różnych obliczach odwagi. Różni się przecież odwaga Hawkinga mierzącego się dzień w dzień z niemocą własnego ciała od pełnej poświęceń i wyrzeczeń odwagi Jane, bez której być może nie powstałaby m.in. popularno-naukowa “Krótka Historia Czasu”. 


Nie uderzyłaby z taką mocą produkcja Jamesa Marsha, gdyby nie popisowe role Eddiego Redmayne’a (Stephen Hawking) oraz Felicity Jones (Jane Hawking). Mocą swych talentów sprawili oni, że Czas, z którym profesor Hawking mierzył się i wciąż się mierzy na wielu płaszczyznach przestał mieć znaczenie.
I być może dlatego znów dostrzec można jego i ją, most nad rzeką i gwiazdy na niebie...